Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 137
Перейти на страницу:

— Aie, nie mieszaj się do tego — szepnęła Selena, zapewne ze strachu przechodząc na „ty”. — Z nimi tak nie wolno, ty po prostu tego nie rozumiesz!

Ale Wiktor jej nie słuchał.

Gnoje, pomyślał. W siódemkę na jednego człowieka. Gnoje.

Napastnicy go nie zauważali, więc podszedł zupełnie blisko i krzykiem zagłuszył ich łamiące się z powodu mutacji głosy:

— Baa-acz-ność! — I dodał nieco ciszej, ale równie twardo: — Zostawcie w spokoju tego człowieka.

Zazwyczaj w takich wypadkach sytuacja rozwijała się według kilku wariantów — paniczna ucieczka albo bezczelne, ale tchórzliwe wycofywanie się z obraźliwymi okrzykami, z próbami robienia dobrej miny do złej gry, albo w końcu delegowanie jednego, najmocniejszego i najsilniejszego, do pojedynku z nieznajomym wrogiem. Tym razem nic takiego nie nastąpiło. Reakcja chłopców całkowicie zaskoczyła Wiktora.

Dwaj młodzieńcy błyskawicznie chwycili go za ręce twardym chwytem profesjonalnych policjantów, a pozostali błyskawicznie, chyba nawet odruchowo, przyjęli postawy, wymienili bezgłośne sygnały i przygotowali się do każdej niespodzianki.

To nie były dzieci, to byli prawdziwi komandosi, wyszkoleni gdzieś w Langley czy w „Midraszu” pod Tel Awiwem.

Trudno powiedzieć, co mogłoby się stać. Wiktor nie dowiedział się tego. Zza jego pleców rozległ się dźwięczny głos Seleny:

— Chłopcy, spokój! To pisarz Baniew, jest ze mną. Proszę wybaczyć, po prostu trochę wypiliśmy. Zdrzemnęłam się, a pan Baniew… nieco za bardzo się uniósł.

Chwyt osłabł i Wiktor pozwolił sobie na spojrzenie do tyłu. Selena stała jak wojskowy, choć chwilę wcześniej wyglądała dość lekkomyślnie, patrzyła poważnie jak dowódca, co zresztą wcale jej nie szpeciło, a w lewej ręce trzymała otwartą żółtą legitymację.

Ach, jakże wszechmocne były u nas kiedyś te legitymacje! Były i są. I na tych małoletnich janczarów podziałał również nie urok Seleny, lecz jej żółta legitymacja. Ausweis.

Puścili Wiktora, a Beduin znowu spokojnie przytulił się do okna.

— Ten też jest z wami? — niezupełnie serio zapytał przywódca.

— Tak — zdecydowanie odpowiedziała Selena. — Towarzyszymy mu.

— Więc siedźcie razem — mruknął najstarszy z chłopców. — A to już, koledzy, moja sprawa i zrobię, co uznam za stosowne. Jasne?

Dowódca uśmiechnął się porozumiewawczo i wydał rozkaz wyjścia. Ledwie zdążyli wyskoczyć, gdy drzwi zamknęły się z sapnięciem, i stary, rozklekotany skład, skrzypiąc i kiwając się, ruszył z miasta.

— Coś ty im pokazała? — zapytał Wiktor po pięciu minutach, kiedy odzyskał dar mowy. — Dowód osobisty córki gubernatora?

— Nie. — Nie podchwyciła żartu. — Jestem członkiem Prezydium Rady Weteranów Ostatniej Wojny.

— Brałaś udział w wojnie?

Słowa wyrwały mu się same, Wiktor od razu poczuł, jak sztucznie zabrzmiało to retoryczne pytanie.

— Tak — odpowiedziała Selena.

I oboje zamilkli na kolejne pięć minut.

Boże, pomyślał Wiktor, co się dzieje w tym zwariowanym świecie? Dzieci walczą, dorośli piją i bawią się, żołnierze chronią miasto w czasie pokoju, policja nie zauważa, co się dzieje, a tajni policjanci wychodzą w mundurach na ulice, na których są łatwi do zauważenia jak klauni i muzykanci. Widocznie świat zwariował.

— Ile masz lat? — zapytał Wiktor.

— Dwadzieścia — odpowiedziała, ale nie był pewien, czy mówi prawdę.

— Rzeczywiście towarzyszymy temu Beduinowi? — Nie.

— To po co go broniłaś?

— Pomyślałam, że to ci sprawi przyjemność. Nie gniewasz się, że przeszłam na „ty”? — Wcale.

— Po prostu, kiedy używa się „pan”, powstaje jakiś bezsensowny dystans, jakbym rozmawiała z dowódcą jednostki. A ja do wszystkich, łącznie z dowódcą batalionu, przywykłam mówić „ty”.

— No to możesz być spokojna — powiedział Wiktor. — Byłem tylko dowódcą plutonu.

