Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
– Wen – zaczęła kiedyś ostrożnie Victory. – Nie martwi cię, że Shane wydaje wszystkie twoje pieniądze?
To było w sylwestra, parę lat temu. Wendy i Shane urządzili przyjęcie, zrobiło się późno, większość gości wyszła. Shane poszedł spać, a Wendy, Victory i Nico siedziały na zniszczonej kanapie Wendy, piły szampana i rozmawiały o swoich najgłębszych uczuciach.
– Nigdy nie byłaś mężatką, więc nie zrozumiesz – powiedziała Wendy. – Małżeństwo polega na dzieleniu się. Chcesz, żeby ta druga osoba była szczęśliwa. Nie jestem policjantem. Nie będę kontrolowała zachowania Shane'a i nie chcę, żeby on mnie kontrolował. Kocham go.
Victory pomyślała, że Wendy mówi z wielką pasją. Nigdy nie zapomniała tamtej chwili. Zawsze kojarzyła z nią myśl, że Wendy ma dobrą i hojną naturę. Byia niezwykle troskliwą osobą. Victory zachodziła w głowę, skąd się to wzięło. Chciałaby być taka jak Wendy, ale wątpiła, by to się kiedykolwiek ziściło. Zbyt koncentrowała się na tym, co sprawiedliwe i fair, a w relacjach z mężczyznami to ona liczyła punkty. Specjaliści mówili, że tak nie wolno, ale Victory nic nie potrafiła na to poradzić. Pod koniec dnia chciała mieć poczucie, że mężczyzna włożył taki sam wysiłek w związek jak ona. Zwykle było inaczej, i właśnie dlatego wszystkie jej związki się rozpadały…
Zadzwoniła komórka. Victory odebrała, patrząc na numer. Jezu, Ellen, chyba piąty raz dzisiaj.
– Cześć, Ellen – oznajmiła z rezygnacją.
– Nie uwierzy pani, ale Lyne jednak chce, żeby przyjechała pani do biura.
Victory wywróciła oczyma.
– OK – powiedziała ostrożnie. – Na pewno?
– Tym razem na pewno – zapewniła ją Ellen.
Victory usłyszała odgłosy szamotaniny, po czym w słuchawce rozległ się głos Lyne'a Bennetta.
– Hej, mała, gdzie jesteś? – spytał. – Przywlecz swój tyłek na Siedemdziesiątą Drugą.
– Będę za chwilę. – Victory starała się ukryć irytację w głosie.
Rozłączyła się i spojrzała na szofera.
– Dzwoniła Ellen. Mamy jednak jechać na Siedemdziesiątą Drugą.
Wyprostowała się na kanapie. Coś podobnego! To już przesada. Dlaczego mężczyźni nie potrafią podjąć ostatecznej decyzji? Najwyraźniej Lyne był właścicielem dwóch przylegających do siebie budynków, które biegły przez długość całej ulicy, od Siedemdziesiątej Drugiej do Siedemdziesiątej Trzeciej. Mieszkał na Siedemdziesiątej Trzeciej i miał biura na Siedemdziesiątej Drugiej. Przez całe popołudnie Ellen wydzwaniała do niej, najpierw żeby poinformować, że Lyne powita ją w rezydencji, a potem, że zmienił zdanie i Victory ma jechać do biura. Później chciał się spotkać przed Whitney. Teraz ponownie mu się odmieniło i zażądał przyjazdu do biura.
W ten oto niezbyt subtelny sposób poinformował Victory, że jego czas jest znacznie cenniejszy niż jej.
Samochód zahamował, a szofer wysiadł, by otworzyć jej drzwi. Victory jednak była szybsza i wysiadła samodzielnie. Stanęła na chodniku i popatrzyła na budynek należący do Lyne'a. Było to szkaradzieństwo z białego marmuru z małą wieżyczką z boku. Mogłaby przysiąc, że widzi w oknie niespokojną twarz kobiety.
Nagle twarz zniknęła.
Victory się zawahała. Przyszło jej do głowy, że to naprawdę strata czasu. Nie znała Lyne'a Bennetta, ale już go nie lubiła. Zadzwoń do Ellen i powiedz jej, że zmieniłaś zdanie, nalegał głosik w jej głowie. Niby co zrobi Lyne? Wkurzy się i doprowadzi do bankructwa twoją firmę?
