Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
– Williams! – krzyczy siostra Ratched do karła, który wciąż tkwi przy drzwiach oddziału, żeby w razie czego móc prysnąć. – Williams, pozwoli pan na moment?
Czołga się do niej jak pies, który spodziewa się kary.
– Williams, dlaczego temu pacjentowi nie wydano odzieży?
Karzeł oddycha z ulgą. Prostuje się i z uśmiechem wskazuje szarą dłonią jednego z dwóch większych sanitariuszy pracujących na końcu korytarza.
– To pan Washington ma dziś klucz do magazynu. Nie ja. Naprawdę.
– Panie Washington!!!
Krzyk przygważdża czarnego do miejsca; kamienieje ze zmywakiem wzniesionym nad kubłem.
– Proszę tu podejść!
Zmywak osuwa się bezgłośnie do kubła i czarny powoli, ostrożnie opiera go trzonkiem o ścianę. Potem się odwraca, patrzy na McMurphy’ego, na karła i na oddziałową, a następnie rozgląda się na prawo i lewo, jakby myślał, że wołała kogo innego.
– Proszę tutaj!
Sanitariusz chowa ręce do kieszeni i powłócząc nogami sunie wolno w jej stronę. Nigdy nie chodzi szybko, ale jeśli się teraz nie pospieszy, oddziałowa przemieni go wzrokiem w bryłę lodu i rozbije na miał, bo obróciła przeciwko niemu całą swoją nienawiść, wściekłość i frustrację, które zamierzała wyładować na McMurphym. Nienawiść omiata czarnego jak lodowaty podmuch – sanitariusz zwalnia kroku, czując jej siłę. Wtula głowę w ramiona i garbi się, jakby szedł pod wiatr. Włosy i brwi pokrywa mu szron. Czarny garbi się bardziej i bardziej, ale idzie coraz wolniej; nie dojdzie.
Lecz McMurphy zaczyna nagle gwizdać skoczną melodię i to ratuje czarnego, bo oddziałowa odrywa od niego wzrok. Jest wściekła, cała się gotuje, jeszcze jej takiej nie widziałem. Dawno straciła swój porcelanowy uśmiech; usta ma wąskie, zaciśnięte, podobne do kawałka rozgrzanego drutu. Gdyby inni pacjenci widzieli ją teraz, McMurphy mógłby od razu zacząć zbierać wygraną.
Czarny dociera wreszcie do celu – szedł ze dwie godziny. Oddziałowa wciąga głęboko powietrze.
– Panie Washington, dlaczego ten pacjent nie otrzymał dziś rano szpitalnej odzieży? Nie widział pan, że oprócz ręcznika nie ma nic na sobie?
– Mam jeszcze czapkę – szepcze McMurphy, pstrykając palcem w daszek cyklistówki.
– Słucham, panie Washington?
Duży sanitariusz spogląda na tego, który go wydał, i karzeł znów zaczyna podrygiwać nerwowo. Duży przypatruje mu się przez dłuższą chwilę oczami podobnymi do lamp radiowych, jakby mówił, że porachuje się z nim później; następnie odwraca głowę i mierzy wzrokiem McMurphy’ego: widzi szerokie, muskularne ramiona, łobuzerski uśmiech, bliznę na nosie i rękę podtrzymującą ręcznik. Na koniec zerka na oddziałową.
– Zdaje mi się… – zaczyna.
– Zdaje się panu? Nie ma się co panu zdawać! Jeśli pacjent natychmiast nie otrzyma odzieży, najbliższe dwa tygodnie spędzi pan na oddziale geriatrycznym! Tak jest! Może miesiąc podawania basenów i asystowania przy kąpielach błotnych pozwoli panu lepiej docenić, jak mało pracy jest na tym oddziale! Kto gdzie indziej szoruje przez cały dzień posadzki? Pan Bromden? O nie, dobrze pan wie, czyje to zadanie. Specjalnie zwalniamy was, sanitariuszy, z innych obowiązków, żebyście mogli więcej czasu poświęcić pacjentom. Co oznacza, że macie również dbać o to, by nie paradowali nadzy po oddziale. Co by się stało, gdyby któraś z młodszych pielęgniarek weszła tu rano i ujrzała pacjenta biegającego bez ubrania po korytarzu? Co by się stało?
Czarny nie bardzo wie, co by się takiego stało; pojął jednak, czego chce od niego oddziałowa, i rusza leniwym krokiem do magazynu po odzież dla McMurphy’ego – pewnie wybierze o dziesięć numerów za małą – wraca równie leniwie i podaje ją McMurphy’emu, obrzucając go tak nienawistnym spojrzeniem, jakiego dotąd nie widziałem. McMurphy waha się moment, jakby się zastanawiał, co robić, skoro obie ręce ma zajęte; w jednej ściska bowiem szczotkę, a drugą podtrzymuje ręcznik. Wreszcie mruga do oddziałowej, wzrusza ramionami, odwija ręcznik i zarzuca go jej na ramię niczym na drewniany wieszak.
