Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 137
Перейти на страницу:

Miles odchylił się na krześle, opierając stopy w butach płasko na podłodze i spokojnie kładąc ręce na nafaszerowanych urządzeniami sterującymi oparciach. Spokój i opanowanie. To była jego strategia, jedyna, jaka mu teraz pozostała. Gdyby zdążył dziewięć godzin wcześniej… przeklinał każdą chwilę zwłoki w ciągu ostatnich pięciu dni, w czterech językach, dopóki nie zabrakło mu inwencji w wymyślaniu inwektyw. Nie oszczędzając na paliwie, pruli „Peregrine’em”, uzyskując maksymalne przyspieszenia i prawie odrobili stratę do „Ariela”. Prawie. Dzięki przewadze Mark miał dość czasu, by wpaść na zły pomysł i obrócić go w katastrofę. Ale nie tylko Mark. Miles nie był już zwolennikiem teorii, według której katastrofa ma zawsze jednego bohatera. Do tak całkowitej klęski mogło dojść tylko przy współpracy grupy kilkudziesięciu osób. Miał wielką ochotę porozmawiać na osobności z Belem Thorne’em, najlepiej — jak najszybciej. Nie sądził, że on okaże się równie niebezpieczny dla otoczenia jak sam Mark.

Rozejrzał się po kabinie, odczytując najnowsze informacje z wyświetlaczy holowidowych. „Ariel” był z tego wyłączony, pod ostrzałem uciekł na Stację Fella pod dowództwem zastępcy Thorne’a, porucznika Harta. Teraz blokowało go sześć okrętów bharaputrańskich sił bezpieczeństwa, zaczajonych za strefą Fella. Dwa inne statki Bharaputry eskortowały „Peregrine’a” na orbicie. Była to siła symboliczna; „Peregrine” dysponował cięższym uzbrojeniem. Równowaga uległaby zachwianiu, gdyby na horyzoncie zjawili się wszyscy towarzysze Bharaputry. Gdyby nie udało mu się przekonać barona Bharaputry, że to nie będzie konieczne.

Na holowidowym wyświetlaczu włączył widok sytuacji na dole, tak jak go w tej chwili interpretowały komputery taktyczne „Peregrine’a”. Zewnętrzny układ kompleksu medycznego był widoczny jak na dłoni nawet z orbity, ale Miles nie miał szczegółowego schematu wnętrza, który by się przydał, gdyby miał zaplanować sprytny atak. Nie będzie sprytnego ataku. Negocjacje i przekupstwo… skrzywił się na myśl o kosztach, jakie go czekały. Bel Thorne, Mark, Oddział Zielonych i mniej więcej pięćdziesiątka bharaputrańskich zakładników od ośmiu godzin byli uwięzieni w jednym budynku, odcięci od zniszczonego wahadłowca. Pilot wahadłowca nie żył, trzech komandosów odniosło rany. Miles przysiągł sobie w duchu, że Bel zapłaci za to utratą dowództwa.

Niedługo na dole będzie świtać. Dzięki Bogu Bharaputranie ewakuowali wszystkich cywilów z pozostałej części kompleksu, lecz w zamian sprowadzili liczne oddziały służby bezpieczeństwa i masę sprzętu. Od szturmu powstrzymywała ich jedynie groźba, że bezcennym klonom może stać się jakaś krzywda. Niestety nie będzie mógł negocjować z pozycji siły. Tylko spokój.

Quinn, nie odwracając się, dała mu znak uniesioną ręką. Przygotuj się. Sprawdził szybko, jak wygląda. Szary polowy mundur oficerski wisiał na nim jak na wieszaku, ponieważ pożyczył go od (nie licząc siebie) najniższej osoby na „Peregrinie”, kobiety z oddziału technicznego, która miała metr pięćdziesiąt wzrostu. Miał tylko połowę odpowiednich dystynkcji. Ostentacyjna niechlujność mogła należeć do cech dowódcy, ale żeby być skutecznym, potrzebował jeszcze jakiegoś punktu oparcia. Będzie musiał czerpać siłę z tłumionej wściekłości i buzującej adrenaliny. Gdyby nie biochip wszczepiony w nerw błędny, dawne wrzody już dawno spowodowałyby perforację żołądka. Otworzył swoją konsolę, na którą Quinn przełączyła rozmowę, i czekał.

