Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
– Ellen! – wrzasnął znienacka. – Samochód na dole?
– Wiesz, że tak – dobiegł ich głos Ellen.
– Tak, ale czy stoi na wprost wejścia? Chcę wyjść z budynku prosto do auta. Nie zamierzam stać na chodniku i czekać na Wybój a.
– Powiem mu, że już schodzisz – oświadczyła Ellen radośnie.
– Wyboja? – Victory zastanawiała się, o czym będą rozmawiali przez cały wieczór.
– To mój kierowca – wyjaśnił Lyne. – Pan Dziurawiec. Jeśli w odległości pół kilometra od samochodu jest jakaś dziura, Wybój na pewno w nią wjedzie. Prawda, Ellen? – zapytał, wychodząc z biura.
Victory patrzyła na niego. Nie wiedziała, czy żartował, czy też mówił poważnie.
Ellen stała przy biurku z czarną kaszmirową marynarką w dłoniach. Lyne włożył ręce do rękawów.
– Bąbelki? – spytał.
– Tu. – Ellen wskazała butelkę szampana Cristal na swoim biurku.
– W Whitney zawsze częstują gównianym szampanem – wyjaśnił Lyne Victory. – Mówię im, żeby się poprawili i serwowali przynajmniej veuve, ale to tandeciarze. No to zabieram szampana ze sobą.
Ellen poszła za nimi do auta. Niosła szampana i dwa kieliszki. Kobiecie nawet by do głowy nie przyszło żądać od sekretarki takich usług, pomyślała Victory i krzywo popatrzyła na Lyne'a. Usiadł na kanapie, a Ellen wręczyła mu butelkę.
– Bawcie się dobrze, dzieciaki – powiedziała.
Victory gapiła się na nią. W pewnej chwili Ellen podłapała jej wzrok i bezradnie wzruszyła ramionami.
Victory spojrzała na Lyne'a, który fachowo zdzierał złotą folię z butelki szampana. Zmrużyła oczy. Jeśli wieczór i tak miał być stracony, to przynajmniej mogła dać nauczkę Lyne'owi Bennettowi.
Ten Lyne Bennett to koszmarny dupek, pomyślała Nico, patrząc ze złością na pierwszą stronę „New York Post".
Nagłówek krzyczał: „Soksi rządzą", ale całą górę kolumny zajmowało zdjęcie Lyne'a Bennetta i napis: „Milioner w starciu z psami. Patrz strona trzecia".
Mam nadzieję, że jakiś pies go pogryzł, pomyślała Nico, przewracając kartkę. Niestety, trochę się rozczarowała. Napisano jedynie, że Lyne Bennett usiłował nie dopuścić do tego, żeby szkolne boisko nieopodal jego domu zamieniało się popołudniami w wybieg dla psów. Lyne Bennett wspominał o „niehigienicznych warunkach", jego sąsiedzi zaś, właściciele psów, nazywali Lyne'a Bennetta „despotycznym wrogiem psów". Nico musiała się z nimi zgodzić. Przyszło jej do głowy, że nie ma nic gorszego niż facet, który nienawidzi psów. Znała Lyne'a Bennetta od lat i za każdym razem na jego widok dochodziła do wniosku, że to typ, który w dzieciństwie kopał psy, kiedy nikt nie patrzył. Refleksje na temat mężczyzn i psów przypomniały jej Kirby'ego i jego zwierzaka. I to, co robiła z Kirbym dwa razy w zeszłym tygodniu. Obiecała sobie, że w domu, w pobliżu Seymoura nie będzie myślała o Kirbym, to nie było fair wobec męża. Zamknęła gazetę i rzuciła ją na podłogę.
Była niedziela, dziesiąta rano. Nico siedziała w „jaskini", czyli mieszczącej się w piwnicy sali treningowej. Sala, położona dokładnie pod kuchnią, do której przylegał ogród i teren dla psów, pierwotnie była pozbawionym okien labiryntem małych schowków. Seymour wyłożył podłogę matami z sizalu, kazał tu wybudować prysznic, saunę i łaźnię parową, co kosztowało sto pięćdziesiąt tysięcy, a potem wstawił tu najnowocześniejsze urządzenia. Nico ćwiczyła teraz na czymś zwanym wszechstronnym atlasem treningowym. Aby prawidłowo korzystać z urządzenia, należało się do niego odpowiednio przypiąć pasami, więc podczas każdego treningu czuła się niczym ofiara jakiegoś dziwacznego naukowego eksperymentu. I pewnie tak było, do pewnego stopnia.
