Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:

Każde miasto ma swoje sekretne miejsca. Wieki pełne mrocznych historii sprawiły, że stolica Rosji ma takich miejsc wyjątkowo dużo. Współczesność przenika się tu z przeszłością w sposób subtelny i magiczny. Mieszkańcy Moskwy szukając schronienia przed problemami współczesnego życia mogą czasem trafić do niezwykłych miejsc. Wystarczy jeden nieostrożny krok, żeby znaleźć się w mrocznym, baśniowym świecie pełnym magii, płaczących drzew, gadających ptaków, wygnanych wieki temu pogańskich bóstw i baśniowych stworzeń. Tu można usłyszeć najdziwniejsze z opowieści. Trzeba tylko cierpliwie nadstawiać uszu. Ekaterina Sedia napisała książkę niezwykłą o zderzeniu dwóch światów. Kapitalistycznej i nowoczesnej Moskwy z magicznym światem starorosyjskich baśni. Tuż pod powierzchnią szarej rzeczywistości kryje się inny świat. Mroczny, niebezpieczny, ale i zarazem piękny. Tu wszystko jest możliwe. Niepokojący klimat powieści porównywany jest przez krytyków z dziełami Bułhakowa. Ta książka to jedna z najważniejszych pozycji współczesnej literatury rosyjskiej. Główną bohaterką powieści jest Galina, młoda kobieta mająca na głowie zwyczajne problemy codziennego życia. Zostaje zaplątana w wir tajemniczych wydarzeń i razem z milicjantem prowadzącym śledztwo w sprawie tajemniczych zaginięć musi na nowo poznać otaczający ją świat. Wspólne poszukiwania prowadzą ich do podziemnego królestwa, do krainy zawieszonej między rzeczywistością i fantazją. Do świata, gdzie honor ma znaczenie, a dobro i zło są tym, czym były u zarania dziejów. Ekaterina Sedia urodziła się i wychowała w Moskwie. Po studiach przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Obecnie mieszka w New Jersey razem z mężem i dwoma kotami. Wykłada botanikę i ekologię. W chwilach wolnych uprawia ogródek i pisze książki. Jej najnowszy bestseller to Tajemna Historia Moskwy.
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 59
Перейти на страницу:

Nawet tutaj, pod ziemią, słowo „zebranie" nie budziło w nim nic prócz umiarkowanego znudzenia, nawet jeśli chodziło o zebranie zwołane przez Niebiańską Krowę. W gospodzie stał stół bilardowy pokryty zielonym suknem i jego polerowane bandy kusiły Jakowa; żałował, że nie ma scyzoryka, żeby znów dla odparcia znudzenia rzeźbić swoje naiwne talizmany na odsłoniętym drewnie.

David krzątał się, przestawiał krzesła i zestawiał stoły, żeby wszyscy mieli wygodnie, łącznie z Zemuną. Sowin pomagał, jego stary grzbiet i ramiona sztywniały z wysiłku. Od czasu do czasu robił przerwy, żeby kaszleć i spluwać, ale zaraz wracał do pracy. Klienci stali w grupkach, poszeptując. Jakow zastanawiał się, jak plotka mogła rozejść się tak szybko, dopóki nie zobaczył grupy rusałek. Przyniosły ze sobą trupa, woda ściekała w powolnych strumyczkach z jego ciemnych włosów. Jakow musiał odwrócić wzrok od rozdziawionych ust i wywichniętej żuchwy, sterczącej pod niepokojącym kątem. Rusałki wyprostowały ciało i machały jego rękami, jakby to była marionetka, podśmiewując się cicho.

Jakow rozpoznał parę osób i stworzeń; inni byli nowi; próbował odgadnąć, kim są. Dostrzegł mężczyznę w długim wojskowym płaszczu i czapce z wielką rozcapierzoną gwiazdą – ten styl pamiętał z filmów o wojnie domowej. Inny, z wąskimi oczami i ziemistą cerą, wyglądał jak postać z dramatu historycznego o Złotej Ordzie – uznał go za Tatara-Mongoła mniej więcej z trzynastego wieku. Inni nosili mniej charakterystyczne stroje, kraciaste koszule i ciemne spodnie, które mogły należeć do każdego okresu w dwudziestym wieku. Zasmuciła go myśl, że każdy może stać się taki oderwany i zagubiony w strumieniu czasu.

Wśród ludzi kręciły się dziwne istoty – poza łatwymi do rozpoznania wodnikami i leszymi były tam stworzenia, które wyglądały na wytwór koszmarów albo przynajmniej postacie z nieznanych mu baśni. Szczególnie zaintrygował go krępy jegomość z powiekami do samej ziemi. Towarzyszyło mu dwóch strażników uzbrojonych w żelazne widły, a obok niego na podłodze siedział wielki skrzydlaty pies, który chyba jednak nie był z nim powiązany. Szczury Sowina starały się nie kręcić pod nogami. Trzymały się blisko swojego dobroczyńcy i łypały gniewnie na małe stworzonka – jedne antropomorficzne, inne nie za bardzo – które przemykały z kubełkami trocin, zasypując ciemne miejsca zostawione przez wodę skapującą z trupa i stworzeń wodnych, a także krowie placki Zemuny.

David dotknął jego ramienia.

– Jak sobie radzisz?

– Doskonale – odparł Jakow i wskazał osobnika o długich powiekach. – Kim jest ten facet?

– Wij – wyjaśnił David. – Co, nie czytałeś Gogola?

– Jasne, że czytałem. Ale myślałem, że tutaj są postacie mitologiczne, nie literackie.

– Wij jest postacią mitologiczną. Jest generałem w rosyjskim piekle.

