Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]

Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:

Trwa galaktyczna wojna pomiędzy Ziemianami i Pluskwo-Pajęczakami, agresywną rasą antropoidów, których społeczna organizacja przypomina rój, poddany bezwzględnej władzy dyktatorskiej. Ogrom przewagi liczebnej nieprzyjaciela wyklucza globalną konfrontację i wymusza taktykę nagłych, niespodziewanych ataków ze strony sił Ziemskiej Federacji. Do takich zadań najlepiej przygotowani są komandosi z Piechoty Zmechanizowanej, a wśród nich kadet Johny Rico, który karierę żołnierza rozpoczął tak niedawno…
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 42
Перейти на страницу:

Tylko że nie przybyły.

Zostały zrzucone tam, gdzie nas powinni byli zrzucić. Napotkali opór wrogich krajowców i ugrzęźli.

Nigdy ich już nie zobaczyliśmy.

Trwaliśmy więc tam, gdzie byliśmy. Zaczęły padać ofiary. Wyczerpywała się amunicja, mieszanka pozwalająca na skoki i energia obsługująca kombinezony.

Wydawało się, że trwa to już całe wieki.

Śmigaliśmy razem z Dutchem wzdłuż jakiegoś muru w stronę, z której dochodziło wołanie o ratunek. Nagle przed Dutchem otworzyła się otchłań, wyjrzał z niej Pluskwo-Pajęczak, a Dutch upadł.

Rzuciłem granat do otworu i odwróciłem się, żeby zobaczyć, co się stało Dutchowi. Leżał, ale nie wyglądał na rannego. Nie odpowiedział jednak, kiedy go zawołałem. Temperatura ciała była bardzo niska, a wskaźniki oddychania, bicia serca i pracy mózgu stały na zerze. Nie najlepiej, ale miałem nadzieję, że to tylko awaria kombinezonu. Zacząłem go wydobywać z tej zbroi…

Raptem usłyszałem wezwanie: Sauve qui peut! Ratuj się, kto może!

— Do domu! Zbierać się i do domu! Sygnał do wszystkich — sześć minut! Ratować siebie i towarzyszy! Sauve qui…

Zacząłem się spieszyć.

Dutch nie dawał znaku życia… Zostawiłem go więc i pognałem.

Wtedy usłyszałem sygnał do odwrotu. Ale nie ten sygnał, który powinien zabrzmieć, gdyby pochodził z Valley Forge. Grano melodię, której nie znałem. Zresztą mniejsza o to, dobrze, że był sygnał. Nie żałowałem mieszanki napędowej, pędziłem jak szalony, wpadłem na pokład, gdy już mieli zamykać właz i znalazłem się w Voortreku, w stanie takiego szoku, że nie mogłem sobie przypomnieć swojego numeru seryjnego.

Usłyszałem potem, że odnieśliśmy strategiczne zwycięstwo…

Ale ja tam byłem i wiem, że dostaliśmy zdrowe lanie.

Po sześciu tygodniach, a czułem się wtedy o sześć lat starszy, w Bazie na Sanctuary zameldowałem się u sierżanta Jelala na statku Rodger Young.

W lewym uchu miałem złoty kolczyk — czaszkę z jedną kością. Al Jenkins był ze mną i też miał taki. Kociaka już nie było… Tych paru Dzikich Żbików, którzy przeżyli, porozdzielano po różnych jednostkach.

Sierżant Jelal powitał nas serdecznie, powiedział, że znaleźliśmy się w doskonałej jednostce, najlepszej we Flocie, na świetnym statku i zdawał się nie dostrzegać naszych kolczyków. Później przedstawił nas Porucznikowi, który potraktował nas po ojcowsku. Al Jenkins i ja zdjęliśmy swoje złote czaszki, bo zauważyliśmy, że żaden Byczy Kark Rasczaka ich nie nosił.

Nie nosili ich, bo tu nie miało żadnego znaczenia, ilu bojowych zrzutów dokonałeś ani jakie one były. Albo byłeś Byczym Karkiem, albo nie. A jeśli nie, to nic ich nie obchodziło, kim jesteś.

Ponieważ przybyliśmy do nich jako weterani, którzy brali udział w bitwie, przyjęli nas, owszem, z grzecznością, ale taką jaka należy się gościom nie będącym członkami rodziny.

Jednak po tygodniu, po akcji bojowej, w której razem braliśmy udział, staliśmy się jedną rodziną: prawdziwymi Byczymi Karkami. Mówiono do nas po imieniu i ochrzaniano bez urazy z jednej czy drugiej strony.

My również, poza służbą oczywiście, zwracaliśmy się po imieniu nawet do podoficerów. Sierżant Jelal przeważnie był na służbie, ale czasem można go było spotkać gdzieś po drodze — wtedy był Jelly i zachowywał się tak, jakby jego ranga nie miała znaczenia miedzy nami, Byczymi Karkami.

