Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 51
Перейти на страницу:

Nikt nie pracował. Ludzie pootwierali drzwi wejściowe do domów i przechadzali się po jezdniach – mężczyźni z obnażonymi torsami, w szortach, kobiety w swoich naj-bardziej kolorowych letnich strojach. Małżonkowie wymie-niali się partnerami w przemyślany i sympatyczny sposób. Mężowie podejmowali pod ręce żony i córki sąsiadów. Na rogu ulicy grupka starych panien pokrzykiwała coś, prze-komarzając się z przechodzącymi obok młodzieńcami. Widząc, jak tworzą się szczęśliwe pary, pomyślałem o zbliżającej się radosnej rozwiązłości. Odczuwałem rosnące pożądanie, nie tylko wobec młodych kobiet, ocierających się o mnie na zatłoczonych ulicach, lecz także wobec idą-cych za mną dzieci, nawet pięcioletnich, z garściami pełny-mi słodyczy. Zdezorientowany tą złowróżbną, pedofilską żądzą, niemal nie zdawałem sobie sprawy, że wziąłem za rękę dziewczynkę, ładne dziecko o ciemnych oczach i po-ważnej buzi, które wciąż usiłowało oddać mi zapas darmo-wych słodyczy, niewątpliwie zaniepokojone moim wymi-zerowanym wyglądem i posępną miną.

Mrucząc coś niewyraźnie, postanowiłem zabrać ją do parku. Pomyślałem o tajemnej altanie i miękkim łożu z kwiatów w moim grobie. Nawet jeśli upośledzone dzieci zobaczyłyby nas razem – a w pewien zdeprawowany spo-sób chciałem, by tak się stało, dla ich własnego dobra – nikt nie dałby im wiary.

Prowadząc dziecko w tłumie, brzydząc się samym sobą, choć ciągnięty dalej stanowczą ręką dziewczynki, ujrzałem ojca Wingate, który szedł przez ulicę w moim kierunku. Trzymał w dłoni swój słomkowy kapelusz i wymachiwał nim na boki jak kontroler lotu na pokładzie lotniskowca, sygnalizujący nieprawidłowe podejście do lądowania. Zmiarkowałem, że doskonale wie, jakie myśli przebiegają mi przez głowę, a jednocześnie czułem, że ojciec Wingate nie do końca odnosi się z dezaprobatą do moich zamiarów i w pewnym sensie uchwycił sekretną logikę perwersyjne-go czynu.

– Chodź tutaj… – Chcąc uniknąć spotkania z księdzem, wciągnąłem dziecko w drzwi salonu fryzjerskiego. Wszyst-kie fotele były zajęte, a fryzjerzy niczym prestidigitatorzy pracowali szeregiem nad dziwacznymi fryzurami – wspa-niałą plątaniną piór, jasnych peruk i skrzydeł zaczesanych do tyłu włosów, przywodzących na myśl ptasie pióra w pta-szarni.

Mieszczący się obok salonu fryzjerskiego butik był na-bity klientkami, jak gdyby wszystkie kobiety w Shepperton zapragnęły naraz nowej garderoby. Na chodniku widać było wieszaki z sukniami ślubnymi, a kierowniczka sklepu stała na wystawie, upinając wspaniałą koronkową sukienkę na biodrach plastikowego manekina. Była najwyraźniej prze-konana, że jest to strój, który każda kobieta wybierze w pierwszej kolejności. I rzeczywiście, grupka klientek wal-czyła łagodnie o miejsce, by przyjrzeć się sukience. Gdy gospodynie domowe, sekretarki, kelnerki i postarzałe urzęd-niczki zaczęły ściągać suknie z wieszaków i prezentować je sobie, dały się słyszeć westchnienia przesadnego zachwytu i ironiczne chichoty uznania. Kobiety szturchały się, przy-kładały suknie do ramion i pokrzykiwały na mnie wesoło. Poczułem się jak w świętującym mieście, pełnym moich osobistych oblubienic.

