Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:

Lot nad kukułczym gniazdem to jedna z najgłośniejszych i najszerzej w świecie znanych powieści amerykańskich drugiej połowy XX wieku. Ukazuje brutalne dławienie indywidualności na przykładzie zamkniętego zakładu psychiatrycznego, w którym pacjentów odziera się z resztek wolności i godności osobistej. Powieść stanowi wnikliwą analizę psychologiczną szaleństwa zbiorowości.
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 79
Перейти на страницу:

– A co siostra o tym myśli, siostro Ratched, żebyśmy urządzili zabawę? Tu, na oddziale?

– Zgadzam się, że to może mieć pewne wartości terapeutyczne – odpowiada oddziałowa i urywa. Znów promieniuje od niej cisza i spowija nas ciasno. Siostra widzi, że nikt już nie odważy się odezwać, więc ponownie zabiera głos: – Ale uważam, że zanim podejmiemy decyzję, powinniśmy przedyskutować sprawę na zebraniu personelu. Chyba taki był pański zamiar, doktorze?

– Oczywiście. Chciałem tylko, sama siostra rozumie, poznać opinię pacjentów. Ale ma siostra rację, najpierw omówimy projekt na zebraniu personelu. Przygotowaniami zajmiemy się później.

Wszyscy wiedzą, że to oznacza koniec planowanej zabawy.

Wielka Oddziałowa potrząsa teczką, żeby zaprowadzić porządek.

– Doskonale. Ponieważ nie ma więcej nowych spraw, powrócimy do dyskusji, oczywiście jeśli pan Cheswick zechce usiąść. Mamy – wyjmuje z koszyka zegarek – jeszcze czterdzieści osiem minut. A więc, jak już…

– Aha. Hej, chwileczkę. Coś sobie przypomniałem.

McMurphy podniósł rękę i strzela palcami. Oddziałowa długo patrzy na nią bez słowa.

– Słucham, panie McMurphy? – pyta wreszcie.

– Nie mnie proszę słuchać, a pana doktora. Doktorze, niech pan powie, co pan zadecydował w sprawie pacjentów, którzy nie dosłyszą, i tego głośnika.

Oddziałowa podrywa nieznacznie głowę – jest to ruch ledwo dostrzegalny, ale ja go widzę i serce skacze mi z radości. Oddziałowa spogląda na lekarza.

– Prawda – mówi doktor Spivey – zupełnie zapomniałem.

Odchyla się wygodnie, zakłada nogę na nogę i splata dłonie; planowana zabawa najwyraźniej wprawiła go w wyśmienity humor.

– Rozmawiałem z panem McMurphym o odwiecznych trudnościach wynikających z tego, że na jednym oddziale przebywają pacjenci zarówno młodzi, jak i w podeszłym wieku. Nie są to idealne warunki dla naszej grupy terapeutycznej, ale zdaniem kierownictwa szpitala nie ma na to rady, gdyż budynek geriatryczny jest już przepełniony. Doskonale rozumiem, że obecna sytuacja nie jest przyjemna dla obu stron. W trakcie rozmowy wpadliśmy na rozwiązanie, które powinno przynieść ulgę młodszym i starszym pacjentom. Pan McMurphy wspomniał, że niektórzy starsi Chronicy nie dosłyszą muzyki, i zaproponował, żeby puszczać ją głośniej. Uważam, że to bardzo humanitarna sugestia.

McMurphy skromnie macha dłonią, na co lekarz kiwa głową i ciągnie dalej:

– Odpowiedziałem mu, że młodsi pacjenci nieraz mi się skarżyli, że muzyka już teraz jest zbyt głośna, przeszkadza w rozmowach i czytaniu. McMurphy przyznał, iż to mu nie przyszło do głowy, choć jego zdaniem to wielka szkoda, że ci, którzy chcą czytać w spokoju, nie mogą się przenieść gdzie indziej i zostawić świetlicy melomanom. Zgodziłem się, że to istotnie wielka szkoda, i już byłem gotów zapomnieć o całej sprawie, kiedy nagle przypomniałem sobie o gabinecie hydroterapii, do którego na czas zebrań wstawia się stoły. Stoi pusty, bo odkąd wprowadzono nowe leki, nie używamy go do zabiegów. Co grupa na to, żebyśmy urządzili tam drugą świetlicę, powiedzmy, salon gier?

Grupa milczy. Wszyscy wiedzą, do kogo należy następne posunięcie. Oddziałowa zamyka teczkę Hardinga, kładzie na kolanach, opiera na niej ręce i rozgląda się po sali, żeby zobaczyć, kto się odważy zabrać głos. Widząc, że nikt nie zamierza tego uczynić przed nią, odwraca głowę do lekarza.

– Sam pomysł jest doskonały, panie doktorze; doceniam też troskę pana McMurphy’ego o pozostałych pacjentów, ale niestety mamy za mały personel, żeby pozwolić sobie na prowadzenie dwóch świetlic.

Jest przekonana, że to załatwia sprawę, więc znów otwiera teczkę. Ale lekarz przemyślał wszystko głębiej, niż się spodziewała.

– Mnie to również przyszło do głowy. Ponieważ jednak w tej świetlicy pozostaną niemal wyłącznie Chronicy, z których większość porusza się z trudem albo w ogóle nie wstaje z wózków inwalidzkich, nie sądzi siostra, że jedna pielęgniarka i jeden sanitariusz wystarczą w zupełności, żeby opanować każdy bunt czy rewolucję?

