Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Oddziałowa włączyła mgielnicę i mgła napływa tak szybko, że oprócz twarzy siostry nie widzę nic; mgła staje się coraz gęstsza i gęstsza, a ja czuję się zupełnie bezradny, martwy, choć jeszcze niedawno byłem szczęśliwy, widząc, jak babsztyl podrywa nerwowo głowę – czuję się bardziej bezradny niż kiedykolwiek, bo wiem teraz na pewno, że nikt nie pokona jej i Kombinatu. McMurphy nie ma większych szans ode mnie. Wszyscy jesteśmy bezsilni. A im więcej myślę o naszej bezsilności, tym szybciej napływa mgła.
Na szczęście jest wreszcie tak gęsta, że mogę się w niej ukryć, dać się jej porwać i znów być bezpiecznym.
W świetlicy odchodzi gra w monopol. McMurphy i Okresowi grają już trzeci dzień na dwóch stołach zsuniętych razem, żeby pomieścić akcje, stosy monopolowych banknotów oraz planszę, na której stoją teraz wszędzie domy i hotele. McMurphy przekonał wszystkich, żeby wpłacali do banku centa za każdego monopolowego dolara, aby gra była bardziej emocjonująca; pudełko od gry jest teraz pełne drobnych.
– Twój rzut, Cheswick.
– Poczekaj chwilę. Co trzeba mieć, żeby kupić hotel?
– Po cztery domy, Martini, na każdym polu tej samej barwy. Na miłość boską, gramy!
– Nie, poczekaj.
Nagle czerwone, zielone i żółte banknoty sypią się na wszystkie strony.
– Co ty wyrabiasz, u diabła, kupujesz hotel czy świętujesz Nowy Rok?
– Cholera, Cheswick, twój rzut!
– Dwie jedynki! Ha, ha, Cheswick, powiedz, gdzie lądujesz? Czy przypadkiem nie u mnie na Marvin Gardens? I czy przypadkiem nie należy mi się od ciebie, niech policzę, trzysta pięćdziesiąt dolarów?
– Pieski los!
– Co to za dziwoląg? Chwileczkę. Co to za dziwolągi łażą po całej planszy?
– Do licha, Martini, od dwóch dni widzisz na planszy te swoje dziwolągi. Ciągle przez ciebie przegrywam! Nie wiem, McMurphy, jak ci to nie przeszkadza, że Martini majaczy sto razy na minutę!
– Cheswick, niech ciebie głowa o niego nie boli! Sam świetnie sobie radzi. Lepiej dawaj mi te trzy pięćdziesiąt, a jego zostaw w spokoju; przecież płaci uczciwie, kiedy te dziwolągi lądują na naszych polach.
– Moment. Jest ich tyle…
– W porządku, Mart. Tylko mów nam, u kogo się zatrzymują. Cheswick, twoja kolej. Para; rzucasz jeszcze raz. Jazda. Trach! Posuwasz się o sześć.
– I staję na… “Szansa: Zostałeś wybrany prezesem zarządu: płacisz każdemu z graczy…” Pieski los, pieski los!
– Czyj to hotel, do cholery, stoi na polu kolei?
– Przyjacielu, przecież każdy widzi, że to nie hotel, tylko dworzec!
– Hej, bracie, w tej grze nie ma żadnych dworców…
McMurphy króluje po swojej stronie stołu; przesuwa akcje, układa banknoty, poprawia hotele. Z boku cyklistówki sterczy mu studolarowy banknot, który nazywa swoim zaskórniakiem.
– Scanlon? Czy to nie twoja kolej, stary?
– Dawaj kości. Wysadzę tę planszę! Martini, przesuń mnie o jedenaście!
– Dobra, już się robi.
– Nie tym, głupcze: to nie pionek, to dom.
– Są tego samego koloru.
– Co ten dom robi na polu Electric Company?
– To elektrownia.
– Martini, przecież ty trzęsiesz nie kośćmi, a…
– Daj mu spokój, co za różnica?
– On rzuca domami!
– Trach! I Martini wyrzuca, niech się przyjrzę, dziewiętnaście. Świetnie, Mart, stajesz na… Gdzie twój pionek, bratku?
– Co? Tu.
