Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
Przez całą noc, płacząc i krzycząc, powstrzymywali się nawzajem przed obłędem. Mundury nasiąknięte zimową rzeką, most ponad ich głowami przekształcający się powoli w drogę jezdną. A w dwa dni później kolejna rzeka. Każda, do której docierali, pozbawiona już była mostów, bezimienna, tak jak niebo było bezgwiezdne, a domy pozbawione drzwi. Oddziały saperskie rozpinały liny między brzegami, dźwigając na plecach kable, wbijały w dno pręty, naoliwione dla uciszenia szczęku metalu, a potem wojsko maszerowało przez most, zbudowany z prefabrykowanych elementów i utrzymywany na powierzchni wody przez krzątających się na niej wciąż saperów.
Często ostrzał przyłapywał ich pośrodku rzeki, między gliniastymi brzegami, przytwierdzających stalowe liny do skalistego dna. Nic ich wtedy nie chroniło, cienka jak jedwab brązowa rzeka przeciw metalowi, który rozrywał ją na strzępy.
Odwrócił się od niej. Znał sposób na szybkie chronienie się w sen przed kimś, kto miał własne rzeki i był oszalały na ich punkcie.
Tak, Caravaggio mógłby ją pouczyć, jak zatonąć w miłości. Nawet w rozważnej miłości.
— Łososiu, chciałabym cię wziąć z sobą nad rzekę Skoota-matta — powiedziała. — I chciałabym ci pokazać jezioro Smo-ke. Kobieta, którą kochał mój ojciec, mieszka nad jeziorami, canoe prowadzi pewniej niż samochód. Tęsknię za piorunami, które przerywają dopływy prądu. Chciałabym, żebyś poznał Klarę, pływającą canoe; to ostatni członek mojej rodziny. Nie mam już nikogo więcej. Ojciec opuścił ją dla wojny.
Idzie do jego namiotu, nie stawiając ani jednego błędnego kroku, nie poddając się żadnym wahaniom. Drzewa przepuszczają światło księżyca przez sito swych liści, jakby spacerowała w migotliwym świetle sali tanecznej. Wchodzi do namiotu, przykłada ucho do jego uśpionego policzka i wsłuchuje się w bicie jego serca, w taki sposób, w jaki on wsłuchuje się w mechanizm zegarowy miny. Druga nad ranem. Wszyscy oprócz niej śpią.
IV
W południowej dzielnicy Kairu 1930–1938
Po Herodocie ludzie Zachodu przez cale stulecia przejawiali znikome zainteresowanie pustynią. Od 425 roku przed narodzeniem Chrystusa do początku dwudziestego wieku odwracali od niej oczy. Milczeli na jej temat. Stulecie dziewiętnaste było wiekiem odkrywców rzek. A potem, w latach dwudziestych przychodzi mile postscriptum do historii tego zakątka ziemi w postaci prywatnych ekspedycji owocujących sprawozdawczymi odczytami organizowanymi przez londyńskie Geographical Society w Kensington Gore. Odczyty te wygłaszają spaleni słońcem, zmęczeni ludzie, którzy, podobnie jak żeglarze Conradowscy, nie czują się pewnie wśród etykiety taksówkowej czy niewybrednych dowcipów konduktorów w autobusach.
Na zebrania Society dojeżdżają podmiejskimi pociągami do Knightsbridge, gdzie często się gubią, bilety im się gdzieś zawieruszają, polegać mogą tylko na swoich starych mapach i notatkach do odczytu — spisanych w bolesnym trudzie — którymi wypełnione są ich plecaki, stanowiące jakby część ich ciała. Ci ludzie różnych narodowości wędrują tak o tej wczesnej godzinie wieczornej, o szóstej, w godzinie osamotnienia. Bo to jest pora anonimowości, większość mieszkańców miasta spieszy do domów. Odkrywcy docierają do Kensington Gore przedwcześnie, przegryzają coś w Lyons Corner House albo przy wejściu do Geographical Society, gdzie przysiadają w hallu na piętrze obok wielkiego maoryskiego canoe, przeglądając gorączkowo notatki. O ósmej zaczyna się zebranie.
Odczyty odbywają się co tydzień. Ktoś wygłasza wprowadzenie, a ktoś inny podziękowanie. Mówca zamykający dyskusję zwykle ustosunkowuje się do wywodów referenta, ocenią je z dużą surowością, jest rzeczowy i krytyczny, ale nigdy nie jest impertynencki.