Porucznik jednak był zawsze Porucznikiem — nigdy panem Rasczakiem ani nawet porucznikiem Rasczakiem. Po prostu — Porucznik i mówiło się do niego i o nim w trzeciej osobie. Nie było innego boga oprócz Porucznika, a sierżant Jelal był jego prorokiem. Jelly mógł powiedzieć nie w swoim własnym imieniu i mogło to podlegać dyskusji, ale jeśli powiedział: „Porucznikowi to by się nie podobało”, mówił ex cathedra i sprawa była definitywnie zakończona.

Porucznik troszczył się o każdego z nas. Nie umiem pojąć, jak mógł mieć nas wszystkich na oku. Ale gdy tylko zaczynała się jakaś chryja, zaraz przez przewód komendancki dochodził jego śpiewny głos: „Johnson! Sprowadź szóstą sekcję! Smitty jest w kłopotach”.

Czuliśmy się wtedy, jakby nas kto miodem smarował, że właśnie pierwszy dostrzegł to Porucznik, a nie na przykład dowódca sekcji Smitha.

Poza tym miałeś całkowitą pewność, że póki żyjesz, Porucznik nie da sygnału ewakuacji i że bez ciebie nie wejdą na pokład statku.

W wojnie z Pluskwo-Pajęczakami były przypadki, że żołnierze dostawali się do niewoli. Ale nigdy spośród Byczych Karków Rasczaka.

Jelly był nam bliski i dbał o nas, jednak wcale nas nie rozpieszczał, chociaż nie składał na nas raportów do Porucznika. Rzadko kiedy przydzielał karną służbę, miał inne sposoby, żeby nas zmieszać z błotem.

Potrafił w czasie inspekcji obrzucić cię wzrokiem od góry do dołu i powiedzieć:

— W Marynarce Wojennej wyglądałbyś nawet nieźle. Czemu się nie przeniesiesz? — i osiągał rezultaty.

Rodger Young był statkiem koedukacyjnym. Szefem-komandorem była kobieta. Dziewczyny były oficerami-pilotami, a także członkami załogi.

Na dziobie, przed ładownią, był kraj damski. Dwóch uzbrojonych P.Z. dzień i noc trzymało straż przed jedynymi drzwiami prowadzącymi do tej części statku.

Przywilej wejścia tam przysługiwał oficerom na służbie i wszyscy oficerowie, włącznie z Porucznikiem, jadali we wspólnej damsko-męskiej mesie. Nie marudzili tam. Zjadali i wychodzili. Możliwe, że na innych transportowcach panowały odmienne zwyczaje — na Rodgerze Youngu obowiązywała jednak taka segregacja. Tego życzył sobie i Porucznik, i pani komandor Deladrier.

Pełnienie służby wartowniczej przed tamtymi drzwiami było wyróżnieniem. Dobrze było tak stać na rozstawionych nogach, z założonymi rękami i nie myśleć o niczym… mieć jednak zawsze miłą świadomość, że lada chwila może się ukazać postać kobieca.

Moim codziennym obowiązkiem, poza sprzątaniem, była obsługa wyposażenia elektronicznego.

W Piechocie Zmechanizowanej obowiązywała generalna zasada: wszyscy walczą, wszyscy pracują. Roboty mieliśmy pod dostatkiem, a przecież dokonywaliśmy też i zrzutów. Ale żadnej walnej bitwy nie było. Działaliśmy samotnie, napadając, niszcząc i gnębiąc. Prowadzono bowiem akcję nękania wrogów — małe statki, między nimi Rodger Young, starały się być wszędzie, w każdym momencie.

Był to najszczęśliwszy okres w moim życiu, choć wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy. Narzekałem oczywiście, jak inni, ale miałem też dużo radości.

Pierwszy cios, jaki na nas spadł, to śmierć Porucznika.

To były chyba najgorsze chwile, jakie przeżyłem. Już i tak byłem w złej formie z powodów osobistych.

Moja matka znajdowała się w Buenos Aires w czasie najazdu Pluskwo-Pajęczaków i zniszczenia miasta. Dostałem kartkę od mojej ciotki Eleonory: trzy gorzkie wiersze. Winiła mnie za śmierć matki. Nie było co prawda jasne czy dlatego, że byłem w Siłach Zbrojnych i powinienem był zapobiec tej napaści, czy też dlatego, że — jej zdaniem — matka wyjechała do Buenos Aires, bo mnie nie było w domu. Tak czy inaczej, wina spadała na mnie. Trudno… Podarłem list i starałem się o nim zapomnieć. Byłem przekonany, że oboje rodzice nie żyją, bo przecież ojciec nigdy nie puściłby matki samej w tak daleką podróż.

W parę godzin później wezwał mnie Porucznik i spytał, bardzo przyjaźnie i łagodnie, czy nie chciałbym wziąć urlopu i zostać na Sanctuary, gdy statek wyruszy na następny patrol. Nie mam pojęcia, skąd mógł wiedzieć, że straciłem kogoś z bliskiej rodziny, ale wiedział. Powiedziałem, że nie, że dziękuję i że raczej poczekam, aż cała jednostka będzie miała wolne.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)