Kiedy Kociak Smith, Al Jenkins i ja przyłączyliśmy się w Bazie Lunarnej do Żbików Williego, to oni wszyscy mieli już za sobą przynajmniej po jednym zrzucie bojowym. Byli żołnierzami, a my jeszcze nie.
Kaprale i sierżanci nie rugali nas, co było dziwne po tym, jaki terror stosowali poprzednio nasi instruktorzy.
Okazało się, że po prostu mieli nas za nic. Nie warto było nas nawet ochrzaniać, dopóki nie zostaniemy katapultowani, póki nie sprawdzimy się i nie będzie wiadomo, czy możemy zastąpić Żbika, który poległ w walce, a którego koję obecnie zajmujemy.
Muszę przyznać, że byłem wtedy bardzo naiwny. Kiedyś w Bazie Lunarnej spotkałem przypadkowo dowódcę swego pododdziału. Był w lśniącym, śliskim uniformie, gdyż szykował się do zrzutu.
W lewym uchu miał maleńki kolczyk — złotą, pięknie wykonaną czaszkę z wiązką maleńkich złotych kości — tak małych, że trudno było je dostrzec.
Dawniej, w domu, oczywiście nosiłem kolczyki i inną biżuterię, zwłaszcza kiedy szedłem na randkę. Miałem piękne klipsy z wielkimi rubinami, które kiedyś należały do dziadka mojej matki. Lubię biżuterię i przykro mi było z nią się rozstawać, kiedy wstąpiłem do wojska…
To jednak był rodzaj klejnociku, który widocznie pasował do munduru. Nie miałem przekłutych uszu, matka uważała to za niestosowne dla chłopców, ale mogłem nosić klipsy. Zostało mi też jeszcze trochę pieniędzy.
— Panie sierżancie? Gdzie pan dostał takie kolczyki? Bardzo ładne.
Nie uśmiechnął się, ale powiedział:
— Podobają ci się?
— Bardzo! — Czyste złoto podnosiło blask naszywek i szamerunku na mundurze, bardziej chyba niż jakiekolwiek szlachetne kamienie. Pomyślałem, że para kolczyków ze zwyczajnie skrzyżowanymi piszczelami wyglądałaby jeszcze ładniej. — Czy tu, w bazie, mają takie?
— Nie, w bazie ich nie sprzedają. — I dodał: — Nie sądzę zresztą, byś mógł je kupić, ale wiesz co? Jak znajdziemy się w takim miejscu, gdzie będziesz mógł je nabyć, to ci powiem. Przyrzekam.
Wkrótce potem miałem okazję nabyć je dla siebie i przekonałem się, że cena była przesadnie wygórowana jak na taką zwykłą ozdobę.
Była to operacja Pluskwo-Pajęczaki, pierwsza odnotowana w książkach do historii bitwa o Klendathu, w jakiś czas po tym jak zostało zniszczone Buenos Aires.
Trzeba było dopiero zburzenia tego miasta, by Ziemianie zdali sobie sprawę, że coś się dzieje w kosmosie. Ludzie, którzy nigdy tam nie byli, tak naprawdę nie wierzyli w istnienie innych planet.
Jednak to, co stało się z Buenos Aires, rzeczywiście wstrząsnęło cywilami i zaczęto głośno domagać się ściągnięcia wszystkich sił powietrznych do domu i umieszczenia ich na orbicie wokół Ziemi, by nie dopuścić żadnego intruza na obszar Federacji Ziemskiej. Oczywiście była to głupota. Wojen nie wygrywa się dzięki obronie, ale przez atak. Wtedy jednakże nikt nie pytał mnie o zdanie — miałem słuchać rozkazów. Pomijając niemożność ściągnięcia do domu naszych jednostek ze względu na zobowiązania traktatowe i bezpieczeństwo planet będących koloniami Federacji, byliśmy wówczas zajęci czymś zupełnie innym. Prowadzeniem wojny z Pluskwo-Pajęczakami.
Myślę, że zburzenie Buenos Aires dotknęło mnie nieco mniej niż innych. Byliśmy wtedy oddaleni od Ziemi o kilka parseków, pędziliśmy z prędkością Czerenkowa i wiadomość ta dotarła do nas z innego statku, gdy już tę prędkość wytracaliśmy.
Pomyślałem wtedy: „Och, jakież to straszne” i przykro mi było ze względu na pewnego chłopaka, Parteno, który znajdował się w naszej załodze.
Jednak okazało się, że strata Buenos Aires miała dla mnie ogromne znaczenie i w dużym stopniu zmieniła moje życie. Ale o tym przekonałem się dopiero w parę miesięcy później.
Wówczas całą moją uwagę pochłaniał zbliżający się atak na Klendathu, planetę Pluskwo-Pajęczaków.
Czas bezpośrednio przed katapultowaniem spędziliśmy unieruchomieni pasami w kojach, nakarmieni narkotykami i nieprzytomni. Sztuczna grawitacja w Valley Forge została wyłączona, aby zaoszczędzić energii i mieć później większą szybkość.
Kiedy przyszła pora zrzutu, wyznaczono mnie jako nadliczbowego przy kapralu Dutchu Bamburgerze. Udało mu się ukryć przyjemność, jaką sprawiła mu ta nowina i gdy tylko sierżant odszedł, warknął do mnie: