Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
22 marca wyruszamy z Khargi. Bermann i ja rozważamy hipotezę Williamsona, że to trzy wadi opisane przezeń w 1838 roku złożyły się na pojęcie Zerzury.
Na południowy zachód od Gilf Kebir wznoszą się trzy wyodrębnione masywy granitowe wyrastające z równiny — Gebel Arkami, Gebel Uweinat i Gebel Kissu. Oddalone od siebie o dwadzieścia kilometrów. Dobra woda w niektórych wąwozach, ale w studniach w Gebel Arkanu jest gorzka, nie nadaje się do picia, chyba że w nagłej potrzebie. Williamson twierdził, że trzy wadi utworzyły Zerzurę, ale nigdy ich nie zlokalizował i uznano to za wytwór fantazji. Ale nawet jedna oaza deszczowa wśród tych pokrytych kraterami wzgórz dostarczyłaby wytłumaczenia, w jaki sposób Kambyzes i jego wojska zdołali przebyć tę pustynię, jak się odbywały przemarsze Sanusiego w czasie Wielkiej Wojny, kiedy to olbrzymi czarni najeźdźcy przemierzali pustynię, na której rzekomo nie było wody ani pastwisk. Ten świat był ucywilizowany od stuleci, przecinały go tysiące ścieżek i dróg.
W Abu Ballas znaleźliśmy dzbany o kształtach klasycznych greckich amfor. O takich dzbanach wspomina Herodot.
Bermann i ja rozmawiamy z tajemniczym, podobnym do węża starym człowiekiem w fortecy El Jof — w zbudowanej z kamienia sali, która niegdyś była biblioteką wielkiego szejka Sanusiego. Starzec należał do plemienia Tebu, jest przewodnikiem karawan, mówi po arabsku z obcym akcentem. „Jakby popiskiwał nietoperz” — powie potem Bermann cytując Herodota. Rozmawiamy z nim przez cały dzień i całą noc, a on nic nie wyjawia. Doktryna religijna Sanusiego, jej założenia wciąż skrywane są przed obcymi wraz z zawartymi w nich tajemnicami pustyni.
5 maja wspinam się na próg skalny i zbliżam do płaskowyżu Uweinat od nie znanej mi dotąd strony. I znajduję się w szerokim wadi porośniętym drzewami akacjowymi.
Był taki czas, kiedy ludzie sporządzający mapy nazywali nowo odkryte miejsca imionami kochanek, a nie własnymi. Ta dziewczyna dostrzeżona podczas dokonywania ablucji w czasie postoju karawany, osłaniająca się muślinem trzymanym w wyciągniętej ręce — dziewczyna o ramionach białych jak gołębica, co natchnęło starego arabskiego poetę do nazwania oazy jej imieniem. Skórzany bukłak rozpryskuje nad nią wodę, ona owija się szatą, a uczony w piśmie starzec odwraca od niej wzrok i przystępuje do opisu Zerzury.
Tak więc człowiek na pustyni może zanurzyć się w imieniu jak w odkrytym źródle i w jego cienistym chłodzie może go ogarnąć pokusa, by nigdy już nie opuścić tego schronienia. Wielkim moim pragnieniem było pozostać tam, wśród akacji. Wędrowałem nie przez taką okolicę, do której nikt nigdy nie dotarł, lecz przez taką, którą w ciągu stuleci gwałtownie i na krótko zapełniały różne ludy — armie czternastowieczne, karawany Tebu, najeźdźcy Sanusiego w roku 1915. A między tymi zasiedleniami nie było tu nikogo. Kiedy deszcze zanikały, akacje obumierały, wadi wysychały… Aż nagle wody pojawiały się ponownie po setkach lat. Sporadyczne powroty i zanikania, tak jak się dzieje z legendami i podaniami w toku dziejów.
Wody na pustyni, umiłowane jak imiona kochanków, utrzymujesz w złączonych dłoniach, niesiesz ich błękit do gardła. Wypijasz. Kobieta w Kairze wysuwa się z łóżka, przeciąga na całą długość swego białego ciała i wychyla się z okna na deszcz, by chłonąć go swą nagością.
Hana pochyla się do przodu, podążając za tokiem jego opowieści, przypatrując mu się bez słowa. Kim ona jest, ta kobieta?
Krańce ziemi nigdy nie są tymi punktami na mapie, na które pada wzrok kolonistów chcących poszerzyć swą strefę wpływów. Po jednej stronie słudzy, niewolnicy i układy władzy oraz korespondencja z Geographical Society. A po drugiej pierwszy krok białego człowieka poza wielką rzekę, jego pierwsze spojrzenie na górę, która tu była od zawsze.
