Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
No dobrze, „zakochać się" to zbyt mocne słowo, pomyślała Victory. Ale to mógł być początek „zakochania". Sympatia, troska i czułość, które budzi w tobie mężczyzna, kiedy nagle odkrywasz, że go lubisz, że jest w porządku, może nawet bardziej niż w porządku, że być może jest niezwykły. To było takie świąteczne uczucie. W środku ciepło i przytulnie, na zewnątrz ślicznie i błyszcząco.
– Będę na dole. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, zejdź albo wezwij Roberta.
Robert był lokajem, jedną z pięciu mieszkających tu na stałe osób personelu. Oprócz niego było jeszcze dwóch ochroniarzy, pokojówka i kucharka.
Lyne pochylił się, żeby pocałować Victory. Nadstawiła twarz i objęła go za szyję, dotykając gładko ogolonej skóry.
– Zadzwonię w parę miejsc – szepnęła. – Nie przejmuj się mną.
– Wiem, że nie muszę. – Pocałował ją mocniej, tak że opadła na łóżko. Po chwili go odepchnęła.
– Uważaj, bo się spóźnisz na spotkanie z George'em – powiedziała.
– E tam. Ten mały sukinsyn może poczekać. Boisko jest moje. – Ale po sekundzie już się wyprostował. Ma fioła na punkcie zobowiązań, całkiem jak ja, pomyślała Victory. Nie cierpiał nie dotrzymywać obietnic. – Zobaczymy się za godzinę.
– Baw się dobrze.
Zauważyła, że tego ranka wyglądał naprawdę słodko, w białym sportowym stroju i adidasach. Zamierzał pograć w squasha z innym miliarderem, George'em Paxtonem, na boisku, które najwyraźniej znajdowało się gdzieś na tyłach budynku. Victory mu pomachała, czując się trochę jak żona żegnająca idącego do pracy męża.
Opatuliła się kołdrą i rozejrzała. Postanowiła, że wstanie za minutkę. Lyne Bennett miał naprawdę wygodne łóżko. Pościel była wyjątkowo miękka, a pod plecami Victory leżały trzy poduszki królewskich rozmiarów, na których czuła się jak na chmurze. Naturalnie pościel i poduszki były białe, podobnie jak dywan i ciężkie jedwabne zasłony, a meble w stylu biedermaier. I był to prawdziwy biedermeier, w odróżnieniu od imitacji, które można znaleźć w dzielnicy antyków w Village. Same meble warte były zapewne z pół miliona dolarów. A pościel!
Dlaczego tylko prawdziwi bogacze miewają taką pościel? Victory zawitała kiedyś do Pratesi – najdroższego, jak sądziła, sklepu z bielizną pościelową na Madison Avenue – i zapłaciła tysiąc dolarów za komplet (tak naprawdę pół tysiąca, bo skorzystała z pięćdziesięcioprocentowej wyprzedaży), a jednak nie dorównywał miękkością temu tutaj. Pościel Lyne'a była wyznacznikiem różnicy między milionerem a miliarderem. Pomyślała, że niezależnie od tego, jaki sukces się odniesie, zawsze ktoś będzie miał więcej.
No i co z tego? Formalnie rzecz biorąc, Lyne miał więcej pieniędzy, za to ona była kobietą światową, wyrobiła sobie nazwisko, miała własną firmę i interesujące życie. Nie potrzebowała Lyne'a ani jego pieniędzy, ani nawet jego pościeli. Jednak właśnie dlatego romans z Lyne'em sprawiał jej uciechę. Lyne był dupkiem, ale zabawnym. Położyła głowę na poduszkach (które wznosiły się po obu stronach jej głowy, przez co niemal utonęła w pierzu), i zaczęta rozmyślać o wydarzeniach ostatnich dni.
Tamtego wieczoru, podczas pierwszej, niemal katastrofalnej randki, zaczęła kłócić się z Lyne'em już w chwili, gdy samochód ruszył spod domu.
– Naprawdę uważasz za konieczne zmuszanie swojej asystentki do noszenia za tobą szampana do auta? – Celowo nie użyła słowa „sekretarki".
– A co jej to szkodzi? – Otworzył butelkę. – Jest najlepiej opłacaną sekretarką w Nowym Jorku. Kocha mnie.
– Bo musi. I dlaczego zmuszasz ją do umawiania cię na randki? Czemu sam nie dzwonisz?
Wiedziała, że jest obcesowa, ale miała to gdzieś. Lyne kazał jej czekać podczas rozmowy z Tannerem Cole'em i to było znacznie bardziej niegrzeczne.
– No cóż… – Lyne nalał szampana do kieliszka, który stał w uchwycie z polerowanego drewna na środku kanapy. – Swój czas wyceniam na jakieś pięć tysięcy dolarów za minutę. Nie twierdzę, że nie jesteś tego warta, ale gdybym zadzwonił, a ty byś odmówiła, kosztowałoby mnie to około dwudziestu tysięcy.
