Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
– Rób, co musisz – odparła Elena. – I nie ekscytuj się za bardzo, bo cię razi apopleksja.
Pozostali ludzie zachichotali i Jakow domyślił się, że śmierć Kościeja Nieśmiertelnego jest dla wielu ulubionym żartem.
Kościej wstał, wyjątkowo wysoki i chudy jak szkielet w światłach zorzy polarnej Zemuny i błękitnym lśnieniu klejnotu. Jakow zastanawiał się, czy rzeczywiście może wskrzesić umarłego.
– Daj mi to, skarbie – powiedział Kościej do Eleny i wyciągnął rękę.
Włożyła w nią klejnot, pytając:
– Wiesz, co to jest?
– Dość dobrze wypolerowana szklana kulka – odparł. – Ważniejsze, co jest w środku.
– A co tam może być? – Zapytał Jakow.
Kościej spojrzał na niego po raz pierwszy i Jakow poczuł się tak, jakby insekty pełzały mu pod kołnierzem koszuli.
– Dusza tego człowieka, mój mięsisty przyjacielu. Widzisz, wiem całkiem sporo o ukrywaniu dusz.
– Myślałem, że to twoja śmierć była ukryta – wtrąciła Galina.
– Na jedno wychodzi, moja droga. Każda dusza zawiera nasienie własnego zniszczenia. A teraz, jeśli mogę…
Jakow nie mógł się otrząsnąć z wrażenia, że ogląda występ magika, gdy Kościej wcisnął błękitną kulkę pod język martwego i odwinął taśmę monterską z jego nadgarstków. Nastawił mu szczękę, schował poczerniały język, który sterczał spomiędzy połamanych zębów niczym słupek kwiatu, i zamknął usta.
Kościej szepnął parę słów do ucha trupa i poklepał się po kieszeniach. Z irytacją przerwał swoje zabiegi.
– Czy ktoś ma dwie monety? – Zapytał. – Nie spodziewałem się, że będę przeprowadzać zmartwychwstanie.
– Proszę – powiedział Fiodor.
Wszyscy wstrzymali oddech, gdy podał Kościejowi startą monetę na cienkim złotym łańcuszku.
Kościej chwycił monetę, a Fiodor ją wyszarpnął. Potem znowu przeciągnął ją przez kościstą garść.
Jakow przyglądał się ze zdumieniem tym manipulacjom, dopóki Kościej nie otworzył dłoni i nie pokazał dwóch lśniących monet. Położył je na oczach trupa, zamykając powieki. Sine cienie rozpostarły się pod nimi, a Kościej podjął szeptane zaklęcia.
Jakow się znudził i zaczął wodzić wzrokiem po sali. Częściowo nadal oczekiwał, że zbudzi się w swoim pokoju, z mamą pokrzykującą w kuchni, żeby przyszedł na śniadanie; czuł się winny, że myślał o niej tak mało. Wyobrażał ją sobie taką, jaka zawsze była, z zaciśniętymi wargami, lekko zmartwiona, wiecznie czymś zaniepokojona, gdy podzwaniane przywołało go do chwili obecnej, do karczmy dziadka, do stołu otoczonego przez ludzi, którzy od dawna powinni być martwi, i przez istoty, które w ogóle nie powinny istnieć. Popatrzył na stół, z początku nie rozumiejąc, na dwie wypolerowane monety wirujące i tańczące po szorstkiej powierzchni. Potem spojrzał na trupa, który otworzył przymglone mleczne oczy, potarł nadgarstki i zadrżał w mokrym ubraniu, a następnie przemówił.
Siergiej nigdy nie przypuszczał, że zostanie bandytą, gdy dorośnie – w dzieciństwie bandytyzm nie był realnym fachem i marzenia chłopców w jego wieku rzadko wykraczały poza zawody kosmonautów czy strażaków, przynajmniej gdy już zrozumieli, że stanowiska bohaterów rewolucyjnych dawno temu zostały zajęte i nie ma wakatów.
Obsesyjnie uwielbiał kawalerię, Czapajewa i Budionnego, i przeczytał wszystkie książki w bibliotece o wojnie domowej i bohaterstwie Armii Czerwonej. Był zawiedziony, gdy się dowiedział, że kawaleria odeszła w przeszłość i że gdyby wstąpił do wojska, oglądałby złotą falującą trawę stepów przez wąskie szczeliny czołgu, nie z grzbietu wierzchowca, gdy gwiżdże wiatr, a powietrze jest przesycone zapachem siana i końskiego potu. Miłość do koni i wojny sprawiła, że na przemian chciał zostać żołnierzem i weterynarzem; gdy skończył szkołę średnią, złożył podanie do instytutu weterynarii. Nie zdał egzaminów wstępnych i zaciągnął się do wojska.
