Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Dacza gubernatora okazała się dużą murowaną willą, wybudowaną jeszcze przed wojną, kiedy to należała zapewne do jakiegoś ministra albo autora nieśmiertelnych epopei o pracowitym narodzie. Działka była ogromna, z sosnami, leszczyną i jaśminami, częściowo zarośnięta, częściowo słoneczna, z masą kwiatów. Ścieżki posypane były żółtym piaskiem, nieco z boku domu, za fantastyczną bujnością tropikalnej zieleni, połyskiwało lustro stawu czy też basenu, a przed głównym wejściem bezczelnie biła mocnym strumieniem w niebo prawdziwa fontanna. Miasto dawno już zapomniało o takiej obfitości cieczy i przez chwilę Wiktor czuł się niczym bohater Saint-Exupery’ego, Beduin (albo Maur, ale to chyba to samo) przeniesiony z Sahary do Francji, który stojąc już dobrą godzinę przy wodospadzie w Alpach, nie chce odchodzić, póki nie skończy się woda.
Beduin, powtórzył odruchowo. Czuł się jak Beduin. Tak, w tym mieście te słowa brzmiały wyjątkowo szczególnie.
— Selena? — zapytał, stojąc już na schodkach przed wejściem. — Dlaczego pani tak nie lubi Beduinów?
— O tym właśnie chciałabym porozmawiać — odpowiedziała ochoczo. — Wejdź, proszę.
— Ojciec jest w domu? — ostrożnie zapytał Wiktor, na wszelki wypadek.
— Ojciec tu nie mieszka. Pięć kilometrów stąd na południowym wschodzie ma z mamą nowy dom, a to jest moja dacza. Będziemy tu zupełnie sami — dodała konspiracyjnym tonem. — Nikt mi nie przeszkodzi opowiedzieć, dlaczego tak nie lubię Beduinów.
3
Ale rozmowa zaczęła się od czegoś innego.
Oślepiająco biały pokój na piętrze wyglądał jak wyrżnięta w lodzie pieczara. Zadziwiający materiał puszystych miękkich krzeseł przypominał styczniowy puchowy śnieg, klimatyzator pompował do pomieszczenia lodowate powietrze z wyraźnym zapachem morza; wyjęte z lodówki owoce pokryły się perełkami rosy, a pieniste daiąuiri w kolorze karaibskiego przyboju w niczym nie ustępowało drinkowi przyrządzonemu przez Teddyego. Rozbrzmiewała cicha, nienatrętna muzyka, przywołująca słodkie i smutne wspomnienia młodości, marzenia o dalekich krajach i o tym, co się nie spełniło. Nabrał ochoty na zwykły gin, nawet nie schłodzony. Ale umówili się, że będą pili tylko daiąuiri. Sączył więc przez słomkę zielonkawy koktajl, palił papierosa i patrzył na Selenę. Selena była piękna. Niezwykle piękna.
— Nie palisz? — zapytał. — Mam prawdziwe papierosy, amerykańskie.
— Nie, nie palę. W końcu jestem sportsmenką. Muszę dbać o formę.
— A daiąuiri?
— To inna sprawa. Alkohol przy wystarczająco intensywnych treningach ulatnia się z organizmu, jeżeli oczywiście nie pije się go codziennie. Nikotyna nie. Gromadzi się jak wszystkie najgorsze trucizny. Poza tym nieodwracalnie niszczy płuca, nie mówiąc już o powodowaniu raka.
Wiktor, nieco zaskoczony tym nieoczekiwanym wykładem z zakresu profilaktyki i prewencji, omal nie zgasił papierosa, ale uznał, że będzie to wyglądało na tanią uległość, i postanowił odparować banalnym i od dawna już nikogo nie śmieszącym żartem:
— Nie pal petów, nie pij wódki, a umrzesz całkiem zdrowiutki!
— Bardziej podoba mi się inna sentencja z serii o szkodliwych przyzwyczajeniach: Życie w ogóle jest niezdrowe. Od niego się umiera.
— To już jest filozofia… Milczeli chwilę, rozkoszując się koktajlem i delikatnym chłodem.
— Panie Wiktorze, mówiono mi, to znaczy ja wiem, że pan jest znanym pisarzem. — Przerwała na chwilę, zająknąwszy się na słowie „pan”. — Przepraszam, czasem będę potykała się o tę formę. Lecz według mnie w tym kontekście lepiej będzie brzmiało „pan”.