– Na pewno możesz sobie na to pozwolić – oświadczyła z pogardą.
– Nie chodzi o to, na co mogę sobie pozwolić, tylko na co chcę. – Wyszczerzył zęby. Odpowiedziała mu cynicznym uśmiechem. Lyne był atrakcyjny, ale uśmiechał się jak rekin.
– To najbardziej żałosny wykręt, jaki kiedykolwiek słyszałam – powiedziała.
Postanowiła, że pokaże się z nim w Whitney, a potem wróci do domu. Nie mógł jej zmusić do wspólnej kolacji.
– Ale nie odmówiłaś – powiedział.
– Odmówię.
– Naprawdę jesteś zła, bo kazałem Ellen umówić cię na randkę? – spytał.
Przynajmniej wystarczyło mu przyzwoitości, żeby wyglądać na zdumionego.
– Nie – odparła. – Naprawdę jestem zła, bo kazałeś mi siedzieć i czekać, aż skończysz rozmowę z Tannerem Cole'em.
– Oczekujesz, że będę wyłączał telefon za każdym razem, kiedy wejdziesz do pokoju?
– Zgadza się – przytaknęła. – Chyba że to ja będę na linii. W takim wypadku możesz rozmawiać.
Popatrzyła na niego, ciekawa, jak to przyjmie. Czy wyrzuci ją z auta? Nie miałaby nic przeciwko temu. Najwyraźniej jednak nie potraktował jej poważnie. Zadzwoniła jego komórka, Lyne wyjął ją i popatrzył na numer.
– Więc nie pozwolisz mi odebrać telefonu od prezydenta Brazylii?
Uśmiechnęła się lodowato.
– Kiedy jesteś ze mną, prezydent Brazylii musi poczekać.
– Jak sobie chcesz. – Wyłączył telefon.
Przez chwilę jechali w niechętnym milczeniu. Nawet go nie znała, więc dlaczego wykłócali się jak para? Zaczynały jej dokuczać wyrzuty sumienia. Takie jędzowate zachowanie do niej nie pasowało. Mężczyźni pokroju Lyne'a Bennetta potrafili wyzwolić w kobiecie najgorsze instynkty, ale nie wolno sobie folgować.
– To naprawdę był prezydent Brazylii? – zapytała.
– Ellen. – Zarechotał. – Jeden zero dla mnie. Przygryzła wargę, kryjąc uśmiech.
– Na razie – powiedziała.
– A właściwie jeden zero dla ciebie. Bo to naprawdę był prezydent Brazylii.
O Boże. Wariat, pomyślała.
Auto wjechał na Madison Avenue. Przed Whitney Museum stał tłum samochodów i Lyne'a nagle ogarnęła obsesja. Koniecznie chciał, żeby Wybój zaparkował naprzeciwko wejścia.
– Dawaj, Wybój! – wrzeszczał zachęcająco.
– Staram się, proszę pana. Ale przed nami jest limuzyna…
– Pieprzyć limuzynę! – wrzasnął Lyne. – To auto starego Shinera. Srajnera, jak go nazywam – wyjaśnił Victory. – Kiedy startowałem w biznesie, powiedział, że nie zarobię ani grosza. Nigdy nie dam mu o tym zapomnieć. Jeśli limuzyna Srajnera nie zniknie stąd za pięć sekund, rąbnij w nią, Wybój.
– Przyjedzie policja. To długo potrwa – narzekał Wybój.
– No i co z tego? Przecież wiesz, jak sobie radzić z policją…
Victory miała serdecznie dosyć tego cyrku.
– Przestaniesz wreszcie? – Popatrzyła na Lyne'a. – Zachowujesz się jak kompletny wariat. To żenujące. Jeśli nie jesteś w stanie przejść półtora metra po chodniku, masz poważny problem.
Na Łynie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
– Słyszałeś, Wybój? – Poklepał kierowcę po ramieniu. – Spędziliśmy ze sobą zaledwie dziesięć minut, a ona już mnie zna. Dajże spokój. – Wziął Victory za rękę. – Wiedziałem, że będę się z tobą dobrze bawił.
Skrzywiła się. Najwyraźniej trudno było obrazić Lyne'a Bennetta. Uznała, że zaczyna go odrobinę lubić.
I dobrze, bo nawet gdyby w tym momencie zechciała go opuścić, nie byłoby to możliwe. Wysiedli z auta i natychmiast otoczyli ich fotografowie. Biennale w Whitney było największym pokazem ostro rywalizującej grupki artystów wybranych przez komitet wystawy, jednym z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych wydarzeń artystycznych w kraju. Victory zawsze zapominała, że to również wydarzenie towarzyskie. Wszyscy zapewne założą, że ona i Lyne nie tylko się spotykają, ale zapewne już od pewnego czasu są ze sobą. Pary zwykle pojawiały się na biennale w Whitney, gdy pragnęły oficjalnie powiadomić innych o swoim związku.