Wszyscy zakładają, iż prelegenci trzymają się faktów, nawet obsesyjne hipotezy przedstawia się tutaj z pewną powściągliwością.
Moja wyprawa przez Pustynię Libijską z Sokum na wybrzeżu Morza Śródziemnego do Eli Obeid w Sudanie wiodła jednym z tych niewielu szlaków na ziemi, które prezentują bogatą rozmaitość interesujących problemów geograficznych…
Nigdy nie wspomina się w tych obitych dębową boazerią salach o całych latach przygotowań, studiów i gromadzenia funduszy. Zeszłotygodniowy mówca opowiadał o zaginięciu trzydziestu ludzi wśród lodów Antarktyki. Z taką samą powściągliwością przedstawia się losy ludzi, którzy przepadli gdzieś w pustynnym upale lub zaginęli w czasie burzy. Wszelkie kwestie ludzkie i finansowe odłącza się od tego, co jest przedmiotem dyskusji — a jest nim powierzchnia ziemi oraz „interesujące problemy geograficzne”.
Czy inne rejony depresji w tym regionie, oprócz szeroko dyskutowanego Wadi Rayan, mogłyby być spożytkowane w wyniku irygacji i drenowania delty Nilu? Czy źródla wód artezyjskich w oazach stopniowo wysychają? Gdzie należy poszukiwać tajemniczej «Zerzury»? Czy są jeszcze inne zagubione oazy do odkrycia? Gdzie się znajdują żólwiowe bagna Ptolemeusza?
Pytania te postawił w roku 1927 John Bell, dyrektor Biura Badań Pustyni w Egipcie. W latach trzydziestych stawiano kwestie z jeszcze większą powściągliwością. Chciałbym dodać kilka uwag do pewnych spraw poruszanych w interesującej dyskusji o „Prehistorycznej geografii oazy Kharga». W połowie lat trzydziestych zapomnianą oazę Zerzura odkrył — wraz z towarzyszami wyprawy — Ladislaus de Almasy.
W roku 1939 dekada wielkich odkryć na Pustyni Libijskiej dobiegła końca, a ten pustynny i cichy zakątek ziemi stał się teatrem działań wojennych.
W swej zadrzewionej sypialni ranny przebiega myślą rozlegle przestrzenie. Myśli o sposobie, w jaki zmarły król Rawenny, którego marmurowy postument wydaje się niemal żywy, unosi głowę z kamiennej poduszki, tak by móc spoglądać ponad swymi stopami. Sięga myślą dalej, do chwil wyczekiwania na deszcz w Afryce. I do życia, jakie wiedli w Kairze. Do ich pracy i dni.
Hana siedzi przy łóżku i jak giermek towarzyszy mu w tych podróżach.
W roku 1930 zaczęliśmy sporządzać mapy większej części wyżyny Gilf Kebir, poszukując zagubionej oazy zwanej Zerzura. Miasto Akacji.
Byliśmy Europejczykami pustynnymi. W roku 1917 John Beil oglądał Gilf. Potem dotarł tam Kemal el Din. A potem Bagnold, który wytyczył szlak na południe, do Morza Piaskowego. Madox, Walpole z Biura Badań Pustyni, Jego Ekscelencja Wasfi Bej, fotograf Casparius, geolog doktor Kadar i Bermann. A Gilf Kebir — wielki płaskowyż na Pustyni Libijskiej, równy obszarem Szwajcarii, jak zwykł mawiać Madox — obniżający się stopniowo ku północy, uskokami opadającymi na wschód i zachód, był głównym terenem naszych poszukiwań. Wyrastał na pustyni o sześćset kilometrów na zachód od Nilu.
W przekonaniu Egipcjan nie było już wody na zachód od osiedli w oazach. Świat się tam kończył. Interior był bezwodny. Ale w piaszczystym pustkowiu zawsze napotykasz ślady zagubionej historii. Wędrowały tamtędy plemiona Tebu i Senussi, starannie chroniąc swe studnie. Krążyły wieści o żyznych gruntach ukrytych we wnętrzu pustyni. Pisarze arabscy z trzynastego wieku wspominali o Zerzurze. „Oaza ptasząt”. „Miasto Akacji”.