Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
– Słuchaj, Mack – mówi wreszcie Scanlon – przyzwyczaiłem się do oglądania wieczornego dziennika. A skoro zmiana miałaby zepsuć cały rozkład zajęć, jak twierdzi siostra Ratched…
– Do diabła z rozkładem! Cholera, można przecież wrócić do niego w przyszłym tygodniu, po rozgrywkach. Co wy na to, koledzy? Zróbmy głosowanie, kto woli oglądać mecz, a kto dziennik. Kto jest za meczem?
– Ja! – woła Cheswick i wstaje z krzesła.
– Wystarczy podnieść rękę. Jeszcze raz: kto chce obejrzeć mistrzostwa?
Cheswick podnosi rękę. Niektórzy pacjenci rozglądają się po świetlicy, żeby zobaczyć, czy znajdzie się przynajmniej jeszcze jeden idiota. McMurphy nie wierzy własnym oczom.
– Co z wami, chłopaki, przestańcie się wygłupiać! Myślałem, że wolno wam głosować nad zmianami w regulaminie. Czyż nie tak, doktorze?
Lekarz kiwa głową, ale wzrok ma utkwiony w posadzce.
– Dobra; kto chce oglądać rozgrywki?
Cheswick pręży rękę w górze i spogląda gniewnie dookoła. Scanlon potrząsa głową, a następnie podnosi rękę, nie odrywając łokcia od poręczy fotela. Ale to już wszyscy. McMurphy’emu odejmuje mowę.
– Skoro to już załatwione – stwierdza oddziałowa – możemy wrócić do spraw bieżących.
– Tak – McMurphy osuwa się tak nisko w fotelu, że daszek cyklistówki niemal dotyka mu piersi – tak, kurwa, możemy wrócić do spraw bieżących.
– Tak – powtarza Cheswick i siada, spoglądając gniewnie na pozostałych Okresowych – tak, do licha, wracajmy do spraw bieżących.
Kiwa sztywno głową, spuszcza brodę i patrzy przed siebie spode łba. Jest zadowolony, że siedzi obok McMurphy’ego, i czuje się przy nim odważny. Wreszcie znalazł kompana, z którym może wspólnie bronić przegranych spraw.
Po zebraniu McMurphy jest tak zagniewany i rozgoryczony, że do nikogo się nie odzywa. Billy Bibbit sam podchodzi do niego.
– Niektórzy z n-nas są tu już p-p-pięć lat, Randle – mówi, zwijając w ciasny rulon pismo, które trzyma w dłoniach poznaczonych przez liczne ślady poparzeń papierosami. – I b-będą tu d-drugie ty-ty-tyle, gdy ty s-stąd odejdziesz, a ro-ro-rozgrywki dawno się skończą. Ech… Nie rozumiesz… Co to ma za sens?
Rzuca pismo na posadzkę i odchodzi.
McMurphy spogląda za nim zaskoczony i ściąga w zamyśleniu wyblakłe od słońca brwi.
Do wieczora wypytuje innych Okresowych, dlaczego nie głosowali, ale nie chcą o tym mówić. W końcu daje za wygraną; ponownie porusza tę sprawę dopiero w przeddzień rozgrywek.
– Dziś mamy czwartek – oznajmia, smutno potrząsając głową.
Siedzi na jednym ze stołów w gabinecie hydroterapii, trzyma nogi na krześle i kręci czapkę na jednym palcu. Okresowi wałęsają się bezczynnie po sali i starają się nie zwracać na niego uwagi. Nie chcą już grać z nim w oko i w pokera na pieniądze – ze złości, że nie głosowali, ograł ich do cna i teraz boją się zadłużyć jeszcze bardziej – a na papierosy nie mogą, bo oddziałowa kazała im złożyć kartony w dyżurce i wydziela po paczce dziennie; niby z troski o ich zdrowie, choć wszyscy wiedzą, że to dlatego, żeby nie przegrywali ich do rudzielca. Bez kart panuje w gabinecie cisza przerywana dźwiękami muzyki płynącej ze świetlicy. Jest tak cicho, że z oddziału furiatów słychać szaleńca, który chodzi po ścianach, od czasu do czasu wyjąc przeciągle: uuu, uuu, uuuu – jest to jednostajny, monotonny dźwięk, niczym płacz dziecka, które w ten sposób stara się utulić do snu.
– Czwartek – powtarza McMurphy.
– Uuuu – wyje szaleniec na piętrze.
