Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]

Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:

Niezbyt odległa przyszłość, człowiek opanował układ słoneczny, posiadł też umiejętność teleportowania się z miejsca na miejsce, o ile zna koordynaty miejsca docelowego. Teleportować można się w obrębie planety, nikomu jednak nie udał się skok przez kosmiczną pustkę.
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 62
Перейти на страницу:

W następnej kolejności przybyli muzycy, aktorzy, kuglarze i akrobaci. Wrzawa stała się ogłuszająca. Brygada mechaników zaczęła ożywiać kolekcje silników wysokoprężnych Fourmyle’a roztopionym w wielkim dole smarem. Jako ostatnia przybyła ciągnąca za obozem zbieranina żon, córek, kochanek, prostytutek, żebraków, szulerów i kieszonkowców. W późnych godzinach porannych zgiełk dochodzący z cyrku słychać było w promieniu czterech mil, stąd też jego przydomek.

W południe, wyróżniając się efektownym sposobem podróżowania, przybył sam Fourmyle z Ceres, a sposób, w jaki to uczynił mógł rozśmieszyć ponuraka od siedmiu lat cierpiącego na melancholię. Z południa nadleciał brzęcząc gigantyczny hydroplan i wodował na jeziorze. Spod samolotu wynurzyła się barka desantowa i prując z głośnym buczeniem fale podpłynęła do brzegu. Przednia klapa barki opadła z hukiem na brzeg i po tak utworzonym pomoście zjechał na ląd dwudziestowieczny wóz dowodzenia. Ku uciesze zachwyconych widzów cud nakładał się na cud, bo oto po przejechaniu jakichś dwudziestu jardów w kierunku centrum obozu, wóz dowodzenia zatrzymał się.

— Na czym teraz wyjedzie? Na motocyklu?

— Nie, na wrotkach.

— Co wy, wyleci na odrzutowej miotle.

Ale Fourmyle zakasował najdziksze spekulacje zebranych. Z wozu dowodzenia wysunęła się bowiem lufa cyrkowego działa, rozległ się huk eksplozji czarnego prochu i Fourmyle z Ceres wystrzelony z armaty poszybował pełnym gracji łukiem pod samo wejście do swego namiotu, gdzie przez czterech kamerdynerów został złapany w sieć. Aplauz, którym go przywitano, słyszalny był w promieniu sześciu mil. Fourmyle wdrapał się na ramiona kamerdynerów i pomachał ręką na znak, że chce przemawiać.

— Przyjaciele, Rzymianie, Wieśniacy — zaczął żarliwie. — Użyczcie mi swych uszu, Szekspir. 1564-1616. Cholera! — Z rękawów Fourmyle’a wyfrunęły, trzepocząc skrzydłami, cztery białe gołębie i wzbijając się w górę odleciały na zachód. Fourmyle odprowadził je zdumionym wzrokiem i ciągnął dalej: — Przyjaciele pozdrawiam, witam, bonjour, bon ton, bon vivant, bon voyage, bon… Co, u diabła? — Kieszenie Fourmyle’a stanęły w płomieniach strzelając na wszystkie strony fajerwerkami sztucznych ogni. Gdy próbował się ugasić, trysnęły zeń chmury serpentyn i konfetti. — Przyjaciele… Zamknijcie się! Powiem krótko. Cicho! Przyjaciele…! — Fourmyle spojrzał na siebie skonsternowany. Jego ubranie topniało w oczach odsłaniając niesamowicie szkarłatną bieliznę. — Kleinmann! Co z tym twoim cholernym hipnotreningiem?

Z namiotu wychyliła się kudłata głowa.

— Ty się uczył ta mowa wczorajsza noc, Fourmyle?

— Tak, do cholery. Dwie godziny ja się uczył. Ani na chwilę nie wyjąłem głowy z hipnotyzatora. Jesteś Kleinmann w Prestidigitacji.

— Nie, nie nie! — wrzasnął kudłacz. — Ile razy mam ja ci mówić. Prestidigitacja nie robić mowa. To być magia. Dumbkopf! Ty wziął zła hipnoza!

Zaczęła topnieć szkarłatna bielizną. Fourmyle zeskoczył z ramion trzęsących się kamerdynerów i zniknął w swoim namiocie. Zerwał się huragan śmiechu i burza oklasków. Cyrk Four Mile rozkręcił się na dobre. Kuchnie skwierczały i kopciły, jedzenia i picia było w bród, orkiestra ani na chwilę nie przestawała grać. Przedstawienie trwało nadal.

W namiocie Fourmyle zmienił ubranie, zmienił zamiar, znowu go zmienił, rozebrał się ponownie, rozdał kilka kopniaków kamerdynerom i zawołał swojego krawca łamanym francuskim, okraszonym oksfordzkim akcentem i afektacją. Już na wpół ubrany w nowy garnitur przypomniał sobie, że się nie wykąpał. Dał po nosie krawcowi i kazał nalać do basenu dziesięć galonów perfum i nagle jak grom z jasnego nieba poraziło go poetyckie natchnienie. Wezwał nadwornego poetę.

