Jak najwięcej grobów [More Work for the Undertaker]
- Автор: Аллингем (Аллингхэм) Марджери (Марджори)
- Язык: польский
- Переводчик: Irena Dolezal-Nowicka
- Жанр: Классические детективы
Электронная книга - «Jak najwięcej grobów [More Work for the Undertaker]». Краткое содержание книги:
Tak znakomicie udawał wzburzenie, że wzruszyło to kobietę.
– Och, nie pomyli się pan z pewnością- powiedziała. – To był karawan konny. Bardzo piękny i staroświecki. Bardzo dużo kwiatów i ludzi. No, i zobaczy pan od razu pana Johna.
– Tak, tak, oczywiście -Campion spuścił wzrok. – Muszę się śpieszyć. Dużo kwiatów na czarnej trumnie, powiada pani.
– Ależ nie, proszę pana, trumna jest dębowa i raczej jasna. Oczywiście, że pan ją pozna, z całą pewnością.
Spojrzała na niego trochę podejrzliwie, co było uzasadnione, ale on uchylił tylko nerwowo kapelusza i pobiegł q złym kierunku.
– Wezmę taksówkę! – krzyknął przez ramię. – Bardzo dziękuję, wezmę taksówkę!
Wróciła do domu przekonana, że właściwie nie bardzo wiedział, na czyj pogrzeb się wybierał, a tymczasem Campion ruszył na poszukiwanie budki telefonicznej. Z każdym krokiem szedł lżej, plecy mu się prostowały, a jego jasne oczy były coraz bardziej roztargnione.
Czerwoną oszkloną budkę znalazł na rogu zakurzonej ulicy i kilka chwil spędził przewracając kartki przymocowanej łańcuchem książki telefonicznej.
„Knapp Thos. Części radiowe" – znalazł wreszcie.
Był to numer z dzielnicy Dulwich. Wykręcił go, niewiele mając nadziei, że to coś da.
– Piało – głos był ostry i podejrzliwy. Serce mu skoczyło.
– Thos?
– Ktoo tam?
Uśmiech Campiona był bardzo szeroki.
– Głos z przeszłości – powiedział. – A imię Bertie, tak dawniej nazywany, o czym przypominam sobie z pewnym niesmakiem.
– Rany boskie!
– Przesadzasz!
– Powiedz coś więcej – głos podniósł się i zadrżał.
– Widzę, Thos, że na stare lata stajesz się ostrożny. Oczywiście zupełnie niezły pomysł, ale jak na ciebie dosyć dziwny. No, siedemnaście lat temu… albo coś koło tego… dobrze zapowiadający się młodzieniec z chronicznym katarem mieszkał ze swoją matką na Pedigree Place. Miał urocze hobby dotyczące telefonów, a nazywał się Thos T. Knapp, gdzie litera „T" o ile dobrze pamiętam miała oznaczać „trutnia".
– O rany! – zahuczało w słuchawce. – Skąd mówisz? Do diabła; Byłem pewien, że nie żyjesz. Co u ciebie słychać?
– Nie mogę narzekać – powiedział Campion utrzymując się w tonie. – Co tera% robisz? Jak widzę, masz firmę.
– No, cóż – głos przycichł, – I tak, i nie. Wiesz, mama nie żyje.
– Nie wiedziałem o tym. – Campion złożył zdawkowe kondolencje, a pamięć podsunęła mu wyrazisty obraz dużej kościstej kobiety.
– Daj spokój. – Knapp nie był sentymentalny. – Miała na szczęście rentę. A kiedy przyszedł czas, zgasła nagle, jak świeca, z butelką w ręku. Nie wpadłbyś tak na pogawędkę? A może masz jakie kłopoty z mojej branży?
– W tej chwili nie mogę, ale dziękuję serdecznie, będę o tym pamiętał. Jestem bardzo zajęty. Słuchaj. Thos, czyś ty kiedy słyszał o Apron Street?
Zapanowała tak długa cisza, że zdążył w tym czasie wyobrazić sobie małą twarz gryzonia i długi ruchliwy nos. Pewność, że pod nim znajdować się muszą teraz wąsiki, przejęła go zdumieniem.
– No i co? – mruknął, żeby coś powiedzieć.
– Nic – głos Knappa nie brzmiał zbyt przekonywająco, z czego musiał zdać sobie sprawę, bo natychmiast dodał: – Wiesz, co ci powiem. Bert, stary chłopie, jak kolega koledze, trzymaj się z dala od tego, rozumiesz?
– Nie bardzo.
– Przynosi pecha.
– Co takiego, ta ulica?
– Nic o niej nie wiem, ale unikaj jej, tyle mi wiadomo. '
Campion stał zmarszczony ze słuchawką w ręku.
– Nic nie rozumiem – powiedział wreszcie.