Trzymając mocno niemal zgniecioną rączkę dziewczyn-ki, przypomniałem sobie białe pióra oszalałych z pożąda-nia ptaków, wrzeszczących wokół mnie. Kobiety, których głosy stawały się coraz bardziej przenikliwe, kołysały się i pokładały na mnie niczym drżące w rui zwierzęta z dotknię-tego demencją zoologu. Zasłoniłem oczy przed rozjarzo-nym słońcem. Olbrzymia ara o elektrycznych, błękitnych piórach przeleciała z wrzaskiem tuż nad moją głową, a po-tem zaczęła metodycznie rozrywać pazurami markizę, zdob-ną w krwawe pasy. Jakiś chłopczyk o oczach obłąkanego karła cisnął mi w twarz grzechotkę.

Przyciśnięty do szyby wystawowej, wziąłem dziewczyn-kę na ręce, czując w ustach smak jej wilgotnego, przestra-szonego oddechu. Zatoczyłem się na składany stolik, zrzu-cając na ziemię tacę ze sztuczną biżuterią i rozmaitymi świe-cidełkami weselnymi. Kobiety zaczęły przepychać się w moim kierunku. Dołączył do nich tłum z pasażu handlowe-go, jak podekscytowani goście w święto swojego patrona, tłoczący się dokoła, by choć przez chwilę zobaczyć święte-go męża.

Usiłując uporządkować myśli, spojrzałem na blokujący drogę figowiec. W jego gałęziach huśtało się kilkanaścioro dzieci, których sylwetki rozświetlało lśniące listowie jak w animowanym witrażu. Wilgi i papużki rozpościerały skrzy-dła w tłumie dzieci, a niesamowite pióra ptaków spływały w dół w powietrzu pełnym zgiełku.

Czułem na skórze napierające na mnie ciała kobiet, któ-rych zapach podrażniał mi sińce na piersi. Ogarnęła mnie niepokojąca euforia seksualna -byłem jak odurzony jakimś dziwnym głodem. Suknie ślubne kołysały się wokół mnie w upale, chwiejąc się zgodnym ruchem na wieszakach, które kobiety podnosiły na wysokość twarzy.

Przez lukę w ludzkiej ciżbie zauważyłem, że Miriam St. Cloud wysiada ze swojego sportowego samochodu i jak zaczarowana wpatruje się w splądrowane wieszaki ze ślub-nymi sukniami. Dreptałem między kobietami niczym byk, drażniony przez niewieścich matadorów ze ślubnymi płach-tami, a Miriam wydawała się zdezorientowana i niepewna – była ostatnią z moich oblubienic, która spóźniła się na uroczystość. Czy zrozumiała, że uleczyłem jej pacjentów po to, by móc ich zaślubić? Wiedziałem, że wkrótce będę parzył się z Miriam St. Cloud i wszystkimi tutejszymi miesz-kańcami, z młodymi mężczyznami i kobietami, z dziećmi i niemowlętami w wózkach. Być może nigdy więcej nie będę jadł, ale ciała tych ludzi nakarmią mnie ich potem i zapa-chem.

Dziewczynka, którą ogarnęło teraz przerażenie, wyrwa-ła mi się i uciekła w tłum, umykając wraz z innymi dziećmi pośród pralek i telewizorów. Niemal tracąc przytomność, pogroziłem pięściami podekscytowanej matce, która porwa-ła dziewczynkę na ręce i wrzasnęła mi coś prosto w twarz. Zaplątałem się w koronkowy tren jednej ze ślubnych sukni i upadłem wprost pod nogi kobiety. Wyczerpany wrzawą leżałem w radosnym delirium, zdając sobie sprawę, że lada chwila moje oblubienice stratują mnie na śmierć. Czyjeś potężne ręce chwyciły mnie nagle w pasie i podź-wignęły na składany stolik. Tkwiąc jeszcze w objęciach ojca Wingate, oparłem się o szybę wystawową. Pastor zmiótł nogą na bok sztuczną biżuterię, a potem odepchnął kobiety. Czułem koński zapach potu, wydobywający się spod jego kwiecistej koszuli. Przyglądał mi się z miną zagniewaną i zarazem pełną czułości, jak ojciec zamierzający uderzyć syna w twarz. Wiedziałem, że tylko on jest świadom moje-go rozwiązującego się przeznaczenia, tej immanentnej przy-szłości, w którą miałem lada chwila wstąpić. – Blake… – Zdawało mi się, że jego głos spływa z nieba.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)