Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:

Lot nad kukułczym gniazdem to jedna z najgłośniejszych i najszerzej w świecie znanych powieści amerykańskich drugiej połowy XX wieku. Ukazuje brutalne dławienie indywidualności na przykładzie zamkniętego zakładu psychiatrycznego, w którym pacjentów odziera się z resztek wolności i godności osobistej. Powieść stanowi wnikliwą analizę psychologiczną szaleństwa zbiorowości.
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 79
Перейти на страницу:

– Już panu mówiłam, panie McMurphy, że gry na pieniądze są wbrew regulaminowi oddziału…

– Dobra, więc niech siostra ściszy głośnik choć na tyle, żeby można było grać na zapałki czy guziki od rozporków… ale proszę natychmiast ściszyć to diabelstwo!

– Panie McMurphy… – zaczyna oddziałowa tonem nauczycielki i robi krótką pauzę, żeby podkreślić swój chłód i opanowanie; wie, że wszyscy Okresowi chłoną każde słowo rozmowy. – Czy chciałby pan znać moje zdanie? Uważam, że pańskie żądania są szalenie egoistyczne. Przecież nie jest pan tu sam. Na naszym oddziale są ludzie starzy, którzy wcale nie słyszeliby muzyki, gdybym ją ściszyła, ludzie, którzy nie są już w stanie czytać, układać łamigłówek ani wygrywać w karty papierosów od kolegów. Dla Mattersona, Kittlinga i pozostałych starców ta muzyka jest jedyną radością. A pan chciałby ich jej pozbawić. Wszystkie sugestie i propozycje są zawsze mile widziane, ale zanim pan z nimi wystąpi, powinien pan najpierw pomyśleć o innych pacjentach.

McMurphy się odwraca, patrzy na Chroników siedzących po swojej stronie świetlicy i widzi, że to, co usłyszał, nie jest do końca pozbawione racji. Zdejmuje cyklistówkę, przejeżdża palcami po włosach i spogląda na oddziałową. Wie równie dobrze jak ona, że Okresowi przysłuchują się ich rozmowie.

– Hm… to mi nie przyszło do głowy.

– Tak też myślałam.

McMurphy szarpie kosmyk rudych włosów sterczący mu pod szyją ze szpitalnej bluzy.

– No dobrze – mówi – ale może moglibyśmy grać gdzie indziej? W innej sali? Na przykład w tej, do której przed zebraniem wynosi się stoliki? Przez resztę dnia stoi pusta. Można by ją otworzyć i dać karciarzom, a staruszkowie zostaliby tutaj; tym sposobem wszyscy byliby zadowoleni.

Oddziałowa uśmiecha się, przymyka oczy i łagodnie potrząsa głową.

– Może pan oczywiście poruszyć przy okazji tę sprawę z resztą personelu, ale obawiam się, że wszyscy powiedzą panu to samo co ja: nie byłoby komu pilnować drugiej sali. Jest nas tu za mało. I bardzo proszę, żeby się pan nie opierał o szybę: ma pan brudne ręce i zostawia plamy. A to znaczy, że ktoś będzie miał przez pana więcej pracy.

McMurphy cofa gwałtownie rękę i widzę, że chce coś powiedzieć; gryzie się jednak w język, bo nagle pojmuje, że po tym, co usłyszał, może tylko skląć babę albo zmilczeć. Rumieniec oblewa mu twarz i szyję. McMurphy bierze głęboki oddech i tak, jak ona dziś rano, opanowuje się siłą woli, przeprasza oddziałową, że zawracał jej głowę, i idzie do stolika.

Wszyscy czują, że wojna się zaczęła.

O jedenastej w drzwiach świetlicy staje lekarz i prosi McMurphy’ego, żeby przyszedł do jego gabinetu na rozmowę.

– Zawsze przeprowadzam wywiad z nowymi pacjentami drugiego dnia ich pobytu – mówi.

McMurphy odkłada karty, wstaje i podchodzi do lekarza. Ten pyta, jak mu się spało, ale rudzielec tylko mamrocze coś pod nosem.

– Jest pan dziś bardzo zamyślony, panie McMurphy.

– O tak, lubię sobie czasem podumać – odpowiada McMurphy i ruszają razem korytarzem.

Kiedy wracają – mam wrażenie, że po upływie kilku dni – obaj uśmiechają się od ucha do ucha i rozprawiają o czymś wesoło. Lekarz wyciera wilgotne od łez binokle i wygląda, jakby naprawdę przed chwilą śmiał się do rozpuku, a McMurphy znów jest normalnym, hałaśliwym, buńczucznym sobą. Jest taki przez cały obiad, a gdy o trzynastej ma się rozpocząć zebranie, pierwszy zajmuje miejsce i błyska zawadiacko niebieskimi oczami ze swojego fotela w rogu sali.

