Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
Nie.
To nieprawda. Pragnął ramienia Hany, pragnął położyć na nim dłoń, tak jak to uczynił wtedy, w słońcu, kiedy zasnęła, a jego ręka spoczywała w zagłębieniu jej barku, niezręcznie, jak kolba w dołku strzeleckim. W wyimaginowanym pejzażu malarskim. Nie pragnął dla siebie pocieszenia, ale pragnął nim otoczyć dziewczynę, pragnął wywieść ją z tej komnaty. Odrzucał obawę przed własną słabością, przy niej nie odnajdywał tej słabości, z którą miałby się zmierzyć. Żadne z nich nie chciało odkrywać takiej możliwości przed drugim. Hana siedziała uspokojona. Patrzyła nań, a świeca rozjaśniała i zaciemniała na przemian jej wzrok. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest dla niej tylko częścią ciemności.
Przedtem, kiedy spostrzegła, że opuścił niszę okienną, rozzłościła się. Wiedziała, że chroni ich przed minami jak dzieci. Przylgnęła mocniej do Caravaggia. To była zniewaga. Narastające ożywienie wywołane tym wieczorem nie pozwoliło jej czytać. Caravaggio poszedł już do łóżka, sięgnąwszy uprzednio po zastrzyk do jej medycznego nesesera. Ranny Anglik dźgał kościstym palcem powietrze i pocałował ją w policzek, kiedy się nad nim pochyliła.
Zgasiła świecę, pozostawiając tylko małe nocne światełko na stoliku przy łóżku, i usiadła przy nim. Ciało Anglika leżało na wprost niej, uciszone po pijackich monologach. Czasem będę koniem, czasem psem. Wieprzem, bezgłowym niedźwiedziem. A czasem ogniem. Słyszała skapywanie wosku na metalową podstawkę świecy. Saper wyruszył na drugą stronę miasteczka, na wzgórze, gdzie się zdarzył wybuch, i jego niepotrzebne milczenie wciąż ją drażniło.
Nie mogła czytać. Siedziała w pokoju obok tego mężczyzny wiecznie umierającego, wciąż czuła ból w krzyżu od stłuczenia, gdy tańcząc z Caravaggiem przypadkiem wpadli na ścianę.
Jeśli teraz do niej podejdzie, powita go zdziwionym wzrokiem, potraktuje takim samym jak zawsze milczeniem. Niech zgaduje, to jego ruch. Bywała już podrywana przez żołnierzy.
On tymczasem staje pośrodku pokoju, rękę zanurza w plecaku, który ściągnął z pleców. Odwraca się i podchodzi do łóżka. W chwili gdy ranny Anglik kończy jeden ze swych długich wdechów, odcina kabel jego aparatu słuchowego nożyczkami i wkłada go do plecaka. Odwraca się do niej i uśmiecha.
— Podłączę go z powrotem rano.
Kładzie lewą rękę na jej ramieniu.
— Dawid Caravaggio — cóż za absurdalne nazwisko dla ciebie.
— Ale przynajmniej mam nazwisko.
— Tak.
Caravaggio siedzi na krześle Hany. Popołudniowe słońce zalewa pokój, rozświetlając pyłki wiszące w powietrzu. Ciemna, wąska twarz Anglika o wydatnym nosie przypomina sępa zawiniętego w prześcieradła. Sępa w trumnie, myśli Caravaggio.
Anglik zwraca ku niemu głowę.
— Jest taki obraz Caravaggia, powstały już pod koniec jego życia. Dawid z głową Goliata. Młody wojownik w wyciągniętej na całą długość ręce trzyma głowę Goliata, okaleczoną i starą. Ale nie na tym zasadza się prawdziwy smutek bijący z tego obrazu. Ustalono ponad wszelką wątpliwość, że twarz Dawida jest twarzą młodego Caravaggia, a głowa Goliata — jego głową, z czasu kiedy się postarzał, kiedy malował ten obraz. Młodość osądzająca wiek dojrzały z odległości wyciągniętej ręki. Osąd własnej postawy moralnej. Kiedy patrzę na Łososia stojącego u nóg mego łóżka, myślę, że on jest moim Dawidem.
