Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
– Po co nam te kulki? – Zapytał Siergiej. – Są gówno warte.
– Ale nie do tego, co można z nimi zrobić. Czeczeni się zesrają, gdy usłyszą, że mamy tę… Moc. Wiedziałeś, że w tych szkiełkach można uwięzić dusze? – Sława szybko stawał się ekspertem w okultyzmie.
– Nie. Skąd to wiesz, kurwa?
– Mam swoje źródła – odparł Sława z chytrym uśmiechem. – Wchodzisz czy nie? Jeśli usłyszą, że nie musimy ich zabijać, ale możemy uwięzić ich dusze na wieki, żaden nam nie podskoczy. Nigdy – powiedział z wyraźną satysfakcją, kopiąc adidasem szynę, która zaśpiewała niskim, rezonującym głosem. Siergiej wyobraził sobie, że dźwięk poniósł się daleko, do nieznanych krajów, może po całej Europie. – Czeczeni boją się o swoje dusze, są chrześcijanami.
– Muzułmanami – poprawił Siergiej. – Ormianie i Gruzini są chrześcijanami.
– Mniejsza z tym. Nieważne, kurwa, w co wierzą, byle wierzyli w niebo. Możemy je im odebrać. Czy to nie super?
Nadjechał pociąg. Sława czekał, kiedy ich mijał, a w pewnym momencie ruszył z kopyta i dopędził jeden z otwartych wagonów. Skoczył i chwycił się krawędzi. Nie wciągnął się, tylko sięgnął do środka i puścił, lądując w kucki przy torze. Wrócił i pokazał Siergiejowi garść zielonych kulek.
– To jest super. – Podał mu jedną, a drugą podniósł do oczu, patrząc na słońce.
Siergiej zrobił to samo. Małe dzioby i skazy na powierzchni kulki powiększyły się, miał więc wrażenie, że patrzy na powierzchnię Księżyca, tajemniczą i lśniąco zielonkawą, zniekształconą przez lekką krzywiznę szkła, tlącą się kraterami. Odkrył, że jeśli obróci kulkę w palcach, zielony świat obróci się wraz z nią, ukazując mu ukryte góry i głębokie rozpadliny.
– Niezłe miejsce dla duszy, nie sądzisz? – Zapytał Sława. – Wchodzisz?
Tak oto Siergiej znalazł się w tym, co eufemistycznie nazywano szklanym interesem, i zgromadził ładną kolekcję dusz, gdy Sława i pozostali rozszerzali terytorium. To znaczy, dopóki nie znalazł się po niewłaściwej stronie szklanej kulki.
Coraz bardziej ciekaw źródła tajemnej wiedzy Sławy, zaczął zadawać pytania. Kiedy wypytywanie nie przyniosło żadnych rezultatów, zaczął węszyć. W tym czasie stać go było na rozwalenie wołgi, zardzewiałej i ciężkiej od konotacji klasowych, i kupno jeepa – używanego, a i tak w lepszym stanie niż wszystkie wozy, które miał do tej pory. Ale Sława przesiadał się z mercedesa do mercedesa, gdy tylko zapełniła się popielniczka, i Siergiej podejrzewał, że źródłem jego dochodów musi być coś więcej niż wymuszanie haraczy i więzienie dusz. Postanowił wytropić jego tajemne interesy.
Zajął stanowisko przy wejściu do porządnej starej kamienicy na Twerskiej. Na tę wyprawę pożyczył od kolegi skromnego zaporożca (markę tę w folklorze miejskim często porównywano do ciężarnej gimnazjalistki, gdyż jedno i drugie przynosiło równy wstyd rodzinie), i czuwał wśród równie skromnych aut zaparkowanych na podwórzu, z dobrym widokiem na rdzawoczerwonego merca Sławy. Dawno minęła północ, gdy Sława wyszedł z budynku, sam. Siergiejowi zamarło serce – nieobecność dwóch goryli, którzy ostatnio wszędzie mu towarzyszyli, sugerowała jakieś potajemne plany.
Siergiej zaczekał, aż Sława opuści podwórze, i zapalił światła. Jechał za nim wśród wolno poruszających się samochodów, przekonany, że zaporożec znajduje się znacznie poniżej progu wykrywalności Sławy. Natężenie ruchu było duże i parę razy się zmartwił, że zgubił zwierzynę. Po wjeździe na Sadowoje Kolco śledzenie stało się łatwiejsze. Zmierzali na południowy wschód, ku Kołomienskoje.
Park był zamknięty, ale Sława zwinnie wspiął się na żelazne ogrodzenie. Siergiej zaparkował daleko od mercedesa i poszedł w jego ślady. Potykał się w ciemności na krętych ścieżkach, klnąc pod nosem, ale nie tracił z oczu latarki Sławy pomiędzy drzewami.
