Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
McMurphy puszcza ramię czarnego i zastanawia się nad tym przez chwilę, skubiąc palcami ryże włosy na piersi.
– Aha, aha, zaczynam kapować. Regulamin jest po to, żeby nikt nie ganiał myć zębów po każdym posiłku.
– Rety, nic pan…
– Nie, nie, już teraz pojąłem. Chodzi o to, że ludzie o różnych porach lataliby szorować zębiska.
– Właśnie, dlatego my…
– Co by się tu działo! Myliby zęby o wpół do siódmej, o szóstej dwadzieścia, a nawet – Boże chroń – o szóstej! Taak, teraz rozumiem.
Dostrzega mnie przy ścianie i mruga w moją stronę nad głową czarnego.
– Muszę skończyć tę listwę, McMurphy.
– Ach, przepraszam, nie chciałem przeszkadzać.
McMurphy odsuwa się nieco, a czarny pochyla się nad listwą. Po chwili jednak McMurphy znów podchodzi bliżej, przegina głowę i zagląda do puszki stojącej obok czarnego.
– Co my tu mamy?
Czarny patrzy w dół.
– Gdzie?
– W tej starej puszce, bratku. Co to za świństwo?
– To… proszek mydlany.
– Cóż, zwykle używam pasty, ale… – McMurphy zanurza szczotkę w proszku, obraca, wyciąga i stuka nią o brzeg puszki -…ale to też się nada. Dziękuję. A do sprawy regulaminu wrócimy później.
Po czym wchodzi do umywalni, skąd po chwili znów dolatuje mnie śpiew, zniekształcony trochę przez energiczne ruchy szczotki.
Czarny stoi i patrzy za nim, trzymając bezwładnie ścierkę w szarej dłoni. Po minucie mruga nagle i rozgląda się dookoła, a kiedy dostrzega mnie i odgaduje, że wszystko widziałem, łapie mnie za sznurek od spodni piżamy i ciągnie korytarzem na miejsce, które wyszorowałem akurat wczoraj.
– Tu! Tu, niech cię diabli! Masz pracować, a nie łazić i gapić się jak stara głupia krowa! Tu! Tu!
Odwracam się do czarnego plecami, żeby ukryć uśmiech, pochylam i biorę do roboty. Cieszę się, że McMurphy’emu udało się wkurzyć drania. Tata też umiał robić takie rzeczy – pamiętam, jak stał w szerokim rozkroku i mrużąc oczy spoglądał z kamienną twarzą w niebo, kiedy zjawili się przedstawiciele rządu, żeby odkupić naszą ziemię.
– Dzikie gęsi – rzekł tata, zezując do góry.
Przedstawiciele rządu zaszeleścili papierami i podnieśli głowy.
– Co…? W lipcu? To pora roku bez gęsi. W lipcu gęsi brak.
Mówili jak turyści ze wschodniego wybrzeża, przekonani, że właśnie w ten sposób należy rozmawiać z Indianami, jeśli się chce, aby rozumieli. Tata nie zważał na to, jak mówią. Wciąż patrzył w niebo.
– Gęsi na niebie, biały człowieku. Wiesz dobrze. Tego roku. Ubiegłego roku. I rok wcześniej, i jeszcze rok wcześniej.
Przedstawiciele spojrzeli po sobie, chrząkając.
– Tak. Może prawda, Wodzu Bromden. Ale teraz gęsi nieważne. Ważny kontrakt. Kontrakt dać wielkie korzyści wam i waszemu plemieniu. Kontrakt zmienić życie czerwonoskórego człowieka.
A tata swoje:
– …i jeszcze rok wcześniej, i jeszcze rok wcześniej, i jeszcze rok wcześniej…
Zanim przybysze wreszcie zrozumieli, że się z nich nabija, wszyscy starsi plemienia – którzy siedzieli na progu naszego szałasu, to chowając fajki do kieszeni kraciastych, czerwono-czarnych wełnianych koszul, to znów je wyciągając, i szczerzyli zęby do siebie i taty – już się pokładali ze śmiechu. Stryj Skaczący Wilk tarzał się po ziemi i rechocząc tak, że ledwo mógł oddychać, wołał:
– Wiesz dobrze, biały człowieku!
Przedstawiciele rządu wkurzyli się rzeczywiście: bez słowa obrócili się na pięcie i ruszyli w stronę szosy czerwoni jak buraki, my zaś wyliśmy z radości. Czasami zapominam, jak wiele może zdziałać śmiech.