— Zapisz to — polecił mu — Le roi est mort, les… Czekaj. Jaki jest rym do księżyca?

— Wieżyca — podpowiadał poeta — strażnica, matryca, stolnica, donica, kłonica…

— Zapomniałem o moim eksperymencie — wykrzyknął Fourmyle. — Doktorze Bohun! Doktorze Bohun!

Półnagi wpadł jak bomba do laboratorium, zderzył się w drzwiach ze swym nadwornym chemikiem, doktorem Bohunem i wylądował wraz z nim pośrodku namiotu. Chemik, gdy usiłował wstać z podłogi stwierdził, iż znajduje się w najboleśniejszym i najbardziej zawiłym chwycie duszącym.

— Nogouchi! — wrzasnął Fourmyle — Hej! Nogouchi! Wynalazłem właśnie nowy chwyt judo.

Fourmyle wstał, podniósł duszącego się chemika i jauntował się z nim na matę, gdzie mały Japończyk obejrzał swym fachowym okiem chwyt i pokręcił głową.

— Nie, wasza dostojność — zasyczał grzecznie — Hfffff. Ten nacisk na tchawicę nie zawsze będzie śmiertelny. Hfffff. Ja pokaże. — Pochwycił otumanionego chemika, zakręcił nim w powietrzu i rozciągnął na macie w pozycji pewnego samozaduszenia. — Widział pan, Fourmyle?

Ale Fourmyle był już w bibliotece i okładał swego bibliotekarza po głowie tomem „Das Sexual Leben” Blocha (8 funtów i 9 uncji), gdyż ten nieszczęśliwiec nie potrafił mu polecić żadnego tekstu z zakresu budowy perpetuum mobile. Zirytowany Fourmyle wtargnął potem do laboratorium fizycznego, gdzie zniszczył kosztowny chronometr do eksperymentów z kołami zębatymi, jauntował się na estradę, gdzie chwytając za batutę wprowadził zamieszanie wśród muzyków z orkiestry, nałożył łyżwy i wpadł do napełnionego perfumami basenu pływackiego; wyłowiono go stamtąd klnącego siarczyście na brak lodu i wyrażającego życzenie pozostawienia go w spokoju.

— Życzę sobie zostać sam — powiedział Fourmyle i kopniakami rozpędził kamerdynerów na cztery wiatry. Warczał, dopóki ostami z nich nie dopadł drzwi i nie zatrzasnął ich za sobą.

Warczenie ustało i Foyle wstał.

— To powinno im na dzisiaj wystarczyć — mruknął i wszedł do garderoby. Stanął przed lustrem, nabrał powietrza w płuca i wstrzymał oddech, obserwując uważnie swoją twarz. Po upływie jednej minuty była ona wciąż nieskazitelnie czysta. Nadal nie wypuszczał powietrza, zachowując nieugiętą kontrolę nad pulsem i mięśniami oraz opanowując podniecenie żelazną siłą woli. Krwawoczerwone piętno pojawiło się po dwóch minutach i dwudziestu sekundach. Foyle wypuścił powietrze z płuc i tygrysia maska zbladła.

— Lepiej — mruknął do siebie. — Dużo lepiej. Ten stary fakir miał racje. Jedyną radą jest joga. Kontrola. Puls, mięśnie, wnętrzności, umysł.

Rozebrał się do naga i obejrzał swe ciało. Znajdował się w świetnej formie, ale skóra od karku aż po kostki stóp poprzecinana była wciąż delikatną siecią cieniutkich, srebrzystych nitek. Wyglądało to tak, jakby ktoś odrysował na ciele Foyla zarysy jego układu nerwowego. Srebrne szwy były nie zagojonymi jeszcze bliznami po operacji.

Operacja ta, która kosztowała Foyla 200 000 kredytek łapówki wręczonej Naczelnemu Chirurgowi Marsjańskiej Brygady Komandosów, przekształciła go w straszliwą maszynę wojenną. Wymieniono mu każdy splot nerwowy, w mięśnie i kości wmontowano miniaturowe tranzystory i transformatory, a u nasady pleców zainstalowano maleńkie platynowe gniazdko. Do niego wtykał Foyle zasilacz wielkości ziarnka grochu i włączał go w razie potrzeby. Jego ciało wpadało wtedy w sterowane elektronicznie drgania, które pod względem amplitudy graniczyły nieomal z wibracjami mechanicznymi.

— Bardziej maszyna niż człowiek — pomyślał Foyle. Ubrał się, odrzucając ekstrawaganckie szaty Fourmyle’a z Ceres na rzecz czarnego, anonimowego kombinezonu bojowego.

1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)