Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
Ona wszystko zapisuje. A potem wkłada pióro do szufladki małego stolika, gdzie chowa też książkę, którą mu czyta, oraz dwie świeczki i pudełko zapałek. Nie ma w tym pokoju żadnych środków medycznych. Trzyma je w innych pomieszczeniach. Nie chce, by Caravaggio niepokoił Anglika, gdyby się rozglądał za morfiną. Wkłada do kieszeni sukni kartkę z nazwami roślin, żeby ją doręczyć Caravaggiowi. Teraz, kiedy jej fizyczne zaangażowanie sięgnęło szczytu, czuje się niezręcznie w towarzystwie trzech mężczyzn.
Jeśli to jest fizyczne zaangażowanie. Jeśli to wszystko ma cokolwiek wspólnego z miłością do Łososia. Lubi przytulać twarz do jego ramienia, tej ciemnej, brązowej rzeki, lubi budzić się wtulona w nie, tuż przy pulsującej, niewidocznej żyle pod jego skórą. Żyle, którą odnalazłaby, kiedy by umierał, i wstrzyknęła w nią słone ukojenie.
O drugiej lub trzeciej w nocy, kiedy pozostawia Anglika samego, schodzi przez ogród ku sztormowej lampie sapera, zawieszonej na ramieniu świętego Krzysztofa. Absolutna ciemność między nią a lampą, ale ona zna każdą roślinę i każdy krzak na swej drodze, położenie dogasającego ogniska pełgającego różowymi płomykami; omija je bokiem. Czasami wybiera z ogniska jakąś żarzącą się gałązkę i rozdmuchuje płomyk, a czasami wślizguje się przez uchylone poły namiotu i układa obok niego, w jego ramionach, których pożąda, jej język zamiast tamponu, jej zęby zamiast iglicy zapalnika, jej usta zamiast maseczki nasyconej kodeiną, aby go uśpić, aby spowolnić obroty jego nieprzerwanie pracującego umysłu i osnuć je sennością. Ściąga z siebie sukienkę i układa na tenisówkach. Wie, że według niego świat dokoła płynie zgodnie z paroma podstawowymi zasadami — usuwasz trotyl za pomocą pary, wypłukujesz go… — wszystko to tkwi w jego umyśle, kiedy ona zasypia przy nim jak cnotliwa siostra.
Okrywa ich namiot i ciemny las.
Posunęli się tylko o krok poza te pocieszenia, jakich udzielała innym w szpitalach polowych w Ortonie i Monterchi. Jej ciało, by się ostatni raz rozgrzać, jej kojący szept, jej zastrzyk, by móc zasnąć. Ale ciało sapera nie pozwala w siebie wniknąć niczemu, co by miało pochodzić z zewnętrznego świata. Ten zakochany chłopiec nie je posiłków, które ona przygotowuje, nie potrzebuje — jak Caravaggio — narkotyku, który by mu mogła wstrzyknąć w ramię, ani tych maści wytworzonych na pustyni, którymi naciera Anglika, maści i okładów przypominających mu sposób, w jaki go leczyli Beduini. Potrzebuje tylko ukojenia snem.
Rozmieszcza wokół siebie ozdoby. Kilka liści, które mu przyniosła, ogarek, poza tym w namiocie jest jeszcze kryształkowy odbiornik i plecak pełen przyborów saperskich. Z walk, w jakich brał udział, wyniósł pewien rodzaj opanowania, które, nawet jeśli udawane, wnosi w jego życie jakiś porządek. Przestrzega dokładności, kiedy śledzi lot jastrzębia nad doliną przez snajperską lunetę na karabinie, kiedy rozbraja minę i nawet na moment nie odrywa od niej oczu, a także gdy unosi termos, z którego nalewa sobie do kubka i wypija, wcale nań nie patrząc.
Reszta nie ma dlań znaczenia, myśli sobie Hana, jego oczy są nastawione wyłącznie na wyszukiwanie niebezpieczeństw, uszy wsłuchane w to, co się dzieje w Helsinkach czy też w Berlinie i co dociera doń na krótkich falach. Nawet kiedy jest czułym kochankiem, a jej lewe ramię obejmuje go tuż powyżej kara, kiedy napinają się mięśnie jego przedramienia, wyczuwa niewidzialne wtedy dla niej naprężenie, które opada dopiero, gdy jego głowa osuwa się z ciężkim westchnieniem w zagłębienie jej szyi. Wszystko poza niebezpieczeństwem ma znaczenie uboczne. Nauczyła go wydawać ten cichy jęk, pożądała go odeń, ponieważ tylko w tym momencie wyłączał się wewnętrznie z walki, jakby w końcu godził się na pogrążenie całego otoczenia w ciemności i wyrażał swą rozkosz ludzkim głosem.