– To Rawler – stwierdza Scanlon, patrząc w sufit i udając, że nie słyszy McMurphy’ego. – Rawler Krzykacz. Kilka lat temu był na naszym oddziale. Nie chciał słuchać się siostry Ratched i siedzieć spokojnie. Pamiętasz, Billy? Tylko uuu, uuu, uuu, i tak bez przerwy, aż myślałem, że oszaleję. Wiem, co powinno się zrobić z tymi pomyleńcami na górze; wziąć parę granatów i wrzucić im na oddział. Nikt nie ma z nich żadnego…
– A jutro jest piątek – mówi McMurphy. Nie daje Scanlonowi zmienić tematu.
– Tak – mówi Cheswick, spoglądając na wszystkich spode łba – jutro jest piątek.
Harding przewraca stronę pisma, które czyta.
– Wkrótce będzie więc tydzień, odkąd przyjaciel McMurphy znalazł się między nami, a dotąd nie udało mu się obalić rządów oddziałowej. Czy to, Cheswick, miałeś na myśli? Boże, w jakąż apatię popadliśmy ostatnio… wstyd, naprawdę wstyd.
– Nie zawracaj głowy! – woła McMurphy. – Cheswickowi chodzi o to, że jutro będą transmitować pierwszy mecz, a my co? Znów będziemy szorowali ten przeklęty żłobek!
– Właśnie! – oświadcza Cheswick. – Terapeutyczny żłobek Matki Ratched!
Kiedy tak stoję oparty o ścianę, przychodzi mi nagle do głowy, że mogę być mimowolną wtyczką oddziałowej: trzonek mojej szczotki jest przecież metalowy, nie drewniany (metal jest lepszym przewodnikiem), i pusty w środku – dość w nim miejsca, żeby ukryć miniaturowy mikrofon. Jeśli Wielka Oddziałowa słyszy tę rozmowę, na pewno załatwi Cheswicka. Wyjmuję z kieszeni stwardniałą gumę do żucia, wycieram z kurzu i wsuwam do ust, żeby zmiękła.
– Chciałbym się jeszcze raz przekonać – mówi McMurphy – ilu z was, świrusów, głosowałoby za oglądaniem meczu, gdybym znów poruszył to na zebraniu.
Mniej więcej połowa Okresowych kiwa głowami, ale w rzeczywistości tylu by nie głosowało. McMurphy wkłada czapkę i podpiera rękami brodę.
– Słuchajcie, zupełnie tego nie rozumiem. Harding, co z tobą, u licha? Boisz się, że stara odgryzie ci łapę, jeśli ją podniesiesz?
Harding unosi jedną cienką brew.
– Może tak, może naprawdę się boję, że mi ją odgryzie.
– A ty, Billy? Też się tego boisz?
– Nie. Myślę, że nic n-nam nie z-z-zrobi, ale… – Billy wzrusza ramionami, wzdycha, wspina się na wielką konsolę z kurkami do regulacji strumieni wody i kuca na niej jak małpa – ale g-g-głosowanie nic nie d-da. Nie na d-dłuższą metę. To nie ma sensu, M-Mack.
– Nic nie da? Ha! Nawet jeśli się pogimnastykujecie, podnosząc łapska, to też jest coś!
– Zapominasz o ryzyku, przyjacielu. Oddziałowa może nam zatruć życie. Mecz baseballowy nie jest tego wart – stwierdza Harding.
– Jak dla kogo! Jezu, od lat nie przegapiłem ani jednego meczu. Nawet kiedy raz we wrześniu siedziałem w kiciu, to dali nam telewizor, żebyśmy mogli oglądać mistrzostwa. Inaczej byłby bunt. Chyba muszę po prostu wykopać te cholerne drzwi i razem z moim kumplem Cheswickiem iść obejrzeć mecz w najbliższej knajpie.
– Interesująca propozycja – mówi Harding, odkładając pismo. – Może by tak poddać ją jutro pod głosowanie? “Siostro Ratched, zgłaszam wniosek, żebyśmy się przenieśli en masse do baru Wolna Chwila na piwo i telewizję”.
– Ja bym był za! – woła Cheswick. – Pewnie!
– A ja mam gdzieś masę – oświadcza McMurphy. – Jesteście wszyscy nudne stare baby; przysięgam, że kiedy ja i Cheswick damy stąd drapaka, zabiję drzwi za nami na gwoździe! Zostaniecie sobie w środku; mamuśka nie puściłaby was samych nawet na drugą stronę ulicy.
– Mówisz? – Fredrickson stanął za McMurphym. – A ty co, uniesiesz nogę i jednym kopnięciem rozwalisz drzwi? Taki jesteś niby silny?
McMurphy nawet się nie ogląda; zorientował się już, że Fredrickson lubi się czasem poawanturować, ale wystarczy jedno ostre słowo, żeby natychmiast spuścił z tonu.
– No więc jak, siłaczu? – nastaje Fredrickson. – Wykopiesz drzwi i pokażesz nam, jaki dziarski z ciebie chłop?
– Nie, Fred, chyba nie. Szkoda buta.