Popatrzyła na elektroniczny licznik. Jeszcze dziesięć minut. Zerknęła na swoje odbicie w lustrzanej ścianie. Dyszała i sapała, w napięciu marszczyła czoło. Dasz radę, motywowała samą siebie. Jeszcze… jeszcze dziewięć minut. Potem będzie osiem, i tak dalej, aż wreszcie to się skończy. Nienawidziła ćwiczeń, ale nie mogła ich sobie odpuścić, nie tylko ze względu na Seymoura. To naprawdę była część jej pracy. Victor Matrick wydał zarządzenie, że kadra zarządzająca nie tylko ma ciężko pracować, ale i bawić się do utraty tchu. Dwa razy w roku dwudziestu najlepszych dyrektorów wyjeżdżało na obóz przetrwania, gdzie uczestniczyło w górskim spływie tratwami (czwarty stopień trudności trasy), skakało ze spadochronem (mięczaki mogły skakać razem z instruktorem przywiązanym im do pleców) i jeździło na górskich rowerach w Utah. Małżonkowie byli mile widziani, ale nie niezbędni, Seymour jednak zawsze jej towarzyszył i zawsze błyszczał.
– Nie ma mowy, żeby zdołali przygotować się do każdej dyscypliny z osobna – mówił. – Sztuczka polega na tym, żeby być przez cały czas w gotowości. Dzięki dobrej kondycji będziesz mogła skutecznie rywalizować.
Stąd się wzięła sala treningowa.
Nagle zadzwoniła komórka, która wisiała na haczyku z boku atlasu. Przez chwilę Nico patrzyła na nią niespokojnie. W innych okolicznościach zostawiłaby ją na górze, zwłaszcza w niedzielę. Teraz jednak, kiedy łączyło ją coś z Kirbym (nawet przed sobą nie przyznałaby się do romansu), nie odważyłaby się na ryzyko. Co prawda powiedziała Kirby'emu, że pod żadnym pozorem nie wolno mu dzwonić do niej w tygodniu ani w weekendy, ale mógł nagle dać się porwać namiętności i zapomnieć. Popatrzyła na numer. Dzwoniła Wendy.
– Cześć – powiedziała Nico, wyplątując się z pasów.
– Victory chodzi z Lyne'em Bennettem. – W głosie Wendy pobrzmiewała mieszanka przerażenia i podziwu. – O Boże. Mam nadzieję, że nie zamieni się w Sarah-Catherine. Ona też z nim chodziła.
Nico otarła strumyk potu z karku. Dlaczego u licha Wendy nagle przypomniała sobie Sarah-Catherine? Zwłaszcza że nikt o niej nie słyszał od co najmniej trzech lat (Bogu dzięki).
– Nie przepadam za Lyne'em Bennettem, ale Vic w niczym nie przypomina Sarah-Catherine – powiedziała. – Ma swoją firmę. I prawdziwy talent.
Pomyślała, że Wendy zachowuje się jak te kobiety, którym wali się życie, więc zakładają, że dotyczy to również wszystkich innych.
– Zjesz lunch? – zapytała, wiedząc, że raczej powinna w tym czasie popracować.
– Nie powinnam – odparła Wendy.
– Ja też nie – oświadczyła Nico. – W Da Silvano o pierwszej? Zadzwonię do Victory.
Rozłączyła się i podniosła gazetę, po czym zaczęła przerzucać kartki. Na szóstej stronie znalazła zajmujące ćwierć kolumny kolorowe zdjęcie Victory i Lyne'a Bennetta w baseballowych czapeczkach Jankesów. Victory wiwatowała na stojąco, a Lyne, którego długa twarz kojarzyła się Nico z rombem, unosił zaciśniętą w pięść dłoń w triumfalnym geście.
No tak, pomyślała Nico. Widać nie mieli pojęcia, że Jankesi przegrają.
Przeniosła się na ławeczkę do wyciskania i usiadła na jej skraju. Odsunęła gazetę, żeby zagłębić się w tekst. Psuł się jej wzrok – nieuchronne po przekroczeniu czterdziestki – więc zdołała tylko przeczytać słowa: „Miłosna rozgrywka", a niżej: „Jankesi przegrali, ale to chyba nie zmartwiło miliardera Lyne'a Bennetta i projektantki Victory Ford. Tych dwoje widuje się razem na całym Manhattanie… ".
Jak do tego doszło? Nico rozmawiała z Victory w piątek rano. Victory powiedziała jej, że świetnie się bawiła z Lyne'em Bennettem, ale inaczej, niż można by przypuszczać. Szczerze mówiąc, wątpiła, czy Lyne jeszcze kiedykolwiek do niej zadzwoni. Nico uważniej popatrzyła na zdjęcie. Victory wyglądała tak, jakby faktycznie dobrze się bawiła. Nico pokręciła głową i pomyślała, że przyjaciółki nigdy nie przestaną jej zdumiewać i wprawiać w osłupienie.
A było tak, że Lyne Bennett właściwie zakochał się w Victory, a Victory w nim.