Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:

Każde miasto ma swoje sekretne miejsca. Wieki pełne mrocznych historii sprawiły, że stolica Rosji ma takich miejsc wyjątkowo dużo. Współczesność przenika się tu z przeszłością w sposób subtelny i magiczny. Mieszkańcy Moskwy szukając schronienia przed problemami współczesnego życia mogą czasem trafić do niezwykłych miejsc. Wystarczy jeden nieostrożny krok, żeby znaleźć się w mrocznym, baśniowym świecie pełnym magii, płaczących drzew, gadających ptaków, wygnanych wieki temu pogańskich bóstw i baśniowych stworzeń. Tu można usłyszeć najdziwniejsze z opowieści. Trzeba tylko cierpliwie nadstawiać uszu. Ekaterina Sedia napisała książkę niezwykłą o zderzeniu dwóch światów. Kapitalistycznej i nowoczesnej Moskwy z magicznym światem starorosyjskich baśni. Tuż pod powierzchnią szarej rzeczywistości kryje się inny świat. Mroczny, niebezpieczny, ale i zarazem piękny. Tu wszystko jest możliwe. Niepokojący klimat powieści porównywany jest przez krytyków z dziełami Bułhakowa. Ta książka to jedna z najważniejszych pozycji współczesnej literatury rosyjskiej. Główną bohaterką powieści jest Galina, młoda kobieta mająca na głowie zwyczajne problemy codziennego życia. Zostaje zaplątana w wir tajemniczych wydarzeń i razem z milicjantem prowadzącym śledztwo w sprawie tajemniczych zaginięć musi na nowo poznać otaczający ją świat. Wspólne poszukiwania prowadzą ich do podziemnego królestwa, do krainy zawieszonej między rzeczywistością i fantazją. Do świata, gdzie honor ma znaczenie, a dobro i zło są tym, czym były u zarania dziejów. Ekaterina Sedia urodziła się i wychowała w Moskwie. Po studiach przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Obecnie mieszka w New Jersey razem z mężem i dwoma kotami. Wykłada botanikę i ekologię. W chwilach wolnych uprawia ogródek i pisze książki. Jej najnowszy bestseller to Tajemna Historia Moskwy.
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 59
Перейти на страницу:

Też skinęła głową, nie patrząc na niego. Elena objęła jej ramiona jedną ręką, szepcząc do ucha krzepiące słowa.

Na dworze było ciemno, blaskodrzewa przygasały, rozbłyskiwały na parę sekund i skrzyły się jasno, a potem znów ciemniały. Białe kawki i gawrony spały na gałęziach, tylko od czasu do czasu rubinowe oko otwierało się, by obrzucić przechodzących ludzi i szczury obojętnym spojrzeniem, po czym znowu się zamykało, przysłaniane skórzastymi powiekami.

– Chcesz mnie o coś spytać? – Zapytała Oksana.

Skinął głową.

– Chcę wiedzieć, jak tu trafiłaś… I wiesz… Jak ci się wiodło. Na powierzchni.

***

Oksana wiedziała, że na świecie nie ma dla niej miejsca, zanim jeszcze nauczyła się mówić. Jak sięgnąć pamięcią, znała jadące pociągi i zmieniające się krajobrazy; jedynym stałym elementem wspomnień były kobiety siedzące na tobołkach i dzieci krzyczące i bawiące się pod czujnym okiem matek.

Miała szczęście, gdy jej rodzina dostała odszkodowanie za holocaust – miała nikłe pojęcie, co to takiego, choć właśnie przez holocaust jakaś zagraniczna organizacja humanitarna przysłała pieniądze, a jej dziadkowie ze strony matki zginęli w komorze gazowej. Pieniądze się przydały, kupili za nie dom – ruderę bez bieżącej wody i kanalizacji, niemniej jednak prawdziwy dom, gdzie dało się osiąść na dłużej, a ona mogła chodzić do szkoły.

To doświadczenie tylko powiększyło konsternację – inne dzieci zadawały jej pytania, jakie nigdy nie przyszłyby jej do głowy, i miała kłopoty z udzieleniem odpowiedzi.

