Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Podczas śniadania McMurphy wciąż śmieje się i gada jak najęty. Po porannym sukcesie uważa, że z Wielką Oddziałową pójdzie mu jak z płatka. Nie wie, że tym razem zdołał ją zaskoczyć, ale od tej chwili będzie się miała na baczności.
McMurphy błaznuje bez przerwy, żeby wreszcie pobudzić kogoś do śmiechu. Nie daje mu spokoju, że pacjenci potrafią najwyżej słabo się uśmiechnąć lub zachichotać cicho. Bierze się za Billy’ego Bibbita, który siedzi naprzeciw niego, i szepcze poufnie:
– Ty, Billy, pamiętasz, jak wtedy w Seattle poderwaliśmy te dwie szproty? Dawno takich nie rypałem.
Billy unosi gwałtownie wzrok znad talerza. Otwiera usta, ale nie może wydobyć głosu. McMurphy zwraca się do Hardinga.
– Zresztą wcale by się nam nie udało tak łatwo ich poderwać, gdyby nie to, że słyszały już co nieco o Billym. W tamtych czasach znany był wszędzie jako Billy Maczuga. Dziewczyny już chciały wystawić nas do wiatru, gdy wtem jedna spojrzała na niego. “Czy to przypadkiem nie jest ten sławny Billy Bibbit Maczuga, o którym mówią, że ma trzydziestopięciocentymetrowego…?” Billy kiwnął głową, nie dając jej dokończyć, zaczerwienił się – zupełnie tak jak w tej chwili – i dalej wszystko poszło gładko. Pamiętam jeszcze, że kiedy już wzięliśmy je do hotelu, z łóżka Billy’ego dobiegł mnie głos jego babki: “Panie Bibbit, jestem zawiedziona; słyszałam, że ma pan trzydziesto… trzydziesto… o mój Boże!”
McMurphy wybucha śmiechem, wali się po udzie, nachyla się przez stół i szturcha Billy’ego, który o mało nie mdleje, tak się czerwieni i chichocze.
McMurphy mówi, że naprawdę brakuje mu tu do szczęścia tylko dwóch takich fajnych babek jak tamte. W życiu nie spał w równie wygodnym łóżku, a żarcie palce lizać! Nie pojmuje, dlaczego wszyscy są tacy osowiali, że ich tu zamknięto.
– Spójrzcie no – woła podnosząc szklankę do światła – to moja pierwsza szklanka soku pomarańczowego od pół roku! Ha, to mi się podoba. Wiecie, co dostawałem na śniadanie na farmie? Czym nas tam karmili? Mogę wam opisać, jak to wyglądało, ale pojęcia nie mam, co to niby było; rano, w południe i wieczorem podawano to przypalone na czarno, znajdowały się w tym kartofle, a konsystencją przypominało lepik. Wiem jedno; nie był to sok pomarańczowy. A spójrzcie na mnie teraz: dostaję bekon, grzanki, masło, jajka, kawę – ta ślicznotka w kuchni jeszcze pyta, czy chcę czarną, czy z mlekiem, i mówi mi “dziękuję” – i olbrzymią, wspaniałą szklanicę zimnego soku pomarańczowego! Rany, za żadne skarby stąd bym nie wyszedł!
Wciąż lata po dokładki, obiecuje dziewczynie nalewającej kawę, że po wyjściu ze szpitala umówi się z nią na randkę, wychwala czarnego kucharza mówiąc, że tak smacznych jajek sadzonych jeszcze nigdzie nie jadł. Do płatków kukurydzianych można sobie wkrajać banany – McMurphy bierze ich całą kiść, proponuje czarnemu sanitariuszowi, że odpali mu jednego, bo wygląda nietęgo; czarny spogląda na koniec korytarza, gdzie w szklanej klatce widać oddziałową, i odpowiada, że personelowi nie wolno jadać z pacjentami.
– Regulamin oddziału?
– Właśnie.
– Twoja strata – oświadcza McMurphy, obiera i pałaszuje po kolei trzy banany pod nosem czarnego, po czym mówi, że gdyby ten miał kiedy ochotę, to wystarczy słowo, a wyniesie mu jednego ze stołówki.
Zjadłszy całą kiść, klepie się po brzuchu, wstaje i rusza do drzwi, ale duży sanitariusz zagradza mu drogę i tłumaczy, że zgodnie z regulaminem pacjenci wychodzą ze stołówki wszyscy razem o siódmej trzydzieści. McMurphy patrzy na niego, jakby nie był pewien, czy się nie przesłyszał, po czym zerka na Hardinga. Harding kiwa głową, więc McMurphy wzrusza ramionami i wraca na miejsce.
– Niech to cholera, nie mam zamiaru łamać regulaminu!
