Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
No i jeszcze Lyne trzymał jej dłoń, jakby byli kochankami. Nie miała nic przeciwko temu, żeby ją z nim widzieli, ale przeszkadzałoby jej, gdyby ktoś pomyślał, że uprawia z Lyne'em seks. Usiłowała delikatnie wysunąć dłoń z jego uścisku, ale tylko go zacieśnił.
– Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że pewnie cierpisz na zespół nadpobudliwości psychoruchowej? – zapytała, myśląc o jego zachowaniu w aucie.
– Niech ci będzie. – Popatrzył na nią nieuważnie. – No chodź, mała. – Pociągnął ją za rękę. – Jeśli masz dość paparazzich, wejdźmy do środka.
Zupełnie jakby była małą dziewczynką!
Mimo jej obcasów był co najmniej piętnaście centymetrów wyższy, więc nie mogła się wyrwać. To był dodatkowy punkt dla niego. Potem zaciągnęła go na Pochwy. Ale ostateczny cios padł w Ciprianim, pomyślała z zadowoleniem…
– Olbrzymie pochwy w Whitney? – zapytała Wendy.
Właściwie nie była zaszokowana – teraz prawie nic nie było w stanie jej zaszokować, miała jednak spore kłopoty z koncentracją. Tego ranka zadzwonił Shane i spytał, czy może zabrać dzieci do swoich rodziców, którzy mieszkali na Upper West Side. Myśl o Shanie razem z dziećmi i ich dziadkami bez niej przyprawiała ją o mdłości.
Wendy, Nico i Victory siedziały przy stoliku nieopodal wejścia, w najbardziej pożądanym kącie Da Silvano. Restauracja była zatłoczona, drzwi bez przerwy się otwierały i wchodzili ludzie, tylko po to, żeby usłyszeć, że nie ma wolnych stolików, i za każdym razem Wendy czuła zimny podmuch wiatru na karku. Wciąż poprawiała paszminc, ale cholerstwo nie chciało się trzymać. Paszminy zapewne dawno wyszły z mody, ale nie miała nic lepszego, w czym wyglądałaby przyzwoicie w niedziele.
Pochyliła się do przodu, udając zainteresowanie. Czy Shane powiedział już swoim rodzicom? Teściowa nigdy jej nie lubiła. Pewnie teraz opowiadała Shane'owi, że Wendy jest złą matką…
– Co roku usiłują pokazać coś szokującego – mówiła właśnie Nico. – Kilka lat temu zaprezentowali taśmę wideo z pomalowanym niebieską farbą facetem, który bawił się penisem.
– Przynajmniej szokują na równych prawach. – Victory zatopiła paluszek w talerzyku z oliwą. – W tym roku są wielkie waginy, w które wetknięto plastikowe lalki.
– Nieszczególnie staranne wykonanie – oznajmiła Nico.
– Widziałaś je? – chciała wiedzieć Wendy.
– Musiałam – odparła Nico. – Pokażemy je w grudniowym numerze.
Wendy pokiwała głową. Poczuła się wykluczona. Ona tylko robiła filmy i zajmowała się rodziną. Brak jej było ogłady, nie miała żadnego życia poza tą małą tratwą egzystencji, w której kurs wkładała całą energię. Popatrzyła na Victory, promienną niczym dwudziestopięciolatka. Były niemal rówieśnicami, ale Victory wszędzie bywała i wszystko robiła – nadal umawiała się z mężczyznami. Nagle Wendy uświadomiła sobie, że od ponad piętnastu lat nie wybrała się na randkę. Poczuła się jeszcze gorzej. A gdyby znowu musiała na nie chodzić? Nie miałaby pojęcia, jak się zachować…
– Artystka, młoda kobieta z Brooklynu, chyba niedawno urodziła dziecko i najwyraźniej przeraziło ją to doświadczenie – mówiła Victory. – Oświadczyła, że nikt jej nie uprzedził, jak to naprawdę jest.
– Błagam – jęknęła Wendy lekceważąco. – Dlaczego każda babka, która urodziła dziecko, zachowuje się jak pionierka w tej dziedzinie?
– Myślę, że tak zareagowała na to, że właśnie kobiety muszą rodzić dzieci – zauważyła Nico.
– W każdym razie Lyne'owi kompletnie odwaliło – ciągnęła Victory. – Twierdzi, że omal nie zwymiotował.
– I z takim facetem się umawiasz? – mruknęła Wendy.
