Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 116
Перейти на страницу:

Im bliżej przełęczy, tym robi się zimniej. Mgła ogarnia mnie gęstymi jak wata, wilgotnymi kłębami, wokół majaczą tylko skały.

Trzeba wejść na przełęcz, a potem dostać się na dół, w kotlinę. Nie przeżyję do rana wśród tych turni. Nie ma tu drewna, nie ma wody, nie ma z czego zrobić szałasu, nie ma nic do jedzenia. Nadejdzie jesienna, górska noc i do rana zamarznę.

Już mi niewiele brakuje.

Buty się rozpadają. Miękka skóra kożuszka słabo nadaje się na podeszwy. Jest porozdzierana o krawędzie skał i wnętrze mokasynów powoli nasiąka krwią.

Mimo to idę.

Wspominam swoje buty. Nigdy nie lubiłem chodzić boso. Na Hvarze nawet do morza wchodzi się w specjalnych butach z pianki i plastiku. Wszędzie skały i jeżowce. Kto raz nadepnął na jeżowca, nigdy już nie wejdzie boso do morza. W domu miałem cały wór starych chodaków. Zniszczonych, niemodnych albo po prostu takich, które mi się znudziły. Jakiekolwiek. Choćby lakierki. Stare gumowce. Trampki. Cokolwiek.

Na przełęczy staję i patrzę w dół. Kotlina, wielka i okrągła, rozpościerająca się przede mną, przypomina misę pełną mleka. Jest wypełniona mgłą. Otaczają ją zębate turnie, wyszczerzone jak brzeg obtłuczonego glinianego garnka. Nie ma rady. Muszę zejść na dół w tę mgłę, muszę przebyć dolinę. Cokolwiek tam jest.

Wiatr uderza mnie w twarz. Wiatr z dna kotliny, spod białego kożucha mgły. Cuchnie ciężko siarkowodorem, a trochę zgnilizną.

Schodzę. Ostrożnie, krok za krokiem, wpadając na skały i kuśtykając na poranionych nogach.

Smród staje się coraz wyraźniejszy. Mijam bulgocące jeziorka, wśród skał majaczą dziwaczne, zmutowane drzewka. Przykre miejsce.

Mgła rozchodzi się nieco. Nadal kryje otaczające dolinę grzbiety, przesłania niebo, ale widoczność trochę się poprawia. Niedawno widziałem na dwa metry, teraz sięgam wzrokiem na pięćdziesiąt.

Schodzę w dół kotliny, mijam sterty skał podobnych do rozsypanych, wybielonych słońcem kości. Oto sterczące w niebo pałąki żeber, ogromne niczym elementy budowlane. Raz obudzona gra wyobraźni nie daje się zatrzymać. Mijam szereg kamieni, leżących jeden za drugim, i zdaje mi się, że wyglądają jak przewrócona, rozsypana kolumna i wyraźnie widzę w nich ogromne kręgi, z każdego można by zrobić taboret. Kawałek dalej dostrzegam zupełnie wyraźnie czaszkę, wielką niby kabina wojskowej ciężarówki. Wszystko to majaczy upiornie wśród kłębów mgły.

A potem słyszę gdzieś z daleka zawodzenie, jak dźwięk popsutej syreny. Nie wiem, czy to jakaś trąba, czy może zwierzę. Nigdy nie słyszałem czegoś takiego.

Idę więc ostrożnie, cicho, od osłony do osłony, odruchowo usiłując aktywować cyfrala, choć wiem, że to nic nie da.

Skradam się czujnie, wyglądam zza skały, sprawdzając teren, zanim ruszę.

I wtedy widzę smoka.

Biorę go w pierwszej chwili za skałę, ale skała zaczyna się poruszać i po kilku krokach okazuje się bezkształtnym, podobnym do dinozaura stworem z zębatą paszczą, stojącym na tylnych nogach.

Nie jestem w stanie przerazić się, wrzasnąć, ani uciekać. Zanim orientuję się, co widzę, padam natychmiast na miejscu, po czym przetaczam się między skały i nieruchomieję. W ułamku sekundy. Po prostu znikam ze ścieżki.

Dociera do mnie, że jednak coś ocalało ze szkolenia, dopiero gdy ostrożnie zerkam w tamtą stronę.

Zwierzę nie jest ogromne. Ma ze cztery metry długości, nie licząc ogona, jednak jest to archetypiczny smok. Dosyć długa szyja, gadzi łeb, grzebień kostnych wyrostków, ogon. No, smok.

Właściwie wywerna.

Dzieli nas jakieś trzydzieści metrów.

Leżę. Czekam.