Musiała tłumaczyć, że jest Cyganką i że Cyganie mają prawdziwy język, nie jakiś tam złodziejski żargon. Wyjaśniła, że jej matka naprawdę umie wróżyć. Że filmy o Cyganach wcale nie są takie prawdziwe, podobnie jak piosenki sprzedawane na lśniących czarnych płytach winylowych, nawet jeśli nazywają się „Romanse cygańskie". Każde pytanie zwiększało odległość pomiędzy nią i koleżankami z klasy. Zaczęła nienawidzić swojego ukraińskiego imienia, nadanego jej, bo urodziła się w Kijowie.

Potem pieniądze się skończyły i znów dołączyli do starego taboru. Matka zaniemogła, jej wróżby stawały się coraz bardziej dziwne i mroczne. Oksana musiała znaleźć źródło dochodów pewniejszych niż te, jakie zapewniał niedźwiedź prowadzany na smyczy. Zaczęła występować w drogich restauracjach, gdzie tańczyła, grała na gitarze i śpiewała cygańskie romanse. Te piosenki były tylko podobne do prawdziwych, pozbawione celu i duszy – nie mogła zrozumieć, dlaczego trzeba zabić zarodek czegoś żywego i szczerego we wszystkim, co jest przeznaczone do masowej konsumpcji. Podobnie rzecz się miała z matrioszkami, bezdusznymi klockami drewna, które sprzedawali przedsiębiorczy rzemieślnicy; tak samo było z seksem.

Potrzebowali pieniędzy, ale z początku się wzdragała, gdy na przyjęciu jeden czy drugi pijany biznesmen, czerwony i spocony, z rozpiętą marynarką i bez krawata, pytał ją, czy ma wszy, a gdy przeczyła, proponował gruby plik banknotów za coś ekstra. W końcu nie mogła sobie pozwolić na odmowę i naprawdę nie było aż tak źle, po prostu szła z nimi do łazienki albo na zaplecze, zamykała oczy, zagryzała usta – i naprawdę, czy to się różniło od tego, co robił Fiodor, sprzedając jej portrety – tylko smuga smagłej skóry, czarne oczy i czerwone usta, rozmyte przez powtarzalność ruchu – czym to się różniło? Czym się różniło od pękniętej igły żłobiącej rowek na starej płycie, dokoła, wciąż dokoła, nigdy niedocierającej do celu; czym się różniło od brzozowego pniaka, wirującego pod ostrym siekaczem noża rzemieślnika, aż zyska gruszkowaty kształt głupiej pustej zabawki?

Świat obracał ich wszystkich dokoła, w kręgach, które nosiły iluzoryczne podobieństwo do spiral, aż wszyscy się ścierali, tracili cechy charakterystyczne, jak jej moneta, jak lizak w łakomych ustach dziecka. Obracała się w tańcu, spódnica wirowała wokół niej w jaskrawym rozpaczliwym kręgu, śpiewała, pozwalała brać się od tyłu, i wszystko to ze strasznym uczuciem, że została ciśnięta w szarą pustkę październikowego nieba.

Czuła się zrównoważona tylko tego dnia na moście, gdy ni z tego, ni z owego spojrzała ponad kanciastym ramieniem mężczyzny ze szkicownikiem i zobaczyła most i cerkiew odbite na papierze tak, jak odbijała je woda – takie same, a jednak inne, nie sprofanowane, lecz uhonorowane. I wtedy zapragnęła zobaczyć siebie tak, jak on ją widział, jak inni nie mogli zobaczyć.

I gdy ją namalował, poczuła się prawdziwa, nie tyle zlepek egzotycznych cech, ile pierwotna istota z koloru i światła, z płaszczyzn i ostrych kątów. Została rozbita i złożona na papierze, niezupełnie ona, ale realna, z ważkością, której brakowało jej prawdziwemu ciału, wolna od krępujących spiral i szorstkich jak papier ścierny pięści świata.

Dała mu swoje szczęście i pokazała Miszę, mając nadzieję, że Fiodor uzna jedno i drugie za to, czym było, że zrozumie, że Misza jest duszą na ostatnich etapach rozcierania do gołych kości, drzazg połamanych zębów i strzępów pazurów. Zamiast tego Fiodor odszedł, i nic już nigdy nie było dobrze.