Wzeszedł księżyc i srebrzysta poświata pozwoliła odczytać pamiątkowe tabliczki. Siergiej domyślił się, że idą do domku Piotra Wielkiego – drewnianej chaty, którą deska po desce przewieziono do Kołomienskoje, gdzie mogła zostać stosownie unieśmiertelniona. A teraz wyglądało na to, że stała się sceną jakichś konszachtów.
Latarka Sławy zniknęła w chacie Piotra Wielkiego i Siergiej podszedł bliżej. Wewnątrz rozbrzmiały głosy – najpierw Sławy, potem obcy. Siergiej czuł zimny pot na kręgosłupie, a na barkach ciężar otaczającej go ciszy. Gdy słaby wiatr poruszył liśćmi nad jego głową, był wstydliwie wdzięczny za znak, że wciąż jest w parku, w świecie ludzi, bo głos, który usłyszał, z pewnością nie należał do tego miejsca.
Nie mógł zrozumieć słów i był zbyt wystraszony, żeby zajrzeć do środka. Bezgłośnie oddalił się od domku, teraz jeszcze bardziej bojąc się narobić hałasu. Wiedział dobrze, do czego jest zdolny Sława, ale istota, z którą konferował, wydawała się jeszcze bardziej niebezpieczna, niepojęta i z innego świata.
Uciekł i więcej nie śledził Sławy w czasie jego nocnych ekspedycji. Kumple zauważyli zmianę w jego zachowaniu i teraz on był wypytywany. Udał, że chodzi o sprawy osobiste, i nawet wymyślił ciężarną dziewczynę, która nie chciała się zgodzić na aborcję.
– W porządku – powiedział mu Sława, z oczami wciąż ciemnymi z niepokoju. – Tylko nie zrób się niedbały.
Siergiej przysiągł, że to się nie stanie; czuł ulgę, że nie został zdemaskowany.
Koniec nastąpił, gdy Sława zadzwonił na jego komórkę.
– Musisz coś dla mnie zrobić. Bardzo dyskretnie. W mieście jest nowa klątwa i musisz mi znaleźć obiekt do wypróbowania. Nie obchodzi mnie, kto to będzie, po prostu dostarcz mi ciało. Dopilnuj, żeby było żywe.
Siergiej pojechał ulicami swojej dzielnicy na targ pod gołym niebem, gdzie ciemnoocy przybysze z Kaukazu sprzedawali róże i arbuzy, pomidory wielkości główki niemowlęcia i pirackie amerykańskie thrillery. Zapadał zmierzch i klientów ubywało. Relacje z gangami kaukaskimi były napięte, więc postanowił wziąć na cel jednego z wychodzących klientów. Kobieta w średnim wieku, niosąca pękate reklamówki z egzotycznymi produktami, skręciła w wąską boczną ulicę. Siergiej ruszył za nią, wbił jej pistolet w żebra i kazał wsiąść do wozu. Nie martwił się, że rozpozna jeepa – obiekty eksperymentów Sławy rzadko miały okazję mówić później o swoich doświadczeniach.
Zadzwonił do Sławy.
– Mam – powiedział.
– Spotkajmy się przy centralnym wyjściu.
– Będę za pół godziny.
Siergiej pojechał do Kołomienskoje i zaparkował obok merca, który mruczał na jałowym biegu. Sława siedział w wozie, z papierosem tlącym się w wąskich wargach.
– Dobra robota – pochwalił, gdy Siergiej zaprezentował mu kobietę, oniemiałą ze strachu, ze śladami łez na policzkach. – Chodź. Chcę, żebyś to zobaczył.
Siergiej zabrał kobietę i podążył za nim. Turyści i wypoczywający obywatele już opuścili park, ścieżki przecięte przez długie cienie wyglądały wyjątkowo tajemniczo. Sława milczał i Siergiej poczuł niepokój.
– Co to za nowości? – Zapytał.
– Przemiana ludzi w ptaki – odparł Sława. – Tylko nie dla nas. Wyświadczam przysługę.
– Tym, którzy dali ci całą tę magię?
Sława zatrzymał się i odwrócił, trzymając ręce w kieszeniach rdzawoczerwonej kurtki.
– Tak. – Wyjął rękę z kieszeni i pokazał Siergiejowi niebieską szklaną kulkę. – A ta jest dla ciebie.
Kilku zbirów z taśmą i cęgami wyszło spomiędzy drzew osłaniających mroczną ścieżkę.
Siergiej szamotał się w ich rękach.
– Co zrobiłem? – Zapytał Sławę.