Wtedy jednak ciężka brama z kutego żelaza z kolcami się otworzyła. Krzepki mężczyzna w garniturze i ze słuchawką w uchu zmierzał ku niej niepokojącym krokiem zbyt rozrośniętego osiłka. Victory pomyślała, że chodzi, jakby miał kupę w majtkach.
– Do pana Bennetta? – zapytał.
– Tak…
– Proszę za mną – przerwał.
– Wszystkich gości tak witacie? – zapytała.
– Tak. – Wpuścił ją do środka.
– Jak to, czy jest ładna? Jasne, że tak. Boska. – Trajkocząc do słuchawki, Lyne Bennett zerknął na Victory. Siedział na obrotowym krześle obitym brązowym zamszem, palił cygaro i trzymał stopy w sznurowanych butach na biurku, jakby miał mnóstwo czasu, a Victory na niego nie czekała. Dekorator wnętrz urządził gabinet tak, jak sobie wyobrażał bibliotekę znamienitego dżentelmena – boazeria na ścianach, regały z książkami, orientalny kominek i wielka emaliowana popielnica Dunhilla. Victory przycupnęła na małym foteliku pokrytym tkaniną w cętki. Uśmiechnęła się dzielnie.
Jak długo jeszcze miała to znosić? Weszła do gabinetu Lyne'a przynajmniej trzy minuty temu, a ten ciągle gadał. Może jednak powinna wyjść.
– Siedzi tutaj – oznajmił Lyne do telefonu. – Nazywa się Victory Ford. Tak jest. – Pokiwał głową i mrugnął do Victory.
– Projektantka mody. Uhm. Piękna kobieta. – Zakrył dłonią słuchawkę. – Tanner Cole wie, kim jesteś, i cię docenia. Masz.
– Wręczył jej telefon. – Przywitaj się z nim. Niech się ucieszy. Ostatnio kiepsko sobie radzi w sprawach sercowych.
Victory westchnęła i wstała, po czym wyjęła mu telefon z ręki. Co za dziecinada. Nie znosiła, kiedy ludzie się tak zachowywali, zmuszali ją do rozmowy z kimś, kogo nie znała, nawet jeśli tym kimś był gwiazdor filmowy.
– Halo – powiedziała do słuchawki.
– Nie daj mu wejść sobie na głowę – zagruchał głos Tannera Cole'a w jej uchu.
– Nie dam. – Popatrzyła na Lyne'a. – A jeśli to zrobi, może będę musiała się umówić z tobą.
Lyne z udawaną wściekłością wyrwał jej telefon.
– Słyszałeś? – Uśmiechnął się do Victory. Zauważyła, że ma wielkie i olśniewająco białe zęby. – Powiedziała, że może się z tobą umówić. Najwyraźniej nic nie wie o rozmiarach twojego siusiaka.
Victory znów westchnęła i usiadła. Popatrzyła znacząco za zegarek, myśląc jednocześnie o tym, jak strasznym pozerem jest Lyne. Było to dość żałosne. Ale może czuł się niepewnie. Mało prawdopodobne, ale nie wykluczone. Być może dzięki niepewności zarobił miliard dolarów. Rozejrzała się po gabinecie i zauważyła trzy dziwne szkice Alexandra Caldersa, warte setki tysięcy dolarów. Lyne zapewne zaaranżował całą scenkę, żeby zrobić na niej wrażenie. Wcześniej dopilnował, żeby Ellen wprowadziła ją w chwili, gdy będzie rozmawiał ze swoim kumplem Tannerem Cole'em.
Wyprostowała nogi. Przynajmniej się postarał, pomyślała. Nagle zrobiło jej się go żal.
– Dobra, stary, do zobaczenia jutro wieczorem. Pieprzeni Jankesi! – wrzasnął i odłożył słuchawkę. Trwał sezon baseballowy. Lyne bez wątpienia był właścicielem prywatnej loży na stadionie Jankesów.
Miała tylko nadzieję, że nie będzie gadał o sporcie przez cały wieczór.
– Co słychać? – zapytał, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z jej obecności. Wstał, wyszedł zza biurka, ujął dłonie Victory, ścisnął je, po czym się pochylił i ucałował ją w policzek. – Świetnie wyglądasz – mruknął.
– Dziękuję – powiedziała lodowato.
– Poważnie. – Nie puszczał jej dłoni. – Cieszę się, że się zgodziłaś.
– Nie ma problemu – oświadczyła sztywno. Zastanawiała się, czy on jest równie zakłopotany jak ona.