Oksana nie obwiniała go, nie bezpośrednio; przecież nikt nie jest nikomu nic winien. Nie szukała zbawcy, tylko kogoś, kto by zrozumiał. Była wściekła na siebie, że nie umiała mu tego wyjaśnić. Jej śpiew zaczął brzmieć chrapliwie, gdy zaschło jej w gardle i coś pękło w piersi. Palce ślizgały się niemrawo po strunach gitary. Misza zdechł w październiku.

Wtedy wynieśli się z dworca i zamieszkali w Carycynie – w parku trwała budowa, wielkie fragmenty zostały zamknięte dla zwiedzających i tabor cygański z niedźwiedziem mógł tam czekać do zimy, zanim ruszą w cieplejsze strony albo przezimują, zmarznięci i stłoczeni, ale uparci jak wrony. Najpierw jednak musieli się pozbyć martwego niedźwiedzia. Kremacja wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Oksana, rozpaczająca bardziej niż pozostali, dostrzegła w tym coś stosownego, niemal poetyckiego.

Zbudowali stos pogrzebowy z gałęzi, a także paru brzózek i lip, których braku, jak osądzili, nikt nie zauważy, i wtoczyli na wierzch skurczone, wysuszone ciało niedźwiedzia. Zapadła noc, liście wciąż czepiające się gałęzi czerniały na tle indygowego nieba z wielkim bladym księżycem.

Żółte płomienie lizały z trzaskiem gałęzie, wysuszając soki w chmurze gryzącego czarnego dymu, który przesycał powietrze smakiem prawdziwej jesieni i goryczy. Ich jęzory okręcały się wokół pni brzóz, długie loki białej kory szeleściły i paliły się jak papier, przez chwilę obrysowane czerwienią, potem niknące w blasku czystego pomarańczowego ognia. Płomienie dosięgły martwego niedźwiedzia i zapach liści został zduszony przez swąd płonącej sierści.

Wszyscy wtedy się rozproszyli, radzi, że ogień jest gorący i jasny, więc rankiem nie zostanie nic prócz paru popielatych kości, łatwych do połamania na długie ostre drzazgi i pogrzebania. Została tylko Oksana, z oczami łzawiącymi od smrodu. Obejmowała ramiona, gdy fala żaru uderzała w nią raz za razem, a tłusta sadza siadała jak czarne płatki śniegu na jej włosach, rzęsach, policzkach, ustach. Niedźwiedź na szczycie stosu jak gdyby ożył – kończyny wykrzywiły się w żarze, jakby kiwały, by do niego dołączyła. Rozumiała, że ruch jest wynikiem skurczów wysuszanych mięśni, zanim obrócą się w popiół. Ale rozumiała też, że nie ma sensu czekać, aż zrobi się stara i schorowana jak Misza, aż jej ciało spocznie na własnym stosie pogrzebowym. A może ją pogrzebią – przepełnił ją niesmak, nie sprawiała jej przyjemności myśl o ciemnościach, wilgotnym zapachu ziemi i nieuniknionych robakach. Wolała odejść teraz, w wybuchu płomieni, jak wiele cygańskich kobiet w dawnych czasach. To będzie jej jedyny akt sprzeciwu wobec losu – pokrzyżuje mu szyki, przed czasem rzucając się w jego objęcia. Oksana odetchnęła głęboko parę razy, jak przed skokiem do wody, a nie w ryczące płomienie ze skwierczącym padłem niedźwiedzia. Płomienie skoczyły w górę, liżąc blady księżyc czerwonymi psimi językami, i zakrzywiły się do wewnątrz, otwierając ciemne rozjarzone przejście. Oksana zamknęła oczy i weszła, podnoszona przez nieznośnie gorące tchnienie z serca stosu. Jej stopy oderwały się od ziemi i unosiła się przez chwilę, otoczona lśniącymi ścianami ognia, jej rozpostarte ręce łopotały jak ptasie skrzydła, aż podmuch z siłą oceanicznej fali rzucił ją w stronę martwego niedźwiedzia i poczuła, że oboje – płonąc, płonąc – spadają w pusty ocean ciemnego październikowego nieba.

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 59
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)