Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 51
Перейти на страницу:

Po pewnym czasie, kiedy skończył się poranny dyżur, doktor Miriam wezwała mnie do swojego gabinetu, żebym opróżnił tackę chirurgiczną. Na podświetlanym ekranie wisiały rentgenowskie zdjęcia mojej głowy. Miriam stała plecami do okna. Przeraźliwe światło wypełniało park nie-mal elektrycznym blaskiem, jak gdyby ekipa filmowa z miejskiej wytwórni rozstawiła wokoło sodowe reflektory. – Wskaźnik urodzeń wkrótce skoczy tu w górę, Blake… Czy wiesz, że dziś rano niemal każda pacjentka obsesyjnie rozmyślała o ciąży? Nawet pewna staruszka, która pytała o możliwość sztucznego zapłodnienia spermą anonimowe-go dawcy.

Miriam zdjęła kitel i obrzuciła mnie zatroskanym, lecz niezdziwionym spojrzeniem. Czy spodziewała się, że wy-ciągnę członka i wezmę się do roboty? Chciałem ją jakoś uspokoić, dodać jej odwagi, by mogła stawić czoło mnie i nadchodzącej przyszłości.

Krążyłem wokół Miriam z wiadrem na śmieci. Widok i zapach jej ciała zalewał mi zmysły. Jej jasne zęby, postu-kujące o siebie, gdy wpatrywała się w zdjęcia, lewe noz-drze wąchające polakierowany paznokieć, mocne biodra, kiedy kołysała się z boku na bok – wszystko to przyprawia-ło mnie o obłęd. Chciałem koncesji na jej każdy oddech i na każdą myśl, chciałem zapamiętać jej chichot i roztar-gnione spojrzenia, wydestylować z jej potu najbardziej za-wistne perfumy na świecie…

– Nie miałaś nigdy dzieci, Miriam?

– Oczywiście, że nie! Choć Stark i ja… – Agresywnym gestem kazała mi odejść, a potem, pod wpływem nagłego impulsu, ruszyła za mną do drzwi. Przytrzymała mnie za ramię w ostrym uścisku. – Prawdę mówiąc, odkąd do nas przybyłeś, nie zastanawiam się nad niczym innym. Jestem równie opętana tą myślą, jak te głupie baby… – Miriam, czy nie rozumiesz?… – Chciałem ją objąć, ale powstrzymała mnie z nadzwyczajną siłą. – To ten wypa-dek… Ty jesteś…

– Blake, na litość boską… Wczorajszej nocy… Poddałeś się próbie jakiegoś rodzaju śmierci. Dla siebie czy dla mnie, nie chcę nic o tym wiedzieć.

– To nie była śmierć. – Po raz pierwszy to słowo nie było w stanie mnie przerazić. – To nowe życie, Miriam. Kiedy wyszła, by wyruszyć samochodem na wizyty do-mowe, zostałem w jej gabinecie i przyglądałem się badaw-czo zdjęciom rentgenowskim na ekranie – fotografiom mojej głowy, przez którą przepływało bezustannie światło. Wy-115 dawało mi się, że cały świat zewnętrzny – drzewa, łąka, na której dzieci zbudowały mi grób, i ciche ulice z uśpionymi domami – to jakby wielki, przezroczysty obraz, rzucony na ekran świata, przez który nieprzerwaną fontanną przedzie-rają się promienie jakiejś głębszej rzeczywistości.

18

UZDRAWIACZ

Do południa klinika opustoszała – zostałem tylko ja i recepcjonistka, wolontariuszka, na co dzień gospodyni do-mowa. Odpoczywałem właśnie w poczekalni, czekając z niecierpliwością, aż Miriam St. Cloud skończy wizyty do-mowe, gdy do kliniki przyjechała jakaś kobieta z dziesię-cioletnim synem. Chłopak złamał rękę, próbując wejść na drzewo. Jego matka skarżyła się i neurotycznie biadała, czym wytrąciła z równowagi recepcjonistkę, usiłującą założyć dziecku prowizoryczne łubki.

Zgnębiony płaczem dzieciaka, wszedłem do gabinetu, żeby zobaczyć, czy mogę im w czymś pomóc, i zdążyłem usłyszeć gniewną uwagę matki:

– Właził na figowiec przed supermarketem. Zdaje się, że zebrały się tam wszystkie dzieci z Shepperton. Czy w tej sprawie nie powinna interweniować policja? Dzieci tamują ruch.

