Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— I wulgarny.
Patrzył, jak odlatywała, podobna do postaci z kretyńskiej kreskówki. Skrzydełka poruszały się tak szybko, że zmieniły się w migotliwą poświatę, wróżka splotła smukłe nóżki w kostkach jakby siedziała na huśtawce. Wylądowała na przewróconym pniu wśród skał, w doskonałym miejscu na następną kryjówkę, kilkanaście kroków dalej.
Dobiegł tam i zapadł po raz kolejny, walcząc ze świszczącym oddechem. Siedziała tyłem, obrażona, jej maleńki tyłeczek wielkości dojrzałej śliwki znajdował się o parę centymetrów od jego nosa.
Niewiele myśląc, Drakkainen pochylił się i chciał wystawić język, ale nie zdążył. Cyfral wstała i odbiła się od pnia jakby skakała do wody, po czym przefrunęła na inne miejsce, niczym utkany ze światła motyl.
Chciał na przekór zapaść gdzie indziej, ale to było niestety idealne ukrycie. Osłonięte kępą kosówki, wśród skał, jak trzeba.
Przemieścił się tam i padł, przytrzymując jedną ręką telepiące się na boku łubie.
Na dnie doliny lśniło okrągłe jeziorko, niczym ciemne lusterko. Staw wypełniający środek kotliny, mający z pół kilometra średnicy. Chyba, bo drugi brzeg tonął we mgle. Woda bulgotała, wzbijały się nad nią kłęby pary, miała ciemny, nieprzyjemny kolor kawy, dopiero przy samym brzegu, na skalistych płyciznach kamienie przeświecały żółtawo.
Czarna woda. Nie wyglądała apetycznie.
A w wodzie leżał kolejny smok. Ten był ogromny, łeb na długiej szyi sięgał na brzeg na paręnaście metrów, rozłożone płasko skrzydła nadałyby się na dach nad bawarskim namiotem piwnym.
Ale ten też zdychał.
Boki unosiły się ciężko, stwór walczył o każdy oddech, na obłym pysku rozchylały się nozdrza, buchając kłębami pary. Skrzydła poruszyły się lekko, wzbijając falę, lecz nie uniosły się nad wodę. Po grzbiecie wywerny przechadzało się kilka kruków, dziobiąc bezsilnie pancerne płytki.
— Jesteś za wielki — wyszeptał Drakkainen. — Dlatego nie możesz wstać. Nie możesz oddychać. Serce nie daje rady wpompować krwi. To gdzieś ty tak wyrósł? W tej wodzie? Skrzydła przylepiły ci się napięciem powierzchniowym. Jak żagle przewróconego jachtu. Nie ruszysz ich.
— Zaczynamy trochę myśleć? — spytała jadowicie Cyfral, nadal odwrócona plecami.
— Ja zaczynam myśleć. Ty jesteś tylko animowanym objawem schizofrenii.
Obszedł smoka wielkim łukiem, pełznąc wśród kęp kosówki, niechętnie korzystając z miejsc, na których przysiadała Cyfral. A z kolejnego ukrycia zobaczył ludzi.
Kilkunastu niemożliwie obdartych i brodatych Ludzi Ognia, którzy pchali wielki, zamknięty wóz z budą chronioną żelaznymi pasami, jak transporter opancerzony sklecony przez Leonarda da Vinci na kwasie. Wokół stali Węże. W swoich czarnych strojach, uzbrojeni we włócznie, pod wodzą ogromnego, grubego typa, odzianego w futrzane spodnie i wysokie, solidne buty. Łysą czaszkę chroniła skórzana kapuza, sięgająca aż po usta, obcisła, z otworami na oczy. Potężne przedramiona oplatały żmijowe zygzaki tatuażu.
Grupka toczyła wóz ścieżką wokół stawu, zatrzymała się kilka kroków od wody. Szczęknęły rygle, umieszczona z przodu rampa opadła z terkotem łańcuchów.
Drakkainen skamieniał, przypatrując się uważnie między skałami i gałęziami kosówki.
Olbrzym w skórzanym czepku wywrzeszczał jakiś rozkaz. Pchający odstąpili od wozu i kucnęli jeden za drugim, splatając ręce na głowie. Węże zdjęli z burt wozu toporne, blaszane pawęże, otoczyli rampę półkolem, z nastawionymi włóczniami. Łysy grubas wrzasnął coś ochryple, najwyraźniej rozkazując jednemu z niewolników wejść do środka. Ten wkroczył po pochylni na wyraźnie mdlejących nogach, po czym rozległ się dźwięk jakby sterta żelastwa spadła na drewniany pokład, a człowiek wyskoczył z wnętrza jak oparzony, ciągnąc długi łańcuch, który przełożył trzęsącymi się rękami przez wielkie, żelazne kółko wiszące pośrodku rampy. Odebrano mu go i rozkazano wrócić do klęczących.
