Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:

Lot nad kukułczym gniazdem to jedna z najgłośniejszych i najszerzej w świecie znanych powieści amerykańskich drugiej połowy XX wieku. Ukazuje brutalne dławienie indywidualności na przykładzie zamkniętego zakładu psychiatrycznego, w którym pacjentów odziera się z resztek wolności i godności osobistej. Powieść stanowi wnikliwą analizę psychologiczną szaleństwa zbiorowości.
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 79
Перейти на страницу:

Przez otwarte drzwi widzę stojącego na korytarzu czarnego grubasa, który rozgląda się, chichocze, po czym rusza wolno w stronę sypialni, wycierając wilgotne szare dłonie o pachy bluzy. Światło z dyżurki rzuca na ścianę sypialni jego cień wielkości słonia, który zmniejsza się, gdy sanitariusz wsuwa głowę do środka. Znów chichocze, otwiera skrzynkę bezpiecznikową znajdującą się obok drzwi i wkłada do niej rękę.

– Śpijcie, aniołki. Śpijcie smacznie.

Obraca pokrętło i nagle podłoga zaczyna się obsuwać, zjeżdża w dół jak platforma windy towarowej, a czarny zostaje wysoko w górze.

Jedynie podłoga opada coraz prędzej w dół szybu – ściany, drzwi i okna pozostają na miejscu – ale razem z nią opadają łóżka, stoliki nocne i my wszyscy. Urządzenie – prawdopodobnie złożone z podnośników zamontowanych w czterech rogach szybu – musi być doskonale naoliwione, bo pracuje bezgłośnie jak śmierć. Słyszę tylko oddechy śpiących chłopaków i pomruk w dole, który się wzmaga, im niżej zjeżdżamy. Pół kilometra nad nami prostokąt drzwi, z którego na ściany szybu sączy się nikły blask, jest teraz jasną plamką, coraz bledszą, a gdy nagle rozlega się i toczy echem odległy okrzyk: “Cofnąć się!” – niknie zupełnie.

Podłoga dotyka dna szybu głęboko pod ziemią i zatrzymuje się z łagodnym chrzęstem. Jest czarno jak w grobie. Ciasno przywiązane prześcieradło zaczyna mnie dusić; usiłuję je ściągnąć, gdy podłoga z lekkim szarpnięciem zaczyna się niespodziewanie posuwać do przodu. Pewnie jedzie na rolkach, choć nie słyszę żadnego hurkotu. Nie słyszę nawet oddechów śpiących kolegów – nagle uświadamiam sobie, że to szum tak przybrał na sile, że zagłusza inne dźwięki. Płynie ze wszystkich stron. Znów zaczynam ściągać to przeklęte prześcieradło i już niemal zrzucam je z siebie, gdy wtem ściana podnosi się do góry i ukazuje ogromną halę z ciągnącymi się w nieskończoność rzędami maszyn, w której roi się od spoconych mężczyzn z obnażonymi torsami, biegających tam i z powrotem po żelaznych pomostach, mężczyzn o tępych, sennych twarzach lśniących w blasku ogni ze stu pieców hutniczych.

Hala – jak można się było domyślić po szumie – przypomina wnętrze gigantycznej hydroelektrowni. Grube mosiężne rury nikną w górze w ciemnościach. Do niewidocznych w głębi transformatorów biegną miedziane druty. A wszystko pokrywają smary i popioły, barwiąc złączki, silniki oraz prądnice na czerwono i na czarno.

Wszyscy robotnicy biegają tym samym spokojnym, równomiernym truchtem. Żaden się przesadnie nie śpieszy. Co rusz któryś zatrzymuje się na moment, obraca pokrętło, wciska guzik lub przerzuca wajchę – sprawiając, że snop iskier niczym błyskawica rozjaśnia mu na biało połowę twarzy – a następnie gna dalej, wbiega po stalowych schodkach na kolejny pomost, mija wprawnie innego robotnika tak blisko, że ich mokre od potu boki plaskają o siebie, co brzmi tak, jakby łosoś bił ogonem o wodę, po czym znów przystaje, przerzuca sypiący iskrami przełącznik i biegnie dalej. Jak okiem sięgnąć, mrok wciąż przecinają te błyski iskier oświetlające na krótko senne, pozbawione wyrazu twarze robotników.

Nagle oczy jednego z nich zamykają się i facet w pełnym biegu wali się na pomost; natychmiast podlatuje dwóch jego kumpli, podnosi go i wrzuca do najbliższego pieca. Z paleniska bucha ogień i rozlega się trzask miliona pękających rurek, jakby ktoś deptał nogami dojrzałe strąki fasoli. Trzask zlewa się z szumem i warkotem pracujących maszyn.

W tych dźwiękach jest pewien rytm, grzmiące, miarowe tętno.