– Wen, te rzeźby naprawdę były okropne – powiedziała Victory. – Nie chodzi o temat, ale o wykonanie. Postanowiłam wykręcić mu numer, za to, że jest takim dupkiem. Przekonałam go, że pewnego dnia rzeźby damskich pochew będą tak ważne jak Wenus z Willendorfu – prehistoryczna figurka bogini płodności – a on mi uwierzył. Kupił rzeźbę pochwy za dwadzieścia tysięcy dolarów.
Odchyliła się i przypomniała sobie, jak w muzeum nabierała Lyne'a, który mamrotał, niezadowolony jak uczeń, coś na temat tego, „co się porobiło ze sztuką w dzisiejszej Ameryce".
– Wiesz, te rzeźby trafią do muzeum – oznajmiła. – Na początku nikt nie traktował poważnie puszek Campbella Andy'ego Warhola.
– Oszalałaś – powiedział.
– Może ja oszalałam, ale Brandon Winters raczej nie. – Brandon Winters był kuratorem wystawy w Whitney Muse- um. Victory ledwie go znała, ale odstawiła wielkie show, ucinając z nim sobie pogawędkę przy Łynie. – Nie słyszałeś, co powiedział Brandon? Muzeum Sztuki Współczesnej w Chicago niesamowicie się interesuje tymi rzeźbami, podobnie jak dwa muzea w Niemczech. Brandon twierdzi, że porównują te rzeźby do Wenus z Willendorfu…
Brandon wcale tak nie twierdził, uznała jednak, że swobodnie mógłby wygłaszać takie bzdury.
– Jakiej Wenus? – chciał wiedzieć Lyne.
Popatrzyła na niego z udawanym zmieszaniem.
– Wenus z Willendorfu. Boże, Lyne, podobno interesujesz się sztuką… Myślałam, że o niej słyszałeś. Naturalnie, ma dopiero dwadzieścia pięć tysięcy lat, więc może umknęła twojej uwagi…
Wtedy Lyne, z dziwnym wyrazem twarzy wmieszał się w tłum gapiów, którzy zebrali się wokół instalacji z pochwą. Zamienił kilka słów z Brandonem Wintersem, który najpierw się zdumiał, potem ucieszył, a potem zrobił służalczą minę. Lyne wręczył mu wizytówkę.
– Co? – zapytała.
Ujął ją za ramię i powiódł na bok.
– Kupiłem jedną – powiedział. – Za ile?
– Za dwadzieścia tysięcy.
Pomyślała z satysfakcją, że to mniej więcej tyle, ile by stracił, gdyby raczył osobiście do niej zadzwonić, a ona by odmówiła. Mimo wszystko postanowiła iść z nim na kolację, choćby po to, by sprawdzić, jaki jeszcze numer zdoła mu wywinąć.
Posadzono ich przy romantycznym stoliku w kącie w Ciprianim. Lyne natychmiast zamówił butelkę cristala, którego popijał jak wodę. Victory naprawdę zaczynała wierzyć w to, że cierpiał na niezdolność do koncentracji, bo nie mógł usiedzieć na miejscu – ciągle wstawał, żeby pogadać z ludźmi przy innych stolikach. Nie komentowała tego ani słowem, gdyż jedynym sposobem na to, żeby mężczyzna zrozumiał swoje niewłaściwe zachowanie, jest odpłacenie mu pięknym za nadobne. Kiedy po raz trzeci wrócił do stolika, wstała i poszła do baru. Siedziała tam dwójka jej znajomych. Victory nie śpieszyła się, zamawiając piwo imbirowe, i pogadała jeszcze z nimi o renowacji ich mieszkania. Potem wróciła do Lyne'a.
– Trochę cię nie było – zauważył, dotknięty.
– Rozmawiałam z ważnymi ludźmi. – Wzruszyła ramionami.
Podszedł kelner, żeby przyjąć zamówienie.
– Poproszę trzy porcje kawioru z bieługi – powiedziała Victory z satysfakcją, jakby było to całkiem zwyczajne. Lyne starał się ukryć niezadowolenie. W końcu był miliarderem, ale dostrzegła, że lekko się wkurzył.
– Większość ludzi zadowoliłaby się jedną porcją kawioru – powiedział gniewnie.
– Nie jestem większością ludzi – odparła. – A poza tym zgłodniałam.
Potem zamówiła homara, a na deser czekoladowy suflet. Wciągnęła Lyne'a w rozmowę o dzieciństwie, o jego ojcu, który odszedł, gdy Lyne miał czternaście lat, o dwóch młodszych braciach, o tym, jak musiał pracować w delikatesach i kłamać, że jest starszy. Wzbudził w niej nieco większą sympatię. Pod nieznośną ostentacją Lyne'a Victory wyczuwała przyzwoitego człowieka. Szkoda tylko, że przez większość czasu musiał zachowywać się jak dupek.