Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
— Kim ona była?
Ale jego oczy znów są daleko.
— Ptaki wolą drzewa o uschniętych gałęziach — powiedział Caravaggio — mają stamtąd otwarty widok. Mogą odlecieć w dowolnym kierunku.
— Jeśli masz na myśli mnie — odpowiedziała Hana — to nie jestem ptakiem. Prawdziwym ptakiem jest ten mężczyzna na piętrze.
Łosoś próbował wyobrazić ją sobie jako ptaka.
— Powiedz, czy można pokochać kogoś, kto nie jest równie bystry jak ty? — Caravaggio pod wpływem podniecającego działania morfiny pragnął zmienić swą argumentację. — Ta sprawa intrygowała mnie przez większość mego życia seksualnego, które zaczęło się późno, co muszę wyznać temu doborowemu towarzystwu. Podobnie jak seksualnej rozkoszy rozmowy zaznałem dopiero po ożenku. Nigdy nie myślałem, że słowa mają walor erotyczny. Czasami naprawdę wolę rozmawiać niż pierdolić. Zdania. Bukiet tego, bukiet tamtego i znów bukiet tego. Kłopot ze słowami leży w tym, że naprawdę możesz się nimi wgadać w ślepy zaułek. A nie możesz się w ślepy zaułek wpierdolić.
— Taka tam męska gadka — odburknęła Hana.
— Ja się nigdy nie wgadałem — ciągnął Caravaggio — może się to tobie przydarzyło, Łososiu, jak trafiłeś do Bombaju prosto z tych tam gór, albo jak przyjechałeś do Anglii na szkolenie. Czy ktoś z was wpierdolił się w ślepy zaułek? Ile masz lat, Łososiu?
— Dwadzieścia sześć.
— Jesteś starszy ode mnie.
— Tak, jesteś starszy od Hany. Czy mógłbyś się w niej zakochać, gdyby nie była bystrzejsza od ciebie? To znaczy, może i nie jest bardziej bystra. Ale czyż nie jest ważne dla ciebie to, że myślisz, że ona jest zręczniejsza w miłości? Zastanów się. Może ona jest opętana Anglikiem, bo on więcej wie. Poruszamy się po rozległym obszarze, kiedy z nim rozmawiamy. Nawet nie wiemy, czy on jest Anglikiem. Pewnie nie jest. Widzisz, myślę, że łatwiej zakochać się w n i m niż w t o b i e. Dlaczego tak jest? Ponieważ chcemy znać sprawy, chcemy wiedzieć, jak się one mają. Gaduły nas uwodzą, słowa wpędzają nas w ślepy zaułek. Chcemy wiedzieć więcej niż wszystko, co rośnie i się zmienia. Nowy wspaniały świat.
— Nie zgadzam się z tym — zareplikowała Hana.
— Ja też nie. Pozwól, że ci opowiem o ludziach w moim wieku. Najgorsze jest przekonanie, jakie żywią inni, że nasz charakter stał się już dojrzały. Kłopot z ludźmi w średnim wieku polega na tym, że inni zakładają, iż jesteśmy już w pełni ukształtowani. Już.
Caravaggio uniósł ręce na wysokość twarzy Hany i Łososia. Wstała, obeszła go z tyłu i objęła za szyję.
— Nie rób tak, Dawidzie, dobrze? Oplotła delikatnie jego ręce swoimi.
— Już i tak mamy jednego wściekłego gadułę na piętrze.
— Spójrzcie na nas samych — siedzimy tu sobie jak jacyś śmierdzący bogacze w swych śmierdzących pałacach położonych na śmierdzących wzgórzach, kiedy w mieście robi się zbyt upalnie. Jest dziewiąta rano — starszy pan na piętrzę śpi. Hana jest nim opętana. Ja jestem opętany rozsądkiem Hany, jestem opętany swą „równowagą”, a Łosoś pewnie któregoś dnia wyleci w powietrze. Dlaczego? W imię czego? Ma dwadzieścia sześć lat. Armia brytyjska szkoli go w zręczności, Amerykanie uczą go jeszcze większej zręczności, drużyny saperskie wysłuchują instruktażowych wykładów, dostają odznaczenia i są wysyłane w te góry. Jesteś wykorzystywany, boyo, jak mówią Walijczycy. Ja tu dłużej nie zostaję. Chcę cię zabrać do domu. O całe piekło stąd.
— Daj spokój, Dawidzie. On przeżyje.
— A ten saper, co zginął zeszłej nocy. Jak się nazywał? Łosoś milczy.
— Jak się nazywał?
— Sam Hardy. — Łosoś podszedł do okna i wyjrzał, wyłączając się z rozmowy.