Zegar na końcu sali wskazuje piętnaście po siódmej; to kłamstwo, że jesteśmy tu dopiero kwadrans, bo nietrudno poznać, że tkwimy w stołówce przynajmniej godzinę. Wszyscy skończyli jeść i rozparli się wygodnie na krzesłach; obserwują dużą wskazówkę, czekają, kiedy pokaże wpół do ósmej. Czarni odbierają zachlapane tace od Roślin i wywożą obu staruszków, żeby ich umyć szlauchem. Połowa chłopaków opiera głowy na rękach, żeby się zdrzemnąć, zanim wrócą czarni. Zupełnie nie wiadomo, co robić – nie ma kart, pism ani łamigłówek. Można tylko spać albo obserwować zegar.
McMurphy nie umie siedzieć bezczynnie – musi się czymś zająć. Zaczyna suwać łyżką po talerzu resztki jedzenia, ale już po dwóch minutach nudzi go ta zabawa. Zahacza kciuki o kieszenie, odchyla się z krzesłem do tyłu i mrużąc jedno oko, spogląda na zegar. Potem pociera nos.
– Wiecie co? Ten zegar na ścianie przypomina mi tarcze na strzelnicy w Fort Riley. Dostałem tam mój pierwszy medal, odznaczenie doborowego strzelca. McMurphy Sokole Oko. Kto się założy o nędznego dolca, że trafię krążkiem masła w sam środek zegara albo przynajmniej w tarczę?
Trzech facetów przyjmuje zakład. McMurphy kładzie krążek masła na nożu i zamachuje się nim lekko. Krążek ląduje dobre piętnaście centymetrów na lewo od zegara i Okresowi zaczynają się nabijać z McMurphy’ego, który płaci wygraną. Żartują, czy na pewno zwie się Sokole Oko, a nie przypadkiem Kurze Oko, ale akurat wtedy czarny karzeł wraca od mycia Roślin, więc wszyscy spuszczają oczy i milkną. Karzeł czuje, że coś się stało, ale nie wie, co. Pewnie sam by się nie połapał, gdyby stary pułkownik Matterson, rozglądając się po sali, nie dojrzał masła, natychmiast nie wskazał go palcem i nie rozpoczął wykładu, perorując tak pewnie swoim głębokim głosem, jakby to, co mówił, miało ręce i nogi.
– Mas-ło… to partia re-pu-bli-kań-ska…
Karzeł patrzy tam, gdzie wskazuje pułkownik, i dostrzega krążek masła, który wolno sunie w dół po ścianie niczym żółty ślimak. Mały sanitariusz mruga oczami, ale nic nie mówi – nawet nie ogląda się za siebie, bo i tak wie, czyja to sprawka.
McMurphy szepcze coś i szturcha siedzących przy nim Okresowych; po chwili kiwają głowami, więc kładzie na stole trzy dolary i opiera się wygodnie. Wszyscy odwracają się na krzesłach i obserwują zjeżdżające w dół masło, które przyspiesza, na moment staje, a dalej znów spływa równo, pozostawiając na ścianie błyszczący pas. Nikt się nie odzywa. Patrzą na masło, na zegar, znów na masło. Teraz wskazówki się ruszają.
Masło dotyka podłogi pół minuty przed siódmą trzydzieści i McMurphy odzyskuje pieniądze, które wcześniej przegrał.
Karzeł otrząsa się z letargu, odwraca głowę od tłustej pręgi i pozwala nam opuścić stołówkę. McMurphy chowa do kieszeni wygraną, obejmuje ramieniem czarnego i na pół wypycha, na pół wynosi go na korytarz, a później do świetlicy.
– Kawał dnia już za nami, stary, a ledwie wyszedłem na zero. Trzeba się pospieszyć, żeby nadrobić stracony czas. Otwórz szafę i dawaj karty, bratku, a już ja się postaram przekrzyczeć ten piekielny głośnik.
Przez prawie cały ranek śpieszy się rzeczywiście i gra szybciej niż wczoraj: nadal w oko, ale teraz już na weksle, nie na papierosy. Przesuwa stolik karciany ze dwa czy trzy razy, byle dalej od głośnika. Widać, że muzyka działa mu na nerwy. Wreszcie podchodzi do dyżurki i stuka w szybę, a gdy Wielka Oddziałowa odwraca się z fotelem i otwiera drzwi, pyta ją, czy nie można by na pewien czas wyłączyć tego piekielnego jazgotu. Na swoim fotelu i za swoją szybą oddziałowa jest zupełnie spokojna – zresztą żaden dzikus nie lata teraz nago po oddziale, żeby ją wytrącić z równowagi. Metalowe usta zastygły jej w pewnym siebie uśmiechu. Mruży oczy, potrząsa głową i odpowiada McMurphy’emu uprzejmie, że nie można.
– A trochę ściszyć? Przecież chyba cały Oregon nie musi słuchać trzy razy na godzinę, od świtu do nocy, jak Lawrence Welk gra Herbatkę we dwoje! Gdyby siostra ściszyła to pudło, żeby nie trzeba się było wydzierać, ile kto stawia, moglibyśmy zagrać partyjkę pokera…