Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Zajmę się tym później.
Po kolei.
To mnie przerasta. Po prostu są takie dni.
Po drodze wycinam sobie solidny kij. To nie te czasy, kiedy śmigałem po tych górach niby kozica. Teraz ledwo powłóczę nogami i wspieram się na kiju jak pielgrzym.
Marsz jest monotonny i męczący, ale pozwala używać mózgu. Zbierać myśli, wnioskować. Na przykład przyjmuję roboczo, że rzeczywiście zmieniono mnie czasowo w drzewo. Można też przyjąć, że zostałem zahipnotyzowany. Spędziłem jakiś czas, tkwiąc na stoku góry, pogrążony w katatonii, a cała reszta to zwykłe urojenia. Tak jest znacznie higieniczniej. Jednak to nie tłumaczy włóczni.
Widzę pozarastany, podłużny ślad pośrodku klatki piersiowej, pamiętam agonię, cały czas czuję łatwo rozpoznawalny, uciążliwy ból towarzyszący gojeniu, tylko że pulsuje gdzieś wewnątrz mnie, smagając narządy, które nie mają prawa goić się w taki sposób. A jednak się goją. Serce pracuje, czuję to, zwłaszcza brnąc krok za krokiem pod górę po leśnym zboczu, ale wciąż łupie mnie w środku, jak gojąca się rana. Ten sam tlący się gdzieś na granicy odczuwania uciążliwy ból przenika mi żebra i płuca, odzywa się w łopatce. Dokładnie tam, gdzie przechodziło drzewce. A jeśli jednak zamieniono mnie w drzewo, to można zrozumieć, dlaczego nie umarłem. Zgodnie z jakąś kretyńską logiką jest to wytłumaczalne. Uratował mnie van Dyken. Przedobrzył. Przedziabał włócznią, ale obrzucił też czymś, co roboczo, z obrzydzeniem, zgadzam się nazwać zaklęciem. Zanim skonałem, stałem się drzewem. I nie umarłem, bo drzewa nie umierają z powodu uszkodzenia pnia. Przynajmniej nie od razu. Drzewo może umrzeć z choroby, braku światła lub wody. Sam system korzeniowy może nie przeżyć ścięcia całego pnia, ale równie dobrze może wydać następne drzewko. Zatem jako drzewo przeżyłem.
Gdybym jednak jakimś cudem, prezentując wiedzę, wolę i umiejętności, których nie posiadam, bo jestem zbyt prosty, zdołał z powrotem przeistoczyć się w człowieka, byłbym człowiekiem przebitym włócznią. Śmiertelnie przebitym. Podwójne zabezpieczenie. Jednak gdy byłem drzewem, Kruczy Cień wyszarpał ze mnie włócznię i dlatego potem obudziłem się żywy. Quod erat demonstrandum.
Poharatany, chory, majaczący, ale przeżyłem. Kolejne pytanie: co wyciągnęło mnie z pnia? Kruczy Cień powiedział, że nikt nie może tego zrobić za mnie. Pamiętam jak przez mgłę, że próbowałem. Pamiętam wysiłek i jakieś koszmary. Noc, wilki i deszcz. Ale pamiętam też, że nie dałem rady.
Chyba.
Wychodzę z lasu i brnę pod górę, przez halę porośniętą ostrą, szaroniebieską trawą. Wspieram się na kiju, odpycham kolana dłońmi i brnę w górę stoku, ku szczytowi, który zdaje się oddalać jakby góra rosła, w miarę gdy na nią wchodzę.
Na szczycie, wśród rozsypanych wokół jasnych, wapiennych skał najpierw siadam ciężko, a później wystawiam zlaną potem twarz na zimny, jesienny wiatr. Trawa na zboczu pachnie ciężko, miodowo, aromat przypomina mi nagle renklody. Słodkie, zielone renklody w syropie, jakie sprzedawano w puszkach, kiedy byłem dzieckiem. Marzę o kompocie renklodowym i piernikach. Połączenie tych smaków wydaje mi się czymś ostatecznie doskonałym. Zabiłbym, by pożreć litrową puszkę renklod, zagryzając glazurowanymi, polskimi pierniczkami. Na myśl o tym szczęki przeszywa mi skurcz.
Tu nie ma renklod ani pierniczków. Jest tylko łyk letniej wody z cuchnącej capem, drewnianej manierki.
A potem wstaję i patrzę tam, skąd przyszedłem.
Mój szczyt nie jest szczególnie wysoki, ale i tak nieźle widać. Góry wznoszą się wokół ponurym, granitowym marszem z północnego wschodu łukiem na zachód. To stamtąd przyszedłem.