Klucz Wielkiej Oddziałowej wsuwa się do zamka, a gdy tylko ona sama staje w drzwiach, czarny karzeł już tam na nią czeka, przestępując z nogi na nogę jak dzieciak, który chciałby się odlać. Jestem akurat niedaleko i słyszę, że nazwisko McMurphy’ego pada kilkakrotnie – widocznie czarny się skarży, że McMurphy umył już zęby, a to, że tej nocy zmarł stary Blastic, wyleciało mu zupełnie z głowy. Wymachuje rękami i opowiada, czego to ten pomylony rudzielec nie wyrabia z samego rana – przeszkadza w pracy, łamie regulamin; czy ona nie mogłaby temu zaradzić?
Oddziałowa wpatruje się w niego lodowatym wzrokiem, dopóki karzeł nie przestaje podrygiwać, a następnie spogląda w stronę otwartych drzwi umywalni, z których jeszcze głośniej niż przedtem grzmi śpiew McMurphy’ego.
– “Twa matka mnie nie chce, bo jestem ubooo-gi; mówi, żem niegodzien wejść w jej domu progi”.
Na twarzy oddziałowej maluje się zaskoczenie – baba podobnie jak my od tak dawna nie słyszała śpiewu, że w pierwszej chwili w ogóle nie rozumie, co się dzieje.
– “Na los się nie skarżę, żyję tak, jak mooo-gę, a jak mnie gdzie nie chcą, ruszam w dalszą drogę!”
Strzyże uszami jeszcze przez kilka sekund, żeby się upewnić, czy się nie przesłyszała, po czym zaczyna się nadymać. Nozdrza rozszerzają się jej gwałtownie, a z każdym oddechem staje się coraz większa i potężniejsza; odkąd odszedł Taber, nigdy się tak nie nadymała z gniewu na pacjenta. Porusza rękami, żeby sprawdzić zawiasy w łokciach i palcach. Rozlega się ciche skrzypnięcie. Oddziałowa rusza z miejsca; odskakuję szybko pod ścianę, kiedy wielka jak ciężarówa przelatuje z hukiem, zamiast przyczepy holując za sobą w obłoku spalin wiklinowy koszyk. Usta ma rozchylone, uśmiech wyprzedza ją niczym atrapa na masce. Czuję gorącą woń oleju i pracujących silników – oddziałowa z każdym krokiem robi się coraz większa, nadyma się i sapie, zmiażdży wszystko na swojej drodze jak ogromny walec! Lękam się, co będzie.
Nagle, gdy tak się toczy ogromna i wściekła, McMurphy wychodzi z umywalni, podtrzymując ręcznik na biodrach. Oddziałowa staje w pół kroku! Kurczy się, że ledwo sięga głową ręcznika! McMurphy szczerzy do niej z góry zęby; uśmiech oddziałowej zaczyna blednąc, ustępować, załamują się jej kąciki ust.
– Dzień dobry, siostro Srached! Co słychać w wielkim świecie?
– Nie wolno panu tu chodzić… w samym ręczniku!
– Nie? – McMurphy spogląda na środek mokrego, opinającego go ciasno ręcznika akurat na wysokości nosa oddziałowej.
– Ręczniki też są wbrew regulaminowi oddziału? A więc nie pozostaje mi nic innego jak…
– Nie! Niech się pan nie waży! Proszę natychmiast wrócić na salę i włożyć ubranie!
Ponieważ przemawia do niego tonem nauczycielki strofującej ucznia, McMurphy niczym uczniak spuszcza głowę i mówi żałośnie, jakby się zaraz miał rozpłakać:
– Nie mogę, psze pani. Jakiś złodziej zwędził mi w nocy ubranie. Łóżko jest tak wygodne, że spałem jak zabity.
– Ktoś zwędził…?
– Gwizdnął. Sprzątnął. Rąbnął. Ukradł! – woła wesoło. – Do licha, ktoś zwinął moje łachy!
Tak się cieszy z własnych słów, że zaczyna podskakiwać z radości.
– Ktoś ukradł panu ubranie?
– Na to wygląda.
– Ale ubranie więzienne? Po co?
McMurphy przestaje skakać i znów zwiesza głowę.
– Wiem tylko, że leżało przy łóżku, kiedy się kładłem spać, a kiedy się obudziłem, już go nie było. Znikło bez śladu. Och, dobrze wiem, że to tylko więzienne drelichy, szorstkie, wypłowiałe i niezgrabne… Takie ubranie to może nic atrakcyjnego dla człowieka, który ma co włożyć. Ale dla nagiego…
– To ubranie – przerywa mu oddziałowa, uświadamiając sobie wreszcie, co się stało – zabrano panu zgodnie z przepisami. Otrzymał pan w zamian zieloną odzież szpitalną.
McMurphy potrząsa głową i wzdycha, ale wciąż nie podnosi wzroku.
– Nic podobnego. Rano nie było nic prócz czapki, którą mam na głowie, i…