Armia go odmieniła – po pierwszym roku, gdy był ofiarą fali, i po drugim, gdy rządził kotami, doszedł do wniosku, że weterynaria była przelotną fantazją, a życie wiejskiego weterynarza wstydliwym dziecięcym marzeniem. Został w wojsku na trzeci rok i zaczął się starać o przyjęcie do akademii wojskowej.
A potem nastąpiły zmiany, wielkie zmiany. Obcięto wydatki na wojsko i został wysłany do domu z jednostki ochrony silosu atomowego. Krążyły pogłoski, że znajdujące się tam bomby jądrowe są przewidziane do zniszczenia, ale Siergieja to nie obchodziło. Rozpoczęła się prywatyzacja, prywatne sklepy wyrastały z dnia na dzień jak chybotliwe blaszane muchomory po deszczu, a dla niego coś stało się oczywiste: przywileje w czasach jego młodości zarezerwowane dla członków partii, a wcześniej zdobywane w bitwie, teraz mogli dostać za darmo ludzie, którzy mieli głowę na karku, zmysł do interesów, i nie grzeszyli nadmiarem skrupułów.
Wiedział, że nie ma ani tęgiej głowy, ani smykałki do interesów; miał tylko permisywne sumienie i dobrą zaprawę fizyczną. Sklepy potrzebowały ochrony, tyle że niektóre jeszcze o tym nie wiedziały, i Siergiej dołączył do grupy sympatycznych osobników, którzy wzięli na siebie przekonanie właścicieli, że warto płacić za ochronę przed konkurencyjnymi reketierami.
Nigdy nie osiągnął wysokiej pozycji w gangu, nigdy się nie interesował, dlaczego i jak; uważał się za zwykłego biznesmena. Gdy dłużnicy nie płacili, czuł się osobiście zraniony i zdradzony, przekonany o słuszności swojego postępowania, karał ludzi, którzy z jakiegoś powodu uznali, że nie muszą zwracać długów. Niektórzy nawet posuwali się do podważania sensu samej potrzeby ochrony – inaczej dachu, jak to nazywano. „Musisz mieć dach" – tłumaczył jednemu czy drugiemu. „Jeśli nie będziesz miał ochrony, inne gangi zrobią z tobą co zechcą, z twoją firmą, z twoimi pieniędzmi. Co wtedy? Pójdziesz na policję?".
Wtedy klient pojmował swoją głupotę, zwieszał głowę i bulił, ile trzeba. Tylko ci najbardziej oporni wymagali stosowania fizycznych środków perswazji.
Siergiej pracował w swoim życiu z paroma prawdziwymi artystami – wyposażeni w żelazko elektryczne, obcęgi i rolkę taśmy monterskiej potrafili przemienić najbardziej pewnego siebie biznesmena w pochlipującego, podlizującego się robaka. Te prymitywne narzędzia jednak wypadły z łask, odkąd bandyci odkryli czary.
Babskie gadanie, myślał z początku Siergiej. Mikstury, talizmany, kabalistyczne symbole to jedno i to samo, co rzucanie klątw i zsyłanie błogosławieństw, składanie ofiar dawnym, nieznanym z imienia bogom – jedna wielka głupota, powiedział. Nie ma żadnej tajemniczej energii ani korzystnego ustawiania się gwiazd, które w ten sposób ułatwią rozstrzygnięcie sporu terytorialnego; żadna ilość suszonych ziół nie pomoże zastartować rano jego prehistorycznej wołdze, smutnej spuściźnie po jakimś byłym funkcjonariuszu partyjnym. Tylko że pomogła.
Zrazu przypisał to zbiegowi okoliczności, i choć nie całkiem wierzył w magię, nie można powiedzieć, że zupełnie nie wierzył. Przełom nastąpił, kiedy jego koledzy otworzyli szklany interes.
Jeden z nich, Sława, wysoki chudzielec, który chodził z nim do klasy i załatwił mu obecną robotę, zabrał go na oddaloną, w znacznej mierze niestrzeżoną odnogę linii kolejowej – tor biegnący wśród sadów i przetrzebionych lasów Biriolewa, gdzie w letnim skwarze drewno podkładów kolejowych wydzielało zapach smoły i kreozotu, a źdźbła rzadkiej trawy porastały kamienisty grunt pomiędzy szynami. Z toru korzystały wagony pełne granulatu szkła – zielone, niebieskie i bezbarwne kulki, dwa centymetry średnicy – do pobliskiej huty szkła. Granule przewożono w otwartych wagonach, które jechały z prędkością energicznego truchtu, więc nietrudno było się do nich dobrać.