Caravaggio siedzi milcząc, myśli rozproszyły mu się pomiędzy wirującymi w słońcu pyłkami. Wojna zburzyła jego równowagę wewnętrzną i nie umie już powrócić do świata innego niż własne wnętrze, przywdziewając te fałszywe skrzydła, które oferuje morfina. Jest człowiekiem w średnim wieku, który nie nawykł do życia rodzinnego. Zawsze unikał stanu permanentnej intymności. Aż do tej wojny bardziej był kochankiem niż mężem. Był człowiekiem, który odchodzi w taki sposób, jak kochankowie pozostawiający za sobą chaos, jak złodzieje opuszczający okradziony dom.
Patrzy na mężczyznę leżącego w łóżku. Chciałby wiedzieć, kim jest ten Anglik znaleziony na pustyni, chciałby go rozszyfrować dla dobra Hany. Albo też wynaleźć dlań skórę, która by go zamaskowała, tak jak zakrzepły kwas taninowy pokrywa jego oparzeliny.
Kiedy w pierwszym okresie wojny znalazł się w Kairze, uczono go wykrywania podwójnych agentów oraz zjaw, które trzeba było zmaterializować. Postawiono mu zadanie wyśledzenia mitycznego agenta o kryptonimie „Cheese”. Całymi tygodniami zbierał o nim wiadomości, odtwarzał cechy jego charakteru — takie jak chciwość i słaba głowa: gdy był pod wpływem alkoholu, można mu było podsuwać fałszywe informacje przeznaczone dla przeciwnika. Podobnie jak inni pracował nad tym, by zaludnić pustynię wyimaginowanymi plutonami wojska. Przeżył w latach wojny taki czas, w którym wszystko, co podawano do wiadomości ludziom wokół niego, było kłamstwem. Czuł się jak człowiek zamknięty w zaciemnionym pokoju i naśladujący ptasi świergot.
Ale tu oto natknął się na właśnie zrzucane skóry. Nie mogły przecież imitować niczego innego prócz samych siebie. Nie było przed tym innej obrony, jak tylko szukać prawdy u innych.
Ściąga z półki bibliotecznej Kima i oparta o fortepian zaczyna wpisywać na ostatnią, nie zadrukowaną stronicę:
Mówi, że armata — Zam-Zammah — stoi nadal przed muzeum w Lahore. Były właściwie dwie armaty, odlane z metalowych kubków i misek zebranych z każdego indyjskiego domu w mieście — jako jizya, czyli, danina. Stopiono je i wyprodukowano z nich armaty. Używano ich w wielu bitwach przeciw Sikhom w ciągu osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. Jedna z armat zaginęła w czasie przeprawy bitewnej przez rzekę Chenab.
Zamyka książkę, wspina się na krzesło i wstawia ją na najwyższą półkę, aby stała się z dołu niewidoczna.
Wchodzi do pokrytego malowidłami pokoju z nową książką w ręku i oznajmia jej tytuł.
— Nie, Hana, teraz nie chcę tej książki.
Patrzy na niego. Myśli, że ma piękne oczy, nawet w tym stanie. Wszystko się w nich rozgrywa, w tym szarym spojrzeniu wyłaniającym się z wewnętrznego mroku. Jest jakaś treść w tych licznych spojrzeniach, jakimi ją ogarnia przez chwilę i jakie się z niej po chwili zsuwają, jak blask latarni morskiej.
— Nie chcę tej książki. Daj mi Herodota. Wsuwa mu cienki, poplamiony tomik do ręki.
— Widziałem kiedyś wydanie Dziejów z rzeźbą portretową na okładce. Jakaś statua odnaleziona w którymś z francuskich muzeów. Ale nigdy sobie nie wyobrażałem Herodota w taki sposób. Wyobrażałem go sobie raczej jako jednego z tych milkliwych ludzi pustyni, wędrującego od oazy do oazy, zbierającego legendy, tak jak się wymienia nasiona roślin, przyjmującego wszystko bez podejrzliwości i układającego z tego wizję. Mówi Herodot: „Moje dzieje zbierają uzupełnienia do głównego wywodu”[9]. To, co u niego znajduję, są to ślepe zaułki na szlaku historii — jak ludzie zdradzają się nawzajem w imię swych narodów, jak się zakochują… Powiedziałaś, że ile masz lat?
— Dwadzieścia.
— Byłem dużo starszy; jak się zakochałem. Hana pyta po chwili:
9
Przekład Seweryna Hammera.