Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
Dzieci czekały na mnie cierpliwie. Bałem się, choć ży-wiłem dla nich ciepłe uczucia. Bałem się, że nie uda mi się ich uzdrowić. Bałem się grobu, który dla mnie budowały, a który mogłyby ukończyć o wiele za szybko z mojego punk-tu widzenia, gdybym przywrócił im pełnię władz cielesnych. – Wejdź, Jamie. Mam dla was wszystkich prezenty. Da-vid, przyprowadź Rachel.
Twoje oczy, Rachel.
Twoje nogi, Jamie.
Twój mózg, Davidzie.
Stałem w drzwiach, wołając je do siebie. Było to dziw-ne, ale teraz nie chciały do mnie podejść, jak gdyby oba-wiając się moich darów. Kiedy przyklęknąłem, by przygo-tować trzy krople krwi na kłykciach, przed wejście do kli-niki zajechał z hukiem czerwony, sportowy samochód. Sie-dząca za kierownicą doktor Miriam, mocno zdenerwowa-na, wyciągnęła palec w moją stronę.
– Blake… Zostaw dzieci w spokoju!
Zmarszczyła groźnie brwi, zirytowana rozjarzonym po-wietrzem, usiłując odciąć dopływ światła, lejącego się z drzew i kwiatów w parku. Lśniące powietrze odbijało się nawet w podłogach kliniki, które pastowałem dla niej z ta-kim oddaniem.
Nie byłem w stanie stanąć oko w oko z tą piękną, młodą kobietą, z którą latałem w snach, wybiegłem więc z kliniki, porzucając upośledzonedzieci, i ruszyłem między stojącymi na parkingu autami w stronę rozświetlonego miasteczka.
19
PRZEJRZYJNAOCZY!”
Powietrze skrzyło się od kwiatów i dzieci. Shepperton, zupełnie mimo woli, przekształciło się w miasto świętują-ce. Mijając otwarty basen, zauważyłem, że wszyscy miesz-kańcy wylegli na ulice. Pośród tysięcy głosów unosił się duch święta. Słoneczniki i ubarwione krzykliwie rośliny tropikalne o mięsistych owocach rosły w zadbanych ogród-kach niczym wulgarni, ale szczęśliwi najeźdźcy w jakimś wyjątkowo konwencjonalnym zdrojowisku. Z neonowych progów nad frontonami sklepów zwieszały się powoje, cią-gnące swoje leniwe kwiaty pośród ogłoszeń i sloganów re-klamowych, oferujących towary po obniżonych cenach. Na niebie było gęsto od niezwykłych ptaków. Ary i szkarłatne ibisy obserwowały miasto z dachu wielopoziomowego par-kingu, a trio flamingów przyglądało się badawczo autom stojącym przed salonem samochodowym, jak gdyby chcąc, by te błyszczące pojazdy dołączyły do jaskrawego dnia. Po całym mieście rozlało się przeraźliwe światło, po-chodzące jakby z rozemocjonowanej palety naiwnego ma-larza dżungli. Basen był pełen ludzi, skaczących do wody poprzez tęcze podtrzymywane rozjarzoną mgiełką wodną. Nad dachami domów naliczyłem kilkanaście barwnych la-tawców -jeden z nich miał sześć stóp szerokości i wizeru-nek samolotu na białej tkaninie, z której był zrobiony. Uznałem, że wszystko odbywa się na moją cześć. Uspo-kojony, że Miriam St. Cloud postanowiła nie iść moim śla-dem, ruszyłem w stronę centrum. Czułem się dziwnie wspa-niale, dobrze zdając sobie sprawę, że w pewnym sensie to, co działo się dokoła, stało się możliwe dzięki mnie. Moje początkowe obawy zniknęły i nic, co mogło się tu zdarzyć, nie zdziwiłoby mnie nawet w najmniejszym stopniu. Cie-szyłem się poczuciem władzy nad tym małym miasteczkiem oraz przekonaniem, że prędzej czy później będę parzył się ze wszystkimi ubranymi w letnie, kolorowe sukienki ko-bietami, które spacerowały teraz wokół mnie, pogrążone w rozmowie. Perwersyjnie odczuwałem ten sam impuls na wi-dok młodych mężczyzn i dzieci, a nawet psów, biegających wzdłuż zatłoczonych chodników, ale ta świadomość prze-stała być dla mnie szokiem. Wiedziałem, że mam tu mnó-stwo do zrobienia, że muszę przeprowadzić w miasteczku wiele zmian, i że dopiero zacząłem.
Myślałem już o mojej następnej wizji, pewien, że wcale nie będzie to sen, lecz wprowadzenie w rzeczywistość no-wego ładu w imię większego i prawdziwszego planu, w któ-rym nawet najdziwaczniejsze apetyty i najbardziej niesfor-ne bodźce zyskają prawdziwe znaczenie. Przypomniałem sobie pocieszającą uwagę ojca Wingate, że nasze przywary na tym świecie to metafory cnót na tamtym. Ale metafora-mi jakich dziwnych istot były motyle, uśmiechy na twa-rzach dzieci czy donośny krzyk radości chłopca, którego uleczyłem? Czy one z kolei nie maskowały jakiejś złowiesz-czej prawdy?