Błysnęło i nad płytką talerza pojawił się wizerunek mężczyzny marszczącego brwi. Ciemne włosy miał ściągnięte w węzeł spięty złotym kółeczkiem, co podkreślało wydatne kości policzkowe. Miał na sobie ciemnobrązową jedwabną tunikę, a poza kółkiem nie nosił żadnej biżuterii. Zdrowa oliwkowa cera zdradzała, że liczy sobie około czterdziestu lat. Pozory jednak myliły. W istocie musiał poświęcić całe życie, aby walką i sprytem zdobyć bezdyskusyjne przywództwo jednego z jacksońskich Domów. Vasa Luigi, baron Bharaputra, co najmniej od dwudziestu lat nosił ciało klona. Widać było, że bardzo o nie dbał. Trudny czas następnej operacji przeszczepu mózgu mógł być podwójnie niebezpieczny dla kogoś, kogo władzy pożądało wielu bezwzględnych podwładnych. Z tym człowiekiem nie ma żartów, uznał Miles.

— Tu Bharaputra — oznajmił odziany w brąz mężczyzna. Istotnie, on i jego Dom ze względów praktycznych stanowili jedność.

— Tu Naismith — rzekł Miles. — Dowodzący Wolną Najemną Flotą Dendarii.

— Chyba jednak nie do końca — zauważył łaskawie Vasa Luigi.

Miles obnażył w uśmiechu zaciśnięte zęby, starając się nie zarumienić.

— Otóż to. Naturalnie, wiadomo panu, że nie udzieliłem zgody na ten atak?

— Wiadomo mi, że pan tak twierdzi. Gdyby to dotyczyło mnie, nie obawiałbym się przyznać, że zdarza mi się nie panować nad własnymi podkomendnymi.

To haczyk. Tylko spokojnie.

— Musimy ustalić fakty. Jeszcze nie stwierdziłem, czy komandor Thorne został namówiony, czy po prostu oszukany przez mojego klona-bliźniaka. W każdym razie to pański twór z powodu jakichś sentymentów wrócił do rodzinnego domu, żeby spróbować zemścić się na panu, baronie. Ja jestem tylko bezstronnym widzem, który stara się uporządkować sytuację.

— Pan — baron Bharaputra zamrugał jak jaszczurka — również wygląda osobliwie. Ale nie jest pan naszym dziełem. Skąd pan pochodzi?

— To ważne?

— Być może.

— Wobec tego nie udzielę panu tej informacji za darmo. Coś za coś. — To należało do dobrych obyczajów w Obszarze Jacksona; baron bez urazy skinął głową. Zbliżali się do zawarcia Umowy, choć może jeszcze strony nie były sobie równe. Bardzo dobrze.

Jednak baron wcale nie zaczął wypytywać o historię rodzinną Milesa.

— Czego więc pan ode mnie chce, admirale?

— Pragnę panu pomóc. Gdyby dano mi wolną rękę, mógłbym wyciągnąć swoich ludzi z tej nieszczęsnej kabały na dole, przy minimalnych stratach w ludziach Bharaputry i jak najmniejszych zniszczeniach. Cicho i sprawnie. Mógłbym nawet rozważyć zwrot pewnych kosztów związanych ze zniszczeniami dokonanymi dotychczas, oczywiście w granicach rozsądku.

— Nie potrzebuję pańskiej pomocy, admirale.

— Potrzebuje pan, jeżeli chce pan ograniczyć własne koszty.

Vasa Luigi zmrużył oczy w zamyśleniu.

— To groźba?

Miles wzruszył ramionami.

— Wręcz przeciwnie. Możemy ponieść albo niskie, albo bardzo wysokie koszty. Ja raczej wolałbym niskie.

Baron spojrzał gdzieś w bok, na kogoś lub coś poza zasięgiem obrazu holowidowego.

— Przepraszam na chwilę, admirale. — Jego twarz zniknęła, ustępując miejsca obrazowi kontrolnemu.

Quinn podeszła do Milesa.

— Myślisz, że będziemy mogli uratować te biedne klony?

Przejechał palcami przez włosy.

— Do diabła, Elli, na razie cały czas próbuję wyciągnąć stamtąd Oddział Zielonych! A co do klonów, to wątpię.

— Szkoda. Taki kawał drogi.

— Słuchaj, jeśli będę miał ochotę podjąć krucjatę, mogę to zrobić bliżej domu, nie muszę lecieć na Jacksona. Co roku znacznie więcej niż pięćdziesięcioro dzieci ginie w zapadłych wioskach Barrayaru z powodu podejrzeń, że są mutantami. Nie stać mnie na taką… donkiszoterię jak Marka. Nie wiem, skąd przyszedł mu do głowy ten pomysł, na pewno nie wziął go od Bharaputran. Ani Komarrczyków.

Quinn uniosła brwi; otworzyła usta, lecz zaraz zamknęła, jakby się rozmyśliła, a potem posłała mu ironiczny uśmiech. Jednak po chwili powiedziała:

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)