— Dzisiaj nie ma znanych pisarzy — zaoponował Wiktor. — Są pisarze uznani wcześniej i są pisarze, których czyta się dzisiaj. Nie zaliczam się ani do pierwszych, ani do drugich. Co prawda w przeszłości uznawano mnie za modnego powieściopisarza.
— Skromny pan jest — uśmiechnęła się Selena. — Pan był naprawdę znany, miał pan uznanie, dzisiaj też wielu pana pamięta i sadzę, że w pewnych kręgach pańskie nazwisko będzie brzmiało wystarczająco mocno.
— W pewnych kręgach — podchwycił Wiktor — raczej w pewnych resortach moje nazwisko rzeczywiście do dziś działa jak czerwona płachta na pewne gatunki zwierząt. Ale wcale mnie to nie cieszy. Tak, kiedyś, sami sobie tego nie uświadamiając, pisaliśmy dla nich, nie dla czytelników, lecz właśnie dla nich. Już zawczasu rozkoszowaliśmy się takim obrazkiem: oto cenzor przeczytał moje zdanie, oto wykrzywił się jego pysk, oto zacisnął pięść… Teraz nie ma cenzorów. Teraz oni walczą z nami inaczej. Ekonomicznie. I jedna połowa piszącego bractwa szczerze i szlachetnie zaspokaja zapotrzebowanie rzesz pracujących na zajmujące bzdury, za które pracujący chętnie płacą swoimi uczciwie zarobionymi pieniędzmi, a druga, wariaci jak ja, tworzy dla nikogo, ale rzeczy bardzo mądre, choć, co zrozumiałe, nikt za to nie płaci. Nie zmęczyłem cię, dziewczynko, tak długą perorą?
— Uważasz mnie za dziecko? — zapytała gwałtownie. — Broń Boże, Seleno! Po pierwsze, podobasz mi się… — Zamilkł, wsłuchał się w przyśpieszający rytm uderzeń serca i dodał: —…jako kobieta. Po drugie, nie uważam, że mogę nauczyć cię życia, wyjaśnić, czym jest dobro, a czym zło. Sam się nieźle w tym zaplątałem, a przy tym czuję, że żyjecie według zupełnie nowych prawideł. Już raczej chciałbym je zrozumieć, może nawet się czegoś nauczyć. Broń Boże, żebym narzucał młodzieży swoją moralność! Tak więc stosunki między nami w relacji dziecko-dorosły są całkowicie wykluczone.
— No to chwała Bogu — odetchnęła Selena. — Nie mam jeszcze dwudziestu lat, ale dowodziłam drużyną specnazu i własnoręcznie zabiłam trzech mudżahedinów, mam Medal Odwagi drugiego stopnia, odniosłam dwie lekkie rany, znam cztery języki, na poziomie komunikowania się rzecz jasna, i… Zresztą nie o tym chciałam mówić. Chcę, żebyś napisał o nas i mudżahe… to znaczy o Beduinach. Co prawda obawiam się, że nie zrozumiesz po co, ale bardzo chcę, żebyś napisał.
— Co mam napisać? — nie zrozumiał Baniew. — Książkę?
— Chyba nie — zamyśliła się Selena. — Nie książkę. Sam powiedziałeś, że mądrych książek teraz nikt nie czyta.
— Dlaczego od razu nikt? Zdarza się, że niektórzy czytają. Na przykład Golem czyta. Albo ten, Anton, dopiero kapitan, a zainteresował się moją powieścią.
— Co tu ma do rzeczy Anton? — wzdrygnęła się Selena. — Proszę mnie nie zbijać z pantałyku. Chcę, żeby pan… żebyś napisał duży artykuł do głównej gazety, a potem być może wystąpił w telewizji. Chcę, żeby cały kraj, cały świat miał świadomość tego, co tu się dzieje. Baniew to mimo wszystko nazwisko. Ludzie będą cię czytali, będą słuchali…
— Stop, stop, stop! — przerwał jej Wiktor. — Po pierwsze, dziękuję za wysoką ocenę. Po drugie, nalej mi jeszcze daiąuiri. Widzisz, że siedzę z pustym kieliszkiem? Po trzecie, rzeczywiście mam mizerne pojęcie o tym, co się tu u was dzieje. I w końcu, jak zrozumiałem, jestem właśnie angażowany. A to poważna sprawa, dziewczyno. Powinienem przede wszystkim wiedzieć, kto, za co i ile będzie mi płacił. Pisarze to straszliwi cynicy, dziewczyno. Kto jest głównym zleceniodawcą, twój ojciec?