Podeszła do nich Galina.

– Mamy swoje specjalne piekło?

– Nie chrześcijańskie. – David dumał przez chwilę, z roztargnieniem wycierając rękę w poplamiony fartuch. – Pogańskie piekło… Albo świat podziemny, jeśli wolisz.

Galina pokiwała głową.

– Zatem jest jedynym, który ma prawo tu przebywać.

Fiodor podszedł niespiesznie, a za nim stary mężczyzna w czerwonym płaszczu.

– Co się dzieje? – Wybełkotał.

Jakow cofnął się przed falą alkoholu w oddechu Fiodora.

– Zebranie. Czekamy na Kościeja Nieśmiertelnego.

Fiodor zaśmiał się i umilkł, gdy zdał sobie sprawę, że Jakow nie żartuje. Zwrócił się do swojego towarzysza:

– Wiesz coś o nim, Ojczulku Mrozie? Starzec nastroszył białą brodę.

– Nie jesteśmy przyjaciółmi, jeśli o to pytasz. Ale wiem sporo.

– Oto i on. – David zostawił grupę i ruszył do wejścia, by wymienić uścisk dłoni z bardzo wysokim, bardzo chudym mężczyzną w czarnym garniturze.

– Spodziewałam się, że będzie straszniejszy – szepnęła Galina do Jakowa.

Zgodził się z nią w duchu; czarny charakter z tylu baśni czytanych w dzieciństwie, tylu filmów oglądanych z zapartym tchem w sobotnie poranki, był przedstawiany jako postać nie całkiem ludzka, jako zdeformowany stwór opętany przez niezdrową fascynację młodymi kobietami, nieodmiennie pokonywany przez tych, którzy potrafili odnaleźć jego sprytnie ukrytą śmierć. Teraz wyglądał nie tyle groźnie, ile surowo.

– Spokój! – Zawołała Zemuna i potrząsnęła głową. Gwiazdki wirujące wokół jej karku zadźwięczały jak dzwonki, a potem zapadła cisza.

Usadowili się przy wielkim stole ustawionym pośrodku gwiaździstej karczmy i przez chwilę było słychać tylko stłumione pokasływanie i zgrzytanie nóg krzeseł o podłogę. Domowe duszki zaczęły śpiewać gdzieś w ścianach, ale przestały, gdy tylko Zemuna chrząknęła. Wszyscy milczeli, z wyjątkiem siedzących na belkach kawek albinosów, które nie przestały skrzeczeć.

Rusałki usiadły jedna przy drugiej i ostrożnie ułożyły na kolanach przyniesionego trupa. Jakow znalazł miejsce pomiędzy Fiodorem a Eleną, która przekładała błękitny klejnot z ręki do ręki; niebieskawe błyski igrały na jej wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych. Kościej Nieśmiertelny, siedzący po jej prawej stronie, też spoglądał na kamień. Jakow zwrócił uwagę na jego oczy, głęboko osadzone, mrugające odbitym światłem w głębi ciemnych oczodołów.

– Spokój! – Ryknęła Zemuna. Zgrzytanie i pokasływanie ucichły. Na jej znak rusałki wstały, żeby pokazać trupa. – To – zaczęła – wypłynęło dzisiaj w Jeziorze Rusałek. Ledwie dzień po tym, jak zjawiła się trójka tych nowych, w ślad za ptakami z powierzchni, które, jak się zdaje, latają swobodnie pomiędzy tym i tamtym światem. Co więcej, mamy powody wierzyć, że te ptaki są ludźmi, którzy niedawno ulegli przeobrażeniu. Tym samym jesteśmy zmuszeni konkludować, że na powierzchni jest magia i że martwe ciała są w stanie się tu przedostać.

Jakow uśmiechnął się pod nosem ze zdolności krowy do obywania się bez długich wstępów i całkowitego unikania wszelkiej dialektyki. Opierając się na swoim skromnym doświadczeniu, spodziewał się nudzenia o dialektyce na każdym zebraniu. Salę wypełnił szmer podekscytowanych rozmów, a pomocnicy Wija podnieśli mu widłami powieki, żeby mógł zobaczyć zwłoki.

– Nie ma obawy – szepnęła Elena do Jakowa i Fiodora. – Jego spojrzenie nie obróci was w kamień. To tylko plotka.

– Dzięki – odszepnął Fiodor. – Trochę się bałem.

– Czy ktoś wie, skąd pochodzi to ciało? – Zapytała Zemuna.

– Nie. – Głos Kościeja zabrzmiał jak trzask suchych gałązek. – Ale mogę się dowiedzieć.

Zbiorowy jęk wzniósł się ponad stołem.

– Tylko nie zaczynaj z tym swoim wskrzeszaniem umarłych – jęknął mokry niebieski wodnik, wytrzeszczając wielkie żabie oczy w łuskowatej twarzy.

– Czemu nie? Przynajmniej teraz mam trupa do wskrzeszenia. To zamknie ci gębę… A czy swoją drogą ryby nie powinny milczeć?

Wodnik naburmuszył się, ale zrezygnował z kłótni.

– Czy ktoś inny ma obiekcje? – Kościej popatrzył na Zemunę. – Może ty, befsztyku?

– Bodajbyś zdechł – mruknęła.

Pozostali półbogowie i duchy zachowali milczenie. Kościej zwrócił się do ludzi:

– Czy ktoś z was, worki mięsa, ma coś do powiedzenia? W dawnych czasach zrobiłbym tapicerkę z waszej skóry, zamiast pytać o zdanie, ale przypuszczam, że obecnie mamy pluralizm.

1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 59
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)