Widzę, że przez cały czas miał pod ręcznikiem spodenki. Mogę się założyć, że oddziałowa wolałaby, żeby był pod nim nagi. Wpatruje się w niemej, straszliwej furii w ogromne białe wieloryby baraszkujące na spodenkach. Tego już nie może strawić. Upływa pełna minuta, nim opanowuje się ostatecznie, by się odezwać do karła, ale głos wciąż drży jej z wściekłości.
– Williams… zdaje się… że mieliście wyszorować szybę dyżurki przed moim przyjściem!
Williams zmyka niby czarno-biały chrabąszcz.
– A wy, Washington…
Washington niemal truchtem wraca do swojego kubła. Oddziałowa rozgląda się dookoła, zastanawiając się, kogo by tu jeszcze zrugać. Spostrzega mnie, ale kilku pacjentów, ciekawych, co się dzieje na korytarzu, wyszło akurat z sypialni. Oddziałowa zamyka więc oczy, żeby się skupić. Nie może się pokazać pacjentom w takim stanie, z twarzą bladą i wykrzywioną ze złości. Ze wszystkich sił stara się opanować. Wreszcie ściąga wolno wargi pod białym noskiem; zlewają się, jakby rozgrzany do czerwoności drut zaczął się topić, migoczą przez ułamek sekundy, po czym – gdy metal zastyga – stają się twarde, dziwnie matowe i coraz zimniejsze. Oddziałowa rozchyla je i wysuwa język podobny do odłamka żużlu. Następnie otwiera oczy, tak samo teraz matowe, zimne i pozbawione wyrazu jak usta; nie przejmując się swoim odmienionym wyglądem, zaczyna się witać z pacjentami zgodnie z codzienną procedurą, pewna, że są jeszcze zbyt śpiący, by zauważyć różnicę.
– Dzień dobry, panie Sefelt, wciąż pana bolą zęby? Dzień dobry, panie Fredrickson. Jak się panom spało? Macie sąsiednie łóżka, prawda? A propos, poinformowano mnie, że weszliście w porozumienie co do brania leków – oddaje pan swoje pigułki koledze, prawda, panie Sefelt? Wrócimy do tego później. Dzień dobry, Billy. Rozmawiałam po drodze z twoją mamą, prosiła, by ci powtórzyć, że wciąż myśli o tobie i wierzy, że jej nie zawiedziesz. Dzień dobry, panie Harding… Ojej, ma pan paznokcie poobgryzane do żywego mięsa! Znów pan to robi?
Zanim ktokolwiek zdąży jej odpowiedzieć, jeśli nawet wie co, oddziałowa zwraca się do McMurphy’ego stojącego przed nią nadal w samych tylko atłasowych spodenkach. Harding spostrzega je i gwiżdże.
– A pan, panie McMurphy – mówi oddziałowa z uśmiechem jak cukierek – mógłby już przestać się afiszować swoją męską budową i krzykliwymi kalesonami, wrócić do sypialni i włożyć odzież szpitalną.
McMurphy kłania się cyklistówką jej oraz pacjentom, którzy gapią się na jego spodenki i podśmiewają z wielorybów, po czym bez słowa znika w drzwiach sypialni. Oddziałowa odwraca się i rusza w przeciwnym kierunku, niosąc przed sobą swój czerwony, pozbawiony wyrazu uśmiech, ale nim znika w drzwiach dyżurki, śpiew McMurphy’ego znów płynie z sypialni na korytarz.
– “Bierze mnie do salonu, chłodzi ruchem wachlarza – słyszę plaśnięcie, kiedy uderza się dłonią po gołym brzuchu – szepcze matce na ucho: koo-cham tego karciarza”.
Sprzątając pustą sypialnię, wymiatam kłaki kurzu spod łóżka McMurphy’ego, gdy nagle uderza mnie w nozdrza zapach, który uświadamia mi po raz pierwszy, odkąd przebywam w szpitalu, że w tej wielkiej sali pełnej łóżek, w której sypia czterdziestu dorosłych mężczyzn, zawsze unosiły się setki zapachów – zapach środków owadobójczych, maści cynkowej, talku, pożywki dla niemowląt, płynu do przemywania oczu; kwaśny smród moczu i starczych ekskrementów; zmurszały cuch kalesonów i skarpet, śmierdzących nawet zaraz po upraniu; intensywna woń wykrochmalonej pościeli; cierpki fetor nieświeżych oddechów; bananowy odór oleju maszynowego, czasem nawet swąd palonych włosów – ale nigdy przedtem, nim McMurphy zjawił się na oddziale, nie czuło się tu zapachu kurzu i ziemi z rozległych pól, męskiego zapachu potu i pracy.