– Ja też.- Irytacja w cienkim głosie była szczera.- Niewiele wiem teraz. Wyszedłem z obiegu, to fakt. Mam kobietę. Ale od czasu do czasu coś usłyszę, a to jest najnowsza wiadomość. „Unikaj Apron Street", tak mi poradzono.
– Dowiedziałbyś się czegoś więcej na ten temat.
– Postaram się – Thos powiedział to z nutą dawnego młodzieńczego entuzjazmu.
– Może ci wpaść za to pięć funciaków.
– Jeśli nie będę miał w związku z tym żadnych wydatków ekstra, zrobię to wyłącznie z miłości – odparł Thos wielkodusznie. – Bywaj stary. Ten sam adres, co zawsze?
12. Wywar z maku
– Widziałem ją – powiedział stanowczo Lugg, – Widziałem na własne oczy.
– Wzruszające – odparł wesoło Campion. Właśnie wszedł do pokoiku pani Chubb, górującego nad półokrągłym barem „Gospody Pod Płatnerzem", gdzie wprawdzie w całej okazałości mógł ujrzeć swego zausznika i służącego, ale ani śladu inspektora. Dobre było i to. Lugg był w dobrym humorze, świadczyło o tym wysunięcie brody, składającej się z kilku.warstw, i badawczy wyraz twarzy.
– Zaraz mi pan przyzna, że to śmieszna historia – powiedział. – To dziwny sklep i stary dziadyga za kontuarem też jest nie zwyczajny.
– O czym ty mówisz? – Campion usiadł naprzeciw niego przy stole.
– Oczywiście, zachowuje się pan jak urzędnik, który wcale nie słucha i dlatego zadaje głupie pytania. – Lugg mówił z pogardą. – Dużo zdaje się stracili na tej wyspie, którą miał pan zarządzać. „Uprzejmie proszę napisać to trzy razy, a potem podrzeć", jak powiadają biurokraci. Widziałem Bellę Musgrave, to chciałem powiedzieć.
– Bellę Musgrave? – Campion powtórzył nazwisko bezmyślnie, ale kiedy przypomniał je sobie, otworzył szeroko oczy. – Ach tak… – rzekł. – Ta okropna mała salka sądu policyjnego… O Boże, tak, teraz ją sobie przypominam. Nieduża, zgrabna kobieta o twarzy dziecka.
– Teraz o twarzy dwojga dzieci – zauważył Lugg złośliwie. – Ale wolno jej. Ten sam czarny welon, ta sama uduchowiona twarz pod nim, te same łagodne, pełne zakłamania oczy. Czy pamięta pan, jaka była jej specjalność. Jego pracodawca patrzył na niego uporczywie przez kilka chwil..
– O ile sobie przypominam – powiedział wreszcie – Śmierć.
– Zgadza się. Na skalę handlową. – Czarne oczy Luga stały się teraz okrągłe z przejęcia. – Ta kobieta chodziła po domach z tanimi bibliami. Czytała w gazetach nekrologi i potem szła prosto do takiego domu. „Co takiego, nie żyje?" – świetnie naśladował kobiece zdumienie. – Ooch, jak mi przykro. Dla mnie to również wielka strata. Zmarły zamówił u mnie biblię i zostawił mały zadatek. Trzeba tylko dopłacić piętnaście szylingów." Zmartwiona rodzina chcąc się jej jak najszybciej pozbyć brała biblię wartą najwyżej dziesięć szylingów. Pamięta pan teraz, szefie. Niezły artykuł do handlowania.
– Tak, przypominam sobie. Ale było coś jeszcze. Czyż nie odgrywała roli niepocieszonej wdowy w tej aferze ubezpieczeniem? Miała jednotorowe zainteresowania.
– To ona. A teraz, kiedy już ją pan umiejscowił, to może się nią pan zainteresuje. Pojawiła się znowu i to na
Apron Street. Właśnie ją widziałem. Spojrzała na mnie z godnością, ale nie poznała.
– Gdzie to było?
– U tego bankrutującego aptekarza. Przecież mówiłem panu. – Był bliski rozpaczy. – Po moim fatalnym zatruciu wczoraj wieczorem poszedłem po jakiś środek na wzmocnienie, akurat rozmawiam z tym starym prykiem, kiedy wchodzi Bella. On spojrzał na nią, ona spojrzała na niego i weszła do pakamery.
– Co ty mówisz? To nadzwyczajne!
– No, przecież cały czas to panu mówię! – Tłusty mężczyzna z irytacją podskoczył na krześle. – A pan co, marzy o niebieskich migdałach? Bardzo mi przykro, szefie, ale nie mogłem się powstrzymać. Śmieszną historia, sam pan przyzna.
– Nadzwyczajne. Ale, ale, właśnie rozmawiałem z twoim starym przyjacielem. Pamiętasz Thosa?
Na dużej białej twarzy rozlał się wyraz zdumienia.