Oddziałowa nie odpowiada. Wcale jej się nie podoba ten żart o buntach i rewolucjach, ale wyrazu twarzy nie zmienia. Nadal się uśmiecha.

– Tymczasem – ciągnie lekarz – pozostałe dwie pielęgniarki i dwaj sanitariusze mogą nadzorować pacjentów w gabinecie hydroterapii, i to skuteczniej niż w tej wielkiej sali. Co wy na to, panowie? Warto spróbować? Osobiście zapaliłem się do tego pomysłu, proponuję zobaczyć, jak to będzie przynajmniej przez kilka dni. Jeśli nam się nie spodoba, to zawsze możemy zamknąć gabinet z powrotem na klucz, prawda?

– Słusznie! – woła Cheswick, uderzając pięścią w otwartą dłoń. Wciąż stoi, jakby się bał, że gdy tylko usiądzie, McMurphy znów dźgnie go kciukiem. – Słusznie, panie doktorze, w razie czego możemy zamknąć gabinet z powrotem na klucz! A pewnie!

Lekarz rozgląda się po świetlicy, widzi, że wszyscy Okresowi kiwają uśmiechnięci głowami, najwyraźniej uradowani jego – jak mu się wydaje – pomysłem; rumieni się więc jak Billy Bibbit i dwa razy przeciera binokle, zanim może mówić dalej. Aż miło widzieć tego małego człowieczka tak zadowolonego z siebie. Patrzy na kiwających głowami chłopaków, sam kiwa głową, powtarza: “Świetnie, świetnie”, i wspiera się dłońmi o kolana.

– Bardzo dobrze. A teraz, skoro to już postanowione… Zupełnie zapomniałem, o czym to mieliśmy dziś mówić?

Oddziałowa znów podrywa lekko głowę, pochyla się nad koszykiem i wyjmuje następną teczkę. Mam wrażenie, że drżą jej ręce, kiedy przewraca kartki. Wreszcie wybiera jedną i już ma zacząć ją czytać, ale McMurphy ponownie wstaje z fotela, podnosi do góry dwa palce i przestępując z nogi na nogę, mówi zamyślony: “Przepraszam bardzo, ale…” Oddziałowa kamienieje na dźwięk jego głosu, podobnie jak rano czarny, na którego krzyknęła. Na ten widok robi mi się dziwnie lekko na duszy. Obserwuję pilnie oddziałową, słuchając McMurphy’ego.

– Przepraszam bardzo, doktorze, ale umieram z ciekawości, co może znaczyć sen, który miałem dziś w nocy. Widzi pan, to byłem ja w tym śnie, ale z drugiej strony to jakbym nie był ja… ktoś inny, tyle że do mnie podobny… jak… jak… jak mój tata! Tak, to był on. To na pewno był tata, bo chwilami, kiedy widziałem siebie… jego… widziałem tę żelazną szynę, którą miał w szczęce…

– Pański ojciec ma w szczęce żelazną szynę?

– Już nie ma, ale miał, jak byłem mały. Przez całe dziesięć miesięcy chodził z tą szyną, która wchodziła mu tędy, a wychodziła tędy! Boże, wyglądał niczym kumpel Frankensteina! Dostał siekierą po gębie, bo się posprzeczał z jednym orylem w tartaku… Rany, opowiem wam, jak do tego doszło…

Twarz oddziałowej nadal jest spokojna niczym odlew pomalowany według jej życzenia. Pewna siebie, cierpliwa, niewzruszona. Oddziałowa nie podrywa już nerwowo głowy, siedzi nieruchomo z tą straszną, lodowatą maską i wyciśniętym z czerwonego plastyku spokojnym uśmiechem; na jej gładkim czole nie ma ani jednej zmarszczki świadczącej o zwątpieniu czy obawie, a płaskim, szerokim zielonym oczom już w odlewni namalowano spojrzenie, które mówi: mnie się nie śpieszy, może raz czy drugi pozostanę w tyle, ale mnie się nie śpieszy; jestem cierpliwa, spokojna, pewna siebie – wiem, że nie mogę naprawdę przegrać.

Przez chwilę wydawało mi się, że jest pokonana. Może tak jest w istocie. Teraz jednak widzę, że to nic nie zmienia. Pacjenci jeden po drugim zerkają na nią ukradkiem, żeby sprawdzić, czy jej nie drażni, że McMurphy stał się ośrodkiem zainteresowania, ale wszyscy widzą to samo co ja. Jest za potężna, żeby można ją było zniszczyć. Zajmuje całą ścianę niczym japońskie bóstwo. Samemu nie sposób jej nawet ruszyć z miejsca, a przecież znikąd nie można oczekiwać pomocy. Tę rundę przegrała, ale była to tylko mała potyczka w wielkiej wojnie, którą dotychczas wygrywa i będzie wygrywać nadal. Nie możemy pozwolić McMurphy’emu, żeby rozbudził w nas fałszywe nadzieje, nie możemy dać się namówić na robienie głupstw. Oddziałowa nadal będzie zwyciężać tak jak Kombinat, którego potęgę ma za sobą. Nic nie traci, kiedy sama przegrywa, a zyskuje za każdym razem, gdy my przegrywamy. Żeby odnieść zwycięstwo, nie wystarczy jej pokonać w dwóch potyczkach z trzech albo w trzech potyczkach z pięciu; trzeba wygrać je wszystkie. A jak tylko opuści się gardę i raz przegra, ostateczny triumf będzie należał do niej. Dlatego w końcu wszyscy poniesiemy klęskę. Nie ma dla nas ratunku.

1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)