Pośrodku głównej ulicy, pomiędzy supermarketem i sta-cjąbenzynową, wyrósł olbrzymi figowiec. Jego szeroki pień rozszczepił nawierzchnię, rozrzucając wokoło kawałki roz-dartego asfaltu wielkości włazów do kanałów ściekowych. Rozłożyste gałęzie wisiały nad jezdnią i zakorzeniały się w chodnikach. Wokół drzewa zebrała się wielka ciżba lu-dzi – matki machały ku wysokim gałęziom, gdzie pośród ar i papużek siedziało co najmniej trzydzieścioro dzieci. Fi-gowiec zatamował ruch w centrum miasteczka. Jakiś stoją-cy przy krawężniku samochód znalazł się w pułapce uko-rzeniających się gałęzi, osiągającychjuż grubość słoniowych trąb. Stary żołnierz z laską w ręku stał przy swoim zaklesz-czonym pojeździe, krzykiem wydając polecenia żonie, uwię-zionej na tylnym siedzeniu.
Przepychając się przez tłum, zrozumiałem, że ludzie w Shepperton obchodzą lokalne święto. Zamknięta była na-wet szkoła. Nauczyciele stali przed wejściem, machając na biegnące na końcu dzieci, które pomykały z wrzaskiem w stronę figowca. Tymczasem sklepikarze starali się jak mogli wykorzystać zalew klientów. Przed sklepami z go-spodarstwem domowym stały w słońcu szeregi zmywarek do naczyń, zestawów stereofonicznych i telewizorów, a mię-dzy szafkami bawiły się dzieci i ptaki. Dyrektor składu meblowego i jego asystenci przygotowywali meblową hur-townię pod gołym niebem, rozstawiając domowe barki, kanapy i meble do sypialni. Gospodynie domowe, zmęczo-ne ściskiem panującym na targowisku, pokładały się na głę-bokich materacach niczym wdzięczne turystki. Przed wejściem do sklepu ze słodyczami grupka dzieci częstowała się leżącymi na ladzie czekoladkami i batoni-kami, napychając sobie nimi kieszenie, jakby to były nie-słychane skarby. Czekałem, aż właściciel rozgoni dzieciaki miotłą, ale on rozparł się w drzwiach z dobroduszną miną i rzucał arom orzeszki.
Po drugiej stronie ulicy mieścił się dworzec kolejowy, skąd odjeżdżał właśnie podmiejski pociąg. Maszynista cze-kał, wychyliwszy głowę z kabiny, i pokrzykiwał na pasaże-rów, rozmawiających wciąż między sobą na peronie. Były wśród nich sekretarki i maszynistki oraz ubrani w ciemne garnitury, z teczkami w rękach, kierownicy działów – ich codzienna podróż do Londynu opóźniała się o kilka godzin. – Blake, ty nic nie masz… – Jakaś dziewczynka o usma-rowanych czekoladą policzkach podsunęła mi garść słody-czy.
Nasłuchiwałem szumu silników elektrycznych. Kusiło mnie, by rozepchnąć tłum i pobiec do pociągu. Mogłem na zawsze uciec z Shepperton w ciągu kilku minut. Podziękowałem dziecku i poszedłem na dworzec, ale kiedy powiodłem spojrzeniem wzdłuż stalowych torów, bie-gnących przez jeziorka żwirowni na wschód od Shepper-ton, ogarnęło mnie poczucie otchłannego znużenia i całko-witej utraty zainteresowania światem zewnętrznym. Chcia-łem zostać tutaj i zgłębiać zdolności, którymi zostałem ob-darzony w chwili wypadku. Wiedziałem już, że moje moce mogą nie sięgać poza obszar miasteczka. Maszynista wydał gniewny okrzyk i pokręcił ze zdumie-niem głową na widok wiarołomnych pasażerów. Pociąg od-jechał pusty. Pasażerowie włóczyli się po peronie, wciąż prowadząc niezobowiązujące rozmowy. Kierownicy rzuci-li teczki na trawiasty brzeg, zdjęli marynarki i rozluźnili krawaty. Przypalili sekretarkom papierosy i rozłożyli się na ciepłej murawie, choć byli to przecież niegdyś zdyscypli-nowani pracownicy, którzy powinni byli spędzić ten pora-nek w swoich agencjach reklamowych i redakcjach. Za nimi, w odległości kilku stóp od porzuconych teczek, wyrósł pod płotem gaik jakichś roślin o liściach w kształcie igieł. Kiedy odwróciłem się plecami do dworca, ludzie za-czynali już spoglądać na konopie indyjskie i myśleć o cze-kających ich tego popołudnia marzeniach na jawie. Pozostawiłem ich z przyjemnością w tej sytuacji i kon-tynuowałem obchód Shepperton. Miasto zmieniało się w oczach. Ludzie mieszkający w pobliżu wytwórni filmo-wej, wylegli do ogródków. Ojcowie zawzięcie pracowali z synami nad budową wyrafinowanych latawców, jak gdyby chcieli wziąć udział w jakimś powietrznym święcie. Nie-skazitelne dawniej trawniki i klomby porastała tropikalna flora. Karłowate palmy, bananowce i lśniące krzewy gu-mowców walczyły w ścisku o dostęp do jaskrawego świa-tła. Lilie i dziwaczne grzyby pokryły trawę niczym morska roślinność na osuszonym dnie morskim. Powietrze wypeł-niał krzyk nieznanych mi ptaków. Na dachu supermarketu darły się jerzyki, a białe bociany klekotały dziobami, przy-glądając się uważnie miastu z proscenium stacji benzyno-wej. Wokół basenu dreptały trzy pingwiny cesarskie, ściga-ne przez jakieś popiskujące dziecko.