Kolejny wrzask i tarcze stanęły półkolistym murem. Szarpnięto łańcuch.
Z wnętrza wozu wyszedł, przypięty na drugim końcu, kolejny smok.
Zupełnie inny. Podobny do warana albo pięciometrowej agamy, o jaskrawym, pomarańczowo-zielonym grzbiecie przeciętym kilkoma szeregami zębatych wyrostków. Gad rozpłaszczył się na rampie, ale szarpnięty łańcuchem uniósł nagle płaski tułów i zbiegł pomiędzy włóczników.
Drakkainen podciągnął się trochę, bo widział tylko plecy przyczajonych ludzi i tył ich puklerzy, lecz po chwili zorientował się, że Węże drażnią smoka. Zwierzę kręciło się to w jedną, to drugą stronę, sycząc ostrzegawczo, włócznicy dźgali je i chowali się za tarczami. Smok zaatakował, jednak łańcuch zablokował się w uchu, napiął, a cały wóz potoczył się z metr po żwirze.
Znowu dźgnięto zwierzę, teraz z drugiej strony i stwór znowu zwinął się wściekle, szczerząc rzędy identycznych zębów i sycząc jak sprężarka.
Tarcze opadły z łomotem na ziemię, tworząc blaszany mur, łańcuch zajazgotał w kluzie.
— Co jest, piczku materi? — mruknął Vuko. — Kopana corrida?
Nagle smok zaczął zmieniać kolory na coraz bardziej jaskrawe i pocić się wielkimi, tłustymi kroplami. Przysiadł jakoś dziwnie, rozłożył jaskrawopomarańczowy kaptur wokół szyi, zakończony wieńcem kolców.
— No, teraz to się wkurzył — zauważył Drakkainen. Stwór zaczął pracować konwulsyjnie bokami, jakby miał zamiar zwymiotować, podgardle wydęło się niczym pomarańczowy balon.
Rozległ się ostrzegawczy, chrapliwy wrzask. Drakkainen rozpaczliwie usiłował rozpoznać w nim choć jedno znajome słowo, ale bez skutku. Był to dźwięk przypominający wsypanie łopaty żwiru do blaszanego wiadra, lecz nic więcej.
Smok otworzył szeroki pysk dziwacznie, jakby się uśmiechał, po czym bryznął strużką jakiejś substancji.
Ciecz poleciała w czyjąś tarczę i na kamienie piargu, zaczęła dymić.
Druga porcja była obfitsza i natychmiast strzeliła płomieniem.
Smok uniósł się na przednich łapach i zionął ogniem.
Drakkainen zaklął w osłupieniu.
Tarczownicy odskoczyli na boki, chroniąc się za blachą pawęży, a z uniesionego smoczego pyska trysnął pomarańczowy, kopcący płomień.
Niedaleko. Jakieś parę metrów. Płomień nie był silny, ale smagnął kamienie, osmalił skałę i wzbił kłąb czarnego, cuchnącego tranem dymu. Smok znowu się nadął, wydał z siebie przeraźliwy kwik. Następna porcja ognia była jaśniejsza i poleciała trochę dalej, smagnęła tarczę, ktoś rzucił się do ucieczki prosto do jeziora, z bokiem i jedną nogą obrośniętymi płomienistym futrem, a smok zaczął się nagle skręcać i wić, z pełną paszczą płomieni.
Kwik wzniósł się nad dolinę i odezwał echem po górach. Smok ciskał na wszystkie strony głową, niczym pies ukąszony przez osę, a huczący ogień tryskał z jego pyska jak pożar w wytwórni fajerwerków. Głowa smoka wybuchła nagle kilkoma strugami ognia, snop płomieni wystrzelił z paru miejsc na grzbiecie, zwierzę wykonało konwulsyjny taniec, omal nie przewracając wozu, po czym zmieniło się w bezkształtny, palący się kłąb. Smok spłonął.
Poparzony Wąż wypełzł na czworakach ze stawu i z trudem zaczął gramolić się na nogi.
Pozostali odskoczyli od niego, osłaniając się tarczami. Tamten wrzeszczał coś chrapliwie, pokazując dłonie, grubas dopadł od tyłu i krótkim ruchem wbił mu topór w plecy.
Poparzony stał przez chwilę nieruchomo, przegięty w tył, i charczał, nagle głowa porosła mu kolcami. Ktoś doskoczył i przebił go włócznią. Drzewce zaczęło dymić, a przebity człowiek wyprostował się błyskawicznie i ruszył ciężkim, zezowatym krokiem przed siebie. Podcięto mu nogi uderzeniem włóczni. Runął na ziemię, ale nie zdążył się podnieść. Drakkainen dostrzegł tylko plecy pozostałych, wznoszące się i opadające ostrza, grad ciosów zadawanych nisko człowiekowi kulącemu się na ziemi.