Kiedy jesteśmy młodzi, nie spoglądamy w lustro. Wpatrujemy się w nie, kiedy się już zestarzejemy, zatroskani o nasze imię, o naszą legendę, o to, co nasze życie będzie znaczyło dla przyszłości. Pysznimy się nazwiskami, które nosimy, zabiegamy o pierwszeństwo naszych odkryć, przewagę naszych armii, wyłączność naszego handlu. Dopiero postarzały Narcyz pożąda swego bałwochwalczego wizerunku.
A jednak ciekawi nas, co nasze życie może znaczyć dla przyszłości. Wmyślamy się w przeszłość. Byliśmy młodzi. Widzieliśmy, że potęga i bogactwo przemijają. Wszyscy sypialiśmy z Herodotem pod poduszką. Wszak wiek z tych miast, co były w dawnych czasach wielkie, stało się małymi, a te, które w moich czasach są wielkie, były niegdyś małe. Wiedząc, że szczęście ludzkie nigdy nie jest trwale, wspomnę na równi o jednych i drugich[10].
W roku 1936 młody człowiek nazwiskiem Geoffrey Clifton spotkał w Oksfordzie przyjaciela, który mu wspomniał o tym, czym się zajmujemy. Człowiek ten skontaktował się ze mną, następnego dnia wziął ślub, a w dwa tygodnie później przyleciał wraz z żoną do Kairu.
Para ta wkroczyła w nasze życie — w krąg nas czterech, księcia Kemala el Dina, Bella, Almasy'ego i Madoxa. Nazwą, która nam nie schodziła z ust, był Gilf Kebir. Gdzieś tam w Gilfie mieściła się Zerzura, która pojawia się w piśmiennictwie arabskim od trzynastego wieku poczynając. Jeśli sięgasz aż tak daleko w przeszłość, potrzebny ci jest samolot, a młody Clifton był bogaty, umiał latać i był posiadaczem aeroplanu.
Clifton dołączył do nas w El Jof, na północ od Uweinatu.
Siedział w swej dwuosobowej maszynie, a my podchodziliśmy doń od strony naszej bazy obozowej. Uniósł się znad pulpitu sterowniczego i pociągnął łyk z flaszki. Jego młoda żona siedziała obok.
— Nadaję temu miejscu nazwę Bir Messaha Country Club — oznajmił.
Zauważyłem, że życzliwa niepewność prześliznęła się przez twarz jego żony; jej lwia czupryna, kiedy zdjęła skórzany hełm.
Oboje byli młodzi, patrzyliśmy na nich jak na własne dzieci. Wyskoczyli z samolotu i uścisnęliśmy sobie dłonie.
Było to w roku 1936, na początku naszej historii…
Zeskoczyli na ziemię ze skrzydeł motha. Clifton podszedł do nas trzymając w ręku flaszkę i wszyscy napiliśmy się ciepłego alkoholu. Był rozmiłowany w ceremoniach. Nazwał swą awionetkę „Rupert Bear”. Nie sądzę, by kochał pustynię, ale darzył ją podziwem, który brał się z respektu wobec naszych ostrych rygorów zachowania na niej; chciał im się podporządkować — jak student nowicjusz przestrzegający ciszy w bibliotece. Nie przypuszczaliśmy, że weźmie z sobą żonę, ale jak sądzę, przyjęliśmy to w sposób uprzejmy. Stała teraz wśród nas, a piasek wdzierał się jej we włosy.
Kim byliśmy dla tej młodej pary? Jeden z nas napisał kilka książek o formowaniu się diun, o pojawianiu się i znikaniu oaz, o zaginionych kulturach pustynnych. Wydawaliśmy się zainteresowani jedynie rzeczami, których nie można sprzedać ani kupić, nie dbaliśmy o zewnętrzny świat. Dyskutowaliśmy o szerokości geograficznej albo o wydarzeniach sprzed siedmiuset lat. O teorematach odkryć. O tym, że Abd el Melik Ibrahim el Zwaya, który mieszkał w oazie Zuck i wypasał wielbłądy, był pierwszym człowiekiem zdolnym pojąć istotę fotografii.
Cliftonowie przeżywali ostatnie dni swego miodowego miesiąca. Pozostawiłem ich w towarzystwie mych kompanów i udałem się na spotkanie z pewnym człowiekiem w Kufra. Spędzałem z nim wiele dni, sprawdzając pewne hipotezy, które utrzymywałem w tajemnicy przed resztą ekspedycji. Wróciłem do bazy w El Jof w trzy dni później.
Staliśmy wokół naszego pustynnego ogniska. Cliftonowie, Madox, Bell i ja. Jeśli się ktoś odsunął o kilka centymetrów, niknął w ciemności. Katharine Clifton zaczęła coś recytować, moja głowa cofnęła się poza krąg światła rzucany przez płonącą gałąź.
10
Przekład Seweryna Hammera.