Po dziesięciu minutach wysiedli na pustym zniszczonym peronie i skierowali się do wyrwy w zardzewiałym płocie obok jedynej na całym przystanku zakurzonej tablicy z napisem PRZEPIÓRCZY LAS. Potem skręcili na drewnianych schodach w kłujące przydrożne zarośla głogu. Za nimi zaczynał się słynny, niegdyś piękny i cienisty, dębowy zagajnik.

Drzewa nie radziły już sobie z przedłużającą się suszą. Poszycie praktycznie wymarło, trawa stała się bladożółta i martwa, a wcześniej taka bywała tylko w listopadzie i środku marca. Najniższe gałęzie nawet najpotężniejszych dębów, wiązów i jodeł stopniowo wysychały i łamały się. Ten widok kłócił się z żywymi wspomnieniami — do tego lasu kiedyś chodziło się na grzyby i jagody, teraz można tu było przyjść tylko po drewno. Gdzieniegdzie drzewa zaczynały nawet płonąć, nie czekając na umieszczenie w piecu. Kilka razy trafiały się po drodze czarne plamy wypalonej pożarami ziemi. Zresztą po rozmiarach plam widać było, że do gaszenia tych pożarów straż pędzi, co się zowie. Najbliższe miejscowości, takie jak Przepiórczy Las, wchodziły w skład tak zwanej sanitarnej strefy wokół gubernialnego centrum, ale nie chodziło rzecz jasna o to, lecz o znajdujące się tu dacze, a dokładniej mówiąc: wille wysoko postawionych pracowników, w tym i stołecznych.

Znaczenia tych ukrytych w leśnej gęstwinie „obiektów” nikt nie ukrywał: po drodze do gubernatorskiej daczy Selena i Wiktor trzykrotnie mijali posterunki straży. Najpierw policyjną budkę z daszkiem, potem dwóch gwardzistów i w końcu znanych już z placu i elektryczki poważnych małolatów w safari.

Przy wejściu na osiedle jakiś grzebiący w ogrodzie staruch zawołał do Seleny:

— Dzień dobry, Lenoczka! Dawno cię nie widziałem. Powiedz, jak ci rosną pomidory w tym roku?

— Dzień dobry, wujku Philu! Zapomniałeś, że nie sadzę pomidorów?

— A co sadzisz, jaskółeczko moja?

— Tylko kwiaty, wujku Philu.

— Kwiaty są dobre, ale mało sensowne. Co innego, powiedzmy, ogórki. To świetne warzywa. Ale już drugi rok rodzą się jakieś czarne i gorzkie. A pomidory po prostu uschły. Już mi ciężko, Lenoczka, nosić wodę. Starzeję się. Myślę, żeby posadzić arbuzy.

— Arbuzy? — zdziwiła się Selena. — A czy one potrzebują mało wody?

— Mój przyjaciel, Palady z Północnego Skraju, obiecał przynieść mi specjalny gatunek. Powiada, że te arbuzy dojrzewają praktycznie bez podlewania, na samej rosie. A tu, popatrz, ty też popatrz, kochasiu — zwrócił się do Wiktora, trzymając w ręku kłąb jakichś jasnożółtych korzeni, podobnych do splecionych palców. Jeden okrągły korzeń bezczelnie sterczał w bok, co powodowało, że cały pęk wyglądał jak dłoń ułożona w figę. — Popatrz, jak to świństwo lezie. Podlewasz czy nie podlewasz — lezie, przeklęte, już nie mam sił go usuwać.

— Po co ją usuwać, wujku Philu, przecież to ręczna rzepa. — A niech ją diabli wezmą, tę rzepę. Ręczny to może być granat, a takiej rzepy u nas nigdy nie było. Niedobra jest.

— Ależ nie — zaoponowała Selena. — Jest smaczna.

— Niech ją Allach, niedobra i koniec, niedobra…

Poszli dalej, a starzec nie ustawał w złorzeczeniach.

Wiktor przypomniał sobie ręczną rzepę. Wyhodowali ją Beduini jeszcze wtedy, kiedy on tu służył. Wtedy uważano, że tę osobliwość przywleczono z Afryki. Dopiero wiele lat później ktoś mu powiedział, że ani w Afryce, ani w innej części świata niczego podobnego nie ma. Ręczna rzepa była miejscowym endemikiem i najwyraźniej mutantem. Od jednej łodygi odchodziło do gleby kilka długich, żółtawych korzeni — taka mieszanka marchewki i chrzanu. A kiedy jesienią warzywo wyrywano, należało ścisnąć je pośrodku i korzenie jak żywe dziwacznie się skręcały, tworząc za każdym razem inny kształt. Oczywiście ręczną rzepą lubiły się bawić dzieci. Szczególnie duże egzemplarze mogły ścisnąć boleśnie palce, a po mieście krążyła opowieść o gigantycznej rzepie, która zadusiła dwuletniego chłopczyka. Wiktor nie wierzył w te plotki. Ale pomstowanie dobrodusznego sympatycznego wujka Phila pozostawiło w jego duszy nieprzyjemny osad.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)