Stwór prostuje się, odrzucając do tyłu łeb, po czym rozkłada skrzydła. Banalne, takie, jakich należy się spodziewać po smokach. Nietoperze, błoniaste skrzydła, rozciągnięte na kostnym szkielecie. Rozkłada je powoli, z wysiłkiem, widzę, że tylko jedno skrzydło jest normalne, drugie zniekształcone, częściowo zrośnięte ze zredukowaną przednią kończyną, pokręconą i jakby wyschniętą.

Smok otwiera pysk i wydaje z siebie przeraźliwy ryk. Wysoki, zawodzący, podobny do skrzypienia ogromnej, zardzewiałej bramy. Z mgły odpowiadają mu podobne dźwięki, wszystkie są strasznie rozpaczliwe, jakby chore.

Wywerna bije gwałtownie skrzydłami, jak łabędź, to uschnięte wykonuje konwulsyjne, przykre ruchy, ale nawet gdyby oba były rozwinięte prawidłowo, nie uniosą smoka. Waży pewnie z tonę. Tona mięsa i kości. Nawet jeśli wypełnia go czysty hel, nie poleci. Skrzydła, gdyby udało mu się je wyprostować, miałyby rozpiętość jakichś piętnastu metrów. Może mógłby kawałek poszybować, choć wątpię.

Stwór tymczasem wydaje z siebie głośne ryki i coraz gwałtowniej tłucze skrzydłami, to pokręcone zaczyna się rozwijać i prostować, zwierzę robi krótki, kuśtykający rozbieg. Zaciskam zęby, bo chcę, żeby prawa fizyki i biomechaniki wygrały. Nie chcę widzieć, jak odrywa to beczkowate cielsko od ziemi i krzywo, z uwagi na nierozwinięte skrzydło, ale jednak — leci. Bo magia, powiedzmy.

Nie zgadzam się.

Granica wagi stworzenia mogącego unosić się w powietrzu dzięki sile mięśni to mniej niż dwadzieścia kilo. Więcej mięśni to więcej masy i więcej szkieletu, a to znaczy większy ciężar. I znowu trzeba więcej mięśni. I tak ma być. Nawet jeżeli to bydlę ma inne mięśnie i inną biochemię, to powiedzmy dwa razy wydajniejszą, a nie dwieście.

Logika ma zostać. Smoków nie ma. I tak ma być.

Bije skrzydłami, czuję powiew wiatru, człapie coraz szybciej pomiędzy kamieniami, kulę się, bo widzę, że przebiegnie parę metrów od mojej kryjówki. Smok robi coraz dłuższe susy dokładnie jak startujący łabędź, wreszcie rozkłada skrzydła i, uderzając nimi z potężnym łopotem, wzbija się w powietrze.

Przelatuje cztery, może pięć metrów, po czym z szumem wali się w skały i piarg dna doliny. Słyszę łomot, czuję drgnięcie ziemi, pomiędzy skałami wzbija się kłąb pyłu.

Fizyka — jeden, magiczne idiotyzmy — zero.

Czekam chwilę i podkradam się do miejsca katastrofy.

I znajduję rzeźnię. W zderzeniu ze skalistą glebą stwór rozbryznął się jak arbuz. Teraz jest stertą pogruchotanego mięsa, potrzaskane pneumatyczne kości sterczą na wszystkie strony z tego kłębowiska niczym igły. Jeszcze żyje, wielkie oko powoli przesłania drgająca, biała powieka, nasuwająca się po ptasiemu, od dołu. Z pełnego połamanych wielkich zębów gadziego pyska leje się na skały kaskada jasnej krwi. W powietrzu unosi się smród. Z kącika ptasiego oka powoli sączy się bezbarwna ciecz.

Wywerna kona.

I płacze.

Odchodzę.

Przywołuję po raz kolejny tryb bojowy, zupełnie jakbym bezradnie wzywał milczącego Boga i wtapiam się w mgłę, nie zdejmując dłoni z rękojeści marnego miecza.

Przeklinam mgłę, przeklinam pomysł przejścia przez tę kotlinę, a nade wszystko przeklinam wszystkie baśnie.

I idę naprzód. Bezradnie wywołując cyfrala.

* * *

Zobaczył ją w najmniej odpowiednim momencie. Zapadając za kępę krzaków, żeby przejrzeć kolejny kawałek trasy. Następne kilkanaście kroków do przebycia czujnym, przygiętym truchtem za widzianą osłonę.

Siedziała sobie na kamieniu tyłem, tuż przed jego twarzą i oglądała nogę opartą o kolanko, zupełnie jakby wbiła sobie coś w stopę. Opalizujące tęczowo skrzydła utkane ze świetlistej błonki poruszały się lekko.

— Nie odzywam się. Jesteś wstrętny — powiedziała nadąsanym tonem.

— Haista paska — jęknął Drakkainen odruchowo.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)