Nie wiemy, jak bardzo ona kocha jego, a on ją. Ani w jakiej mierze ta miłość jest grą tajemnic. Im bardziej się do siebie zbliżają, tym większa staje się przestrzeń między nimi w ciągu dnia. Ona ceni sobie dystans, na jaki on się od niej trzyma, uważa, że oboje mają prawo do własnej przestrzeni. Każdemu z nich daje to wewnętrzną siłę, rodzaj milczącego porozumienia, odczuwanego, kiedy on przechodzi w milczeniu pod jej oknem, przemierzając kilometr dzielący jego kwaterę od miejsca pobytu innych saperów. Podaje jej do rąk talerz albo coś do zjedzenia. Ona kładzie mu na brązowej piersi liść. Albo też pracują wraz z Caravaggiem przy naprawie nadkruszonego muru. Saper śpiewa swoje zachodnie piosenki, które podobają się Caravaggiowi, choć się tego zapiera.
— Pennsylvania six-five-oh-oh-oh — zachłystuje się młody żołnierz.
Uczy się rozpoznawać wszystkie odcienie jego śniadej skóry. Odróżniać kolor jego przedramienia od koloru karku. Kolor jego dłoni, policzka, skóry na czole pod turbanem. Ciemną barwę palców oddzielających kable czerwone od czarnych lub też sięgających po kromkę chleba leżącą na rozpłaszczonej łusce pocisku, której wciąż używa jako talerzyka. Potem on wstaje. Jego samowystarczalność wydaje im się szorstka, mimo iż on sam bez wątpienia uważa ją za szczególną uprzejmość.
Uwielbia mokre barwy, jakimi mienią się jego plecy podczas kąpieli. I policzek pokryty potem, który ścierają jej palce, kiedy on jest na niej, i ciemne, mocne ramiona w mroku namiotu, a także raz w jej pokoju, kiedy światła z miasteczka w dolinie, nareszcie zwolnionego z obowiązku zaciemnienia, wdzierały się przez okno jak odblask brzasku i rozjaśniały jego ciało.
Później uświadomi sobie, że on nigdy nie dopuszczał do tego, by czuć się wobec niej w jakimkolwiek stopniu dłużny, ani też by ona czuła się dłużna wobec niego. Znajdzie ten wyraz w jakiejś powieści, odłoży książkę i sięgnie po słownik. Dłużny. Czuć się zobowiązanym. Wie, że on nigdy by się na coś takiego nie zgodził. Jeśli przemierza dwieście metrów pogrążonego w ciemnościach ogrodu, aby dostać się do jego namiotu, to jest to jej wybór, i może się zdarzyć, że zastanie go śpiącego, nie z braku miłości, lecz z potrzeby uspokojenia myśli przed jutrzejszym pojedynkiem ze zdradliwymi minami.
Uważa ją za godną podziwu. Budzi się i patrzy na nią w świetle lampy. Najbardziej podoba mu się jej dzielne spojrzenie. Ale też jej głos, jak wieczorami spiera się z Caravaggiem, prostując wygadywane przezeń głupstwa. A także sposób, w jaki układa się przy nim jak święta.
Rozmawiają, delikatne zaśpiewy jego głosu w zapachu płótna namiotu, który należał doń przez całą kampanię włoską i którego ona dotyka lekko palcami, jakby był częścią jego ciała, skrzydłem koloru khaki, jakie nocą rozpościera nad sobą. Oto jego świat. Ona w takie noce czuje się wyrwana z Kanady. On ją pyta, czemu nie może zasnąć. Ona leży miotana irytacją na jego samowystarczalność, jego zdolność do tak łatwego odwracania się od świata. Brakuje jej dźwięku deszczu bębniącego o blaszany dach, przy którym mogłaby zasnąć, brakuje uśpionych drzew i dachów, wśród których wzrastała we wschodniej dzielnicy Toronto, a potem przebywała przez kilka lat z Patrykiem i Klarą nad rzeką Skootamatta i Zatoką Świętego Jerzego. Nie zdołała znaleźć uśpionego drzewa w gęstwinie tego ogrodu.
— Pocałuj mnie. To właśnie usta kocham w tobie najbardziej. I zęby.
A później, kiedy głowa opadła mu na bok, w stronę powietrza wpadającego przez uchyloną połę namiotu, szepce, ale tylko ona słyszy swój szept:
— Powinniśmy może wypytać Caravaggia. Ojciec mi kiedyś powiedział, że Caravaggio jest mężczyzną wiecznie zakochanym. Nie tyle kochającym, ile owładniętym zakochaniem. Zawsze wprawianym w zakłopotanie. Zawsze szczęśliwym. Łososiu? Czy mnie słyszysz? To tak właśnie jest, jak się jest z tobą.
Najbardziej ze wszystkiego pragnęła, żeby mogli sobie popływać w rzece. W pływaniu tkwi jakiś rytuał, który uważała za podobny temu, jaki obowiązuje w sali tanecznej. Ale on miał inne wyobrażenie o rzekach, brodził po Moro w milczeniu rozciągając zwoje kabli przytwierdzonych do mostu Baileya, pontony znikały za nim w wodzie jak spłoszone zwierzęta, a niebo rozbłysło nagle ogniem artyleryjskim i może ktoś utonął, w połowie szerokości rzeki. Saperzy ciągle chwytali umykające pontony i przytwierdzali je do dna, muł i powierzchnia wody, i twarze opromienione fosforycznym blaskiem rakiet świetlnych na niebie ponad nimi.