Chłopak wciąż płakał i nie chciał nawet spojrzeć na swoje zaczerwienione przedramię, nabrzmiałe bolesnymi żyłami. Wziąłem go za rękę, żeby pocieszyć malca. Skrzywił się z bólu i wyszarpnął dłoń, jednocześnie uderzając mnie pię-ścią drugiej ręki w kłykcie. Jedna z ranek natychmiast się otworzyła i na ramię dziecka spadła kropla krwi, którą chło-piec roztarł sobie na skórze gorączkowym gestem. – Kim jesteś? Co ty mu robisz? – Matka dziecka usiło-wała mnie odepchnąć, chłopiec przestał tymczasem płakać. Wydał okrzyk radości. Z dumą pokazał matce szczupłe, nienaruszone ramię, a potem wypadł na korytarz, i zaczął się bujać na klamkach u drzwi gabinetów. Matka stała zdumiona. Przyglądając mi się bacznie, po-wiedziała oskarżycielskim tonem: – Uleczyłeś go. – Wyda-wała się zagniewana, tak jak doktor Miriam, a na jej twarzy pojawił się ten sam odpychający wyraz, jaki widziałem już na obliczach parafian ojca Wingate.

Kiedy wyszła wraz z dzieckiem, recepcjonistka wskaza-ła mi krzesło Miriam. Wbijając wzrok w moje zasklepione kłykcie, wilgotne od uzdrawiającej tinktury krwi, zapytała obojętnie:

– Zbada pan teraz pozostałych pacjentów, panie Blake? Godzinę później w klinice uformowała się dość długa kolejka. Matki z dziećmi, starzec na wózku inwalidzkim, monter telefoniczny z błyskawicą oparzenia na twarzy, mło-da kobieta z obandażowaną nogą – wszyscy siedzieli cier-pliwie w poczekalni, podczas gdy ja wciąż pastowałem i polerowałem linoleum. W taki czy inny sposób wiado-mość o dokonanym przeze mnie cudownym uzdrowieniu rozeszła się po całym Shepperton. Co jakiś czas przerywa-łem pracę, choć chciałem, by doktor Miriam zastała klinikę w nienagannej czystości, i gestem zapraszałem do gabinetu kolejnych pacjentów: kilkunastoletnią dziewczynkę z trą-dzikiem młodzieńczym, stewardessę, cierpiącą na bóle menstruacyjne, i kinowego szwajcara, który miał problemy z zatrzymaniem moczu.

Odgrywałem przed nimi wszystkimi komedię, badając ich uważnie i nie zwracając uwagi na grymasy, jakie czyni-li, gdy dotykałem ich upstrzonymi krwią dłońmi. Najwy-raźniej byłem dla nich kimś w rodzaju niewykwalifikowa-nego szamana – przyciągnęła ich tu jego renoma, ale prze-rażała moja niehigieniczność.

Nawet kiedy już ich uleczyłem, wciąż patrzyli na mnie z tym samym niesmakiem, jak gdyby urażeni, że mam nad nimi władzę, i nie chcieli pogodzić się z impulsem, który ich tu przygnał. Zorientowałem się wkrótce, że dolegliwo-ści tych ludzi są natury umysłowej – fakt, że spadłem z nie-ba, najwyraźniej zaspokojał jakąś głęboką potrzebę, którą wyrażali poprzez te wszystkie zwichnięcia i wysypki. Więk-szość chorych figurowała na liście domowych pacjentów doktor Miriam. Gdy pastowałem podłogę wokół centralki telefonicznej, słyszałem, że lekarka kilkakrotnie dzwoniła, by spytać recepcjonistkę, czy nie wie, co się dzieje z jej podopiecznymi.

Klinikę opuścił tymczasem mój ostatni pacjent, mecha-nik samochodowy, cierpiący na infekcję gardła -jego chra-pliwy głos zabrzmiał nieco czyściej, kiedy zaczął mi dzię-kować, obrażony. Za nim, na zewnętrznych schodach, stał ogon kolejki chorych. Ze swojej tajemnej łąki wróciło troje upośledzonych dzieci, które teraz snuły się przy drzwiach. Kiedy wróciłem do ścierki i pasty, chłopcy wcisnęli nosy w szklane panele. David rzucił Rachel szeptem jakąś uwa-gę, a potem uniósł wzrok i z pełną nadziei, acz mądrą zara-zem miną, przyjrzał się badawczo ogłoszeniom służby zdro-wia, dotyczącym szczepień, chorób wenerycznych i badań prenatalnych.

Kiedy ścierka i wiadro znalazły się pod kluczem, zaczą-łem się zastanawiać, czy uleczyć dzieci. Swoje zdolności uzdrowicielskie uważałem za całkowicie oczywiste – były częścią dziedzictwa, przekazanego mi przez te same, nie-widzialne siły, które sterowały moim wypadkiem. Jedno-cześnie niemal kręciło mi się w głowie, czułem się jak pan młody przed ślubem, czułem wzbierający głód, żądzę i moc, jak gdybym miał zaślubić za chwilę całe Shepperton i wszystkich jego mieszkańców.

1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)