Podłoga sypialni wjeżdża z szybu na halę. Od razu spostrzegam w górze przenośnik – szynę i haki na kółkach – taki, jakich używa się w rzeźni do wytaczania z chłodni połci mięsa. Dwaj faceci w spodniach, w białych koszulach z podwiniętymi rękawami i w wąskich czarnych krawatach stoją na pomoście nad nami, wsparci o poręcz; rozmawiają i wymachują papierosami w długich cygarniczkach, kreśląc w powietrzu czerwone pręgi. Nie słyszę, co mówią, bo rytmiczny huk zagłusza ich zupełnie. Jeden strzela palcami – najbliższy robotnik skręca gwałtownie i podbiega do niego. Facet wskazuje mu końcem cygarniczki któreś z łóżek; robotnik podlatuje truchtem do żelaznej drabinki, zbiega na nasz poziom i znika za dwoma transformatorami wielkimi jak spichrze.

Po chwili znów się wyłania; pędzi długimi susami, ciągnąc po szynie hak. Kiedy mija moje łóżko, płomień buchający z pieca rozświetla mu twarz; widzę ją tuż nad sobą – jest przystojna, brutalna i martwa jak maska; to twarz człowieka, który niczego nie pragnie. Widziałem miliony takich twarzy.

Robotnik podchodzi do łóżka, na którym leży stary Blastic, Roślina; jedną ręką chwyta go za nogę i podnosi, jakby Blastic ważył nie więcej niż dwa kilo, drugą wbija mu hak za ścięgno nad piętą – starzec zwisa głową w dół, pokryta pleśnią, przerażona twarz nabiega mu krwią, oczy mętnieją od niemego lęku. Wymachuje ramionami i kopie wolną nogą powietrze, ale sprawia tylko tyle, że kurtka piżamy opada mu na głowę. Robotnik ściąga ją jeszcze niżej i zawiązuje na głowie jak worek, po czym rusza dalej, ciągnąc po szynie hak, a kiedy dochodzi do pomostu, spogląda na facetów w białych koszulach. Jeden z nich wyciąga z pochewki przy pasie przyspawany do łańcucha skalpel. Spuszcza go robotnikowi, a koniec łańcucha przymocowuje do poręczy, żeby robotnik nie mógł uciec z tym niebezpiecznym narzędziem.

Robotnik bierze skalpel i zgrabnym ruchem rozpruwa Blastica, który natychmiast przestaje się miotać. Boję się, że zaraz się porzygam, ale wbrew temu, czego oczekuję, Blastic ani nie krwawi, ani nie wypadają mu wnętrzności – sypią się z niego tylko rdza, popiół, pojedyncze druciki i odłamki szkła. Robotnik stoi w nich po kolana.

Piec w oddali znów otwiera paszczę i wsysa kogoś do środka.

Waham się, czy nie zerwać się z łóżka i nie zbudzić McMurphy’ego, Hardinga i kogo jeszcze zdążę, ale to nie miałoby sensu. Pierwszy wyrwany ze snu burknąłby: “Czego, ty zbzikowany durniu, co cię znowu gryzie?” – i wołając: “Chodź, zobaczymy, jak wyglądają bebechy Indiańca!”, pomógłby robotnikowi nadziać mnie na hak.

Słyszę przeciągły, zimny, wilgotny świst mgielnicy, widzę smugi mgły wydobywające się spod łóżka McMurphy’ego. Mam nadzieję, że będzie cwany i się w niej schowa.

Słyszę bełkotliwą paplaninę, a ponieważ głos wydaje mi się znajomy, obracam się i patrzę, skąd płynie. Widzę łysawego rzecznika o nabrzmiałej twarzy – jej obrzęk to stały temat dyskusji wśród pacjentów.

– Jestem pewien – mówi jeden.

– Nie wierzę – mówi drugi. – Słyszałeś, żeby jakiś facet naprawdę to nosił?

– Nie, ale widziałeś kiedy takiego faceta jak on?

Drugi pacjent wzrusza ramionami i kiwa głową.

– Co racja, to racja – przyznaje.

Teraz rzecznik prasowy ma na sobie tylko długi podkoszulek ozdobiony z przodu i z tyłu wymyślnym monogramem wyhaftowanym czerwoną nicią. Kiedy rzecznik mnie mija, podkoszulek unosi mu się nieco i mogę raz na zawsze ustalić, że naprawdę ma na sobie gorset, i to zasznurowany tak ciasno, że może pęknąć lada moment.

U gorsetu zaś dyndają wysuszone trofea, przywiązane za włosy niczym skalpy.

Rzecznik trzyma niewielką butelkę, z której pociąga od czasu do czasu, żeby nie zaschło mu w gardle od mówienia, i nasyconą kamforą chusteczkę, którą co chwila przykłada do nosa, żeby zabić fetor. Za rzecznikiem podąża tłumek nauczycielek, studentek i tym podobnych facetek. Ubrane są w granatowe fartuchy, a na głowach mają lokówki. Wszystkie słuchają swojego przewodnika.

Akurat przypomina mu się coś tak śmiesznego, że musi przerwać wykład i łyknąć sobie z butelki, by opanować chichot. W tym czasie jedna ze studentek rozgląda się bezmyślnie po hali i spostrzega wybebeszonego Chronika wiszącego na haku. Wydaje okrzyk przestrachu i odskakuje do tyłu. Rzecznik odwraca się, widzi zwłoki, podbiega do nich, chwyta zwisającą bezwładnie rękę i kręci trupem jak bakiem. Studentka podchodzi zafascynowana trochę bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)