– Miał go w ustach, McMurphy. Doskonale. A więc z przedtrzonowego na przedtrzonowy, potem cztery ruchy do planszy i ostatecznie lądujesz na… na Baltic Avenue, Martini. Na swoim jedynym polu. Niektórzy mają szczęście, przyjaciele! Martini już od trzech dni niemal za każdym razem staje na własnym polu.
– Harding, zamknij się i rzucaj. Twoja kolej.
Harding zgarnia kości i obmacuje szczupłymi palcami niczym ślepiec. Jego palce są tej samej barwy co kości i wyglądają, jakby je sam wyrzeźbił. Potrząsane kości grzechoczą mu w dłoni, a rzucone zatrzymują się przed McMurphym.
– Bach. Pięć, sześć, siedem. Ciężki los, stary. Stanąłeś na moich włościach. Jesteś mi winien… o, dwieście dolarów powinno wystarczyć.
– Pech.
Gra toczy się dalej, słychać grzechot kości i szelest banknotów monopolowych.
Bywają długie okresy – trwające kilka dni albo kilka lat – kiedy nic nie widzę, a orientuję się, gdzie jestem, wyłącznie po muzyce płynącej z głośnika, który zastępuje mi pławę dzwonową. Inni pacjenci, których czasami dostrzegam, poruszają się zupełnie normalnie, jakby w ogóle nie zauważali mgły. Pewnie działa im jakoś na mózg, choć na mnie nie ma takiego wpływu.
Nawet McMurphy nie wie, że się w niej porusza. A jeśli wie, niczym nie daje poznać, że mu to przeszkadza. Nie daje zresztą personelowi poznać, że mu to cokolwiek przeszkadza – nic bowiem tak nie irytuje ludzi, którzy chcą ci obrzydzić życie, jak to, że zachowujesz się, jak gdybyś tego nie zauważał.
Jest uprzejmy dla pielęgniarek i czarnych, bez względu na to, co do niego mówią i jakich chwytają się sztuczek, żeby wyprowadzić go z równowagi. Zdarza się, że krew go zalewa, kiedy słyszy jakieś bzdurne zarządzenie, ale nic nie daje po sobie poznać, staje się jeszcze bardziej grzeczny i uprzejmy, aż wreszcie dostrzega, jakie to wszystko jest śmieszne – zarówno sam regulamin, jak i potępiające spojrzenia, którymi personel zmusza nas do posłuchu, oraz nagany, których nam udziela, jakbyśmy mieli niespełna trzy lata. Wtedy zaczyna rechotać, a to drażni personel jak diabli. McMurphy wie, że nic mu nie grozi, dopóki potrafi się śmiać – i ma całkowitą słuszność. Tylko raz traci panowanie nad sobą i wybucha gniewem, ale nie na Wielką Oddziałową i czarnych za coś, co zrobili, lecz na Okresowych – i to za to, że nie zrobili nic.
Dzieje się to podczas jednego z zebrań. McMurphy wścieka się na chłopaków, że są przesadnie ostrożni, a raczej – jak to nazywa – wyjątkowo tchórzliwi. Wcześniej przyjął od nich zakłady na to, która drużyna zdobędzie mistrzostwo w rozpoczynających się w piątek rozgrywkach baseballowych. Jest pewien, że personel pozwoli nam oglądać mecze, choć nie wypadają w czasie przewidzianym w regulaminie na oglądanie telewizji. Kilka dni przed początkiem rozgrywek pyta na zebraniu, czy będzie można sprzątać po kolacji w czasie przeznaczonym na telewizję, a po południu oglądać mecze. Oddziałowa – co go zresztą nie dziwi – odpowiada, że nie, gdyż obecny rozkład zajęć został specjalnie tak ułożony, a jakakolwiek zmiana może wszystko zepsuć.
McMurphy nie jest zaskoczony, bo właśnie tego po niej oczekiwał; nie może jednak zrozumieć reakcji Okresowych, gdy pyta ich o zdanie. Nie mówią bowiem nic. Kryją się w oparach mgły. Ledwo ich widzę.
– Odezwij się który! – woła, ale żaden się nie odzywa. McMurphy liczył na poparcie, a tu wszyscy milczą, jakby go w ogóle nie słyszeli. – Hej, do diabła! – krzyczy, chcąc wyrwać ich z letargu. – Wiem, że dwunastu z was jest osobiście zainteresowanych wynikiem rozgrywek. Nie chcecie zobaczyć meczów czy co?