Widzę chyba plecy i ramię Płaczącej Dziewczyny, za nią idiotyczną kulę na kolumnie, niech będzie, powiedzmy, Globusowy Wierch, kolec przebijający kulę, bardziej na północ, tonie już w mgłach i wkłuwa się w niskie chmury. Wszystko to jest gdzie indziej niż sądziłem i znacznie dalej. Gdzieś na prawo od niego powinna być dolina, która prowadzi do Ogrodu Rozkoszy, a potem za zakrętem do Muzycznego Piekła i Zamku Cierń.
Tam muszę wrócić, chociaż skóra mi cierpnie na samą myśl. Wrócić jako skrytobójca.
Ogarnia mnie gniew. Nie tyle na szurniętego van Dykena, ile na siebie. Kruczy Cień miał rację. Na co liczyłem? Na element zaskoczenia? Tłumaczy mnie tylko to, że nie jestem w stanie zaakceptować cudów. Po prostu nie. To jest za głupie. Patrzę na obracające się elementy żelaznego zamku i widzę maszynę. Nic więcej. Dlaczegoś wydaje mi się to bardziej racjonalne, mimo że ten świat drzemie w wiecznym średniowieczu i nie ma tu technologii, która pozwoliłaby zbudować coś takiego. Odrobina magii i natychmiast głupieję.
Patrzę w stronę Ziemi Ognia i widzę rozmyte słupy dymu, mam wrażenie, że wiatr niesie przeraźliwy smród rozprutych flaków i świeżej krwi, zmieszany z ciężką wonią pogorzelisk. Wydaje mi się, że słyszę krzyki, ale to wszystko fantazja. Po prostu wiem, jak cuchnie miejsce masakry. A przy całej kopanej baśni masakry są tu prawdziwe. Mimo czarów leje się prawdziwa krew.
Uświadamiam sobie jeszcze, że jestem jak Buszmen, który nie przyjmuje do wiadomości istnienia helikopterów, noktowizorów i karabinów. Widzą w nocy, mają kije, które mogą rozszarpać człowieka na odległość? Latają w powietrzu w żelaznych skrzyniach? Bajki!
Tylko że moja niezgoda nie strąci śmigłowca, ani nie uchroni mnie przed serią z elektromagnetycznego karabinu.
Postanawiam pójść na wschód i przejść przez łańcuch niższych gór, które ciągną się na północnym wschodzie. W ten sposób nadłożę drogi i dotrę do Ziemi Ognia od innej strony, lecz szlak będzie łatwiejszy i dalej od naszego czarodzieja oraz jego wesołej kompanii. Dzisiaj jeszcze, przez osłoniętą zalesionymi grzbietami dolinę i tamtą kotlinę skrytą we mgle. A potem trzeba szukać schronienia na noc.
Podczas schodzenia nogi bolą mnie jakby bardziej, za to w innych miejscach niż kiedy gramoliłem się na szczyt. Wciąż rwie mnie staw skokowy, który uszkodziłem jeszcze zanim zrobiono ze mnie drzewo. To świństwo.
Przez jakiś czas znów idę, właściwie brnę wzdłuż potoku i dociera do mnie, że przeliczyłem się z siłami. Przecież dopiero dzisiaj odzyskałem świadomość. Potrzebna jest rekonwalescencja.
Przepatruję hałdy wypłukanych otoczaków, aż znajduję kilka kawałków krzemienia. Sprawdzam je, uderzając ostrzem jednego z moich krótkich mieczy, i krzeszę pęki iskier, więc chowam kamienie do tobołka.
Będzie ogień.
Fajnie byłoby, gdybym jeszcze znalazł coś, co można upiec.
Marzę o znalezieniu miejsca na nocleg i o odpoczynku, ale wciąż jestem za blisko. Wiem. Po prostu to czuję.
Nie wiem, czy rzeczywiście mam jakieś przeczucia, czy to histeria.
Jak to działa? Jakie naprawdę możliwości ma taki van Dyken?
Wyczuwa mnie na odległość, niczym czarnoksiężnik z baśni, siedząc na wieży i przepatrując dalekosiężnym, płonącym okiem horyzont? Co przesyła transmisję do takiej, powiedzmy, kryształowej kuli? Na jaką odległość?
Idę.
Idę i marzę o jedzeniu. Idę pod górę, ku skąpanej we mgle przełęczy. Nie ma tu nic, co można by upolować, nic, co dałoby się zerwać i przeżuć. Tylko niejadalne kępy krzewów podobne do kosówki, skały poznaczone wściekle żółtymi kleksami porostów wyglądającymi, jakby ktoś pokąpał je farbą, i kłęby mgły. Idę na przełęcz, walcząc z pękającymi z bólu mięśniami, a przed oczami stają mi dagnje na buzara, z rozchylonymi apetycznie płatkami muszli, pływające w wywarze z oliwy, czosnku, ziół i białego wina. Albo janjetina iz pod peke, pachnąca tymiankiem i czubaricą, wśród złocistych cebulek oraz bulgocącego sosu.