Wielka Oddziałowa, niosąc kosz notatek, wmaszerowuje do świetlicy na czele stadka pielęgniarek. Podnosi ze stołu dziennik i zagląda do niego, marszcząc gniewnie brwi (przez cały dzień nikt nie wpisał żadnego donosu), po czym siada po swojej stronie drzwi. Wyjmuje z koszyka wszystkie teczki, kładzie je sobie na kolanach i wyszukuje teczkę Hardinga.

– O ile pamiętam, posunęliśmy się wczoraj sporo naprzód, analizując problemy pana Hardinga…

– Hm… jeśli siostra pozwoli – przerywa jej lekarz – chciałbym coś powiedzieć, zanim wrócimy do tamtej sprawy. Ma to związek z rozmową, jaką dziś rano odbyłem z panem McMurphym u siebie w gabinecie. Wspominaliśmy dawne czasy. Bo wyobraźcie sobie państwo, że pan McMurphy i ja mamy ze sobą wiele wspólnego: chodziliśmy do jednej szkoły.

Pielęgniarki spoglądają po sobie zdumione, co mu się stało. Pacjenci zerkają na uśmiechniętego McMurphy’ego i czekają, co lekarz jeszcze powie. Doktor Spivey kiwa głową.

– Tak, do jednej szkoły. A wspominając dawne czasy, przypomnieliśmy sobie potańcówki organizowane w naszej szkole… wspaniałe, huczne zabawy. Mnóstwo dekoracji, serpentyn, przeróżnych straganów i gier… było to zawsze największe wydarzenie roku. Jak już mówiłem panu McMurphy’emu, przez dwa ostatnie lata byłem przewodniczącym komitetu organizacyjnego. Och, co to były za wspaniałe, beztroskie dni…

W świetlicy jest cicho jak makiem zasiał. Lekarz podnosi głowę i zerka po twarzach, żeby się przekonać, czy się nie wygłupił. Spojrzenie Wielkiej Oddziałowej nie powinno mu pozostawić żadnych wątpliwości, ale lekarz nic nie zauważa, bo zapomniał włożyć binokle.

– No, dość już tych ckliwych wynurzeń, chciałem tylko powiedzieć, że pan McMurphy i ja zaczęliśmy się zastanawiać, czyby nie urządzić zabawy na naszym oddziale, i ciekawi mnie, co o tym sądzą pacjenci?

Wkłada binokle i rozgląda się po sali. Nikt nie skacze do góry z radości. Niektórzy z nas pamiętają, jak kilka lat temu Taber próbował zorganizować zabawę i co z tego wynikło. Lekarz czeka daremnie: od oddziałowej promieniuje cisza i spowija nas ciasno, gotowa zmiażdżyć śmiałka, który odważy się odezwać. McMurphy’emu jako współautorowi pomysłu nie za bardzo wypada zabierać głos i myślę sobie, że nikt z pacjentów nie będzie taki głupi, aby przerwać ciszę, kiedy nagle Cheswick, który siedzi obok McMurphy’ego, wydaje pisk i nie za bardzo wiedząc, co się stało, łapie się za bok i zrywa z krzesła.

– Hm… ja… osobiście uważam – zerka na opartą na poręczy fotela pięść McMurphy’ego i potężny kciuk sterczący sztywno niczym szpikulec do rażenia prądem bydła – że to naprawdę doskonały pomysł. Zawsze jakaś odmiana.

– Właśnie, Charley! – woła lekarz, spoglądając na niego z wdzięcznością – i w dodatku nie pozbawiona wartości terapeutycznych.

– Jasne – potwierdza Cheswick, bardziej już zadowolony ze swojej roli. – Oczywiście. Zabawa ma mnóstwo wartości terapeutycznych. To bezsporny fakt!

– B-b-będzie fajnie – mówi Billy Bibbit.

– A pewnie – przyznaje Cheswick. – Zrobi się, panie doktorze, damy radę. Scanlon może udawać bombę, a ja na terapii zajęciowej zmajstruję kółka i będziemy rzucać nimi do celu.

– Ja będę przepowiadał przyszłość – oznajmia Martini, zezując na jakiś punkt nad głową.

– A ja mogę stawiać z ręki diagnozy psychiatryczne – zgłasza się Harding.

– Świetnie, świetnie! – cieszy się Cheswick, klaszcząc w dłonie. Po raz pierwszy ktoś go poparł na zebraniu.

– A ja – rzecze McMurphy – z wielką chęcią zatrudnię się przy kole fortuny. Mam już pewne doświadczenie…

– Och, tyle przed nami możliwości! – woła ze szczerym zapałem lekarz, prostując się w fotelu. – Ja sam mam tysiące pomysłów…

I przez następne pięć minut gęba mu się nie zamyka. Łatwo poznać, że wiele z tych pomysłów obgadał już wcześniej z McMurphym. Mówi o grach, straganach, sprzedawaniu biletów, lecz nagle spostrzega wzrok oddziałowej i milknie, jakby zdzieliła go pięścią między oczy. Mruga i pyta:

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)