— Nasz kłopot polega na tym, że znaleźliśmy się tam, gdzie nas być nie powinno. Co my robimy w Afryce, we Włoszech? Co właściwie, na litość boską, robi tu Łosoś rozbrajający miny w ogrodach? Co robi na wojnie toczonej przez Anglików? Rolnik na froncie zachodnim nie może opiłować z drzewa zbędnych gałęzi, żeby sobie nie wyszczerbić piły. Dlaczego? Bo tyle tam tkwi odłamków z poprzedniej wojny. Nawet drzewa chorują od zarazy, którą rozsiewamy. Wojsko cię indoktrynuje, pozostawia cię tutaj i spierdala dalej, ściągając kłopoty na kogoś innego swym atramentowym bełkotem par-lez-vous. Wszyscyśmy powinni stąd zjeżdżać.
— Nie możemy zostawić Anglika.
— Anglika zostawiono już całe miesiące temu, Hana, jest ciągle wśród Beduinów albo w jakimś angielskim ogrodzie pełnym floksów i innego gówna. Pewnie nie umie nawet zapamiętać kobiety, która się koło niego krząta, próbuje go zagadywać. On w ogóle nie wie, gdzie jest.
Pewnie myślisz, że się wściekam, co? Bo się zakochałaś. No nie? Zazdrosny wujek. Niepokoję się o ciebie. Chętnie bym zabił Anglika, bo tylko to by cię ocaliło, wyrwało stąd. A zaczynam go lubić. Opuść swój posterunek. Jak taki Łosoś może cię kochać, skoro nie jesteś dość sprytna, by sprawić, żeby przestał narażać życie?
— Może. Ponieważ on wierzy w cywilizowany świat. Ponieważ jest człowiekiem cywilizowanym.
— Błąd fundamentalny. Jedynie słusznym postanowieniem byłoby wsiąść do pociągu, wyjechać i rodzić dzieci. Może pójdziemy na górę i spytamy tego ptaszka, Anglika, co o tym myśli?
Dlaczego nie jesteś sprytniejsza? Tylko bogacze nie muszą się starać o to, by być sprytni. Są pogodzeni z losem. Przed laty już zdobyli przywileje. Muszą tylko chronić swój stan posiadania. Nie ma gorszych średniaków niż bogacze. Wierz mi. Ale oni muszą przestrzegać zasad tego gównianego, cywilizowanego świata. Oni wypowiadają wojny, bronią honoru i nie mogą zwiewać. Ale wy dwoje? My troje? Jesteśmy wolni. Ilu już saperów zginęło? Jakim cudem ty jeszcze żyjesz? Daj sobie wreszcie spokój z tą swoją odpowiedzialnością. Szczęście ma to do siebie, że umyka.
Hana nalała sobie mleka do filiżanki. Kiedy skończyła, uniosła dziobek dzbanka nad ręką Łososia i wylała mu mleko na brunatną dłoń, nadgarstek, aż po łokieć. Nawet nie drgnął.
Po zachodniej stronie pałacu długi, wąski ogród rozciąga się na dwóch poziomach. Niżej leży ogród uporządkowany, wyżej — zarośnięty, mroczny, kamienne stopnie i rzeźby niemal giną pod zielonym nalotem. Tu właśnie saper rozbił namiot. Fale deszczu i wilgoci dochodzą tu od strony doliny, z drugiej strony ulewa kropel spada z gałęzi cyprysów i jodeł na ten do połowy tylko oczyszczony skrawek ogrodu poniżej wzgórza.
Tylko rozpalając ogniska można osuszyć ten wiecznie zacieniony i wilgotny górny ogród. Resztki desek, skrzynek po pociskach, odłamane gałęzie, zeschłe zielsko wyrywane przez Hanę popołudniami — wszystko to tutaj znoszą i palą w porze poprzedzającej zmierzch. Ogień wydziela dym, woń spalanych roślin przedziera się przez krzaki i drzewa, wpada na taras przed pałacem. Dociera do okna rannego Anglika, który słyszy splątane głosy, a czasem śmiechy dobiegające z zasnutego dymem ogrodu. Rozkłada wonie na czynniki składowe, odgadując, jaki rodzaj roślin jest właśnie spalany. Rozmaryn — myśli — wilczomlecz, piołun, coś tam musi być jeszcze, bezwonnego, może psi fiołek albo dziki słonecznik, dobrze się rozwijający na słabo zakwaszonej glebie tego wzgórza.
Ranny Anglik doradza Hanie, co ma sadzić.
— Poproś swego włoskiego przyjaciela, żeby ci pomógł wybierać nasiona, wydaje się w tym dobry. Przydałyby ci się sadzonki śliwy. A także goździki — jeśli chcesz podać łacińską nazwę swemu łacińskiemu przyjacielowi, to brzmi ona Silene virginica. Niezły też byłby cząber. Jeśli lubisz zięby, zasadź leszczynę i wiśnie.