Jak najwięcej grobów [More Work for the Undertaker]
- Автор: Аллингем (Аллингхэм) Марджери (Марджори)
- Язык: польский
- Переводчик: Irena Dolezal-Nowicka
- Жанр: Классические детективы
Электронная книга - «Jak najwięcej grobów [More Work for the Undertaker]». Краткое содержание книги:
– Jeszcze nie, szefie, proszę mi dać godzinę czasu – w głosie Lugga brzmiała zawziętość. – Sam byłem tutaj tylko przez pół godziny. Muszę ruszyć głową, pomyśleć. Wkrótce po moim przybyciu wczoraj wieczorem Jas kogoś wpuścił od frontu. Nie mogłem zobaczyć, kto to, kobieta czy mężczyzna. Wrócił uśmiechnięty, z tymi zębiskami sterczącymi z jego wstrętnej gęby jak dwa nagrobki, i powiedział, że załatwiał interes, mając na myśli czyjąś śmierć. Ale był zdenerwowany, uśmiechał się, pocił. On coś kombinuje, może przemyca alkohol.
– Skąd wam to przyszło do głowy? – Inspektor uczepił się tej możliwości jak terrier zdobyczy.
Lugg nadal był tajemniczy
– Tak jakoś samo mi wpadło – powiedział skromnie. – Tak musi być coś ciężkiego, co trzeba nieść ostrożnie. Poza tym naopowiadał mi swoich wesołych historyjek. On widzi dużo frajdy w swojej pracy. Opowiadał mi o takim jednym hotelu. Oni nie lubią, żeby działo się cos nieprzyjemnego w takim eleganckim miejscu. Więc, jak gość wykituje, a nie chcą, żeby ktoś wytworny przejął się widokiem trumny znoszonej po schodach, posyłają wtedy do firmy „Bowels i Syn" i umarlak zostaje wyniesiony w fortepianie.
– Już słyszałem o tym sposobie -powiedział Campion. – Ale co ma piernik do wiatraka?
– Mówię o hotelowych interesach Jasa – powiedział Lugg z urazą. – Nie podaję faktów. Wydaje mi się tylko, że on coś kombinuje na własną rękę i że ta sprawa po drugiej stronie ulicy nie ma z tym nic wspólnego.
Kiedy ścichł jego dźwięczny głos, drzwi za nimi uchyliły się i w szparze ukazała się mała umorusana twarzyczka, rozjaśniona niezwykła radością.
– Jesteście z policji, no nie? – Był to mały, dziewięcioletni najwyżej chłopak, o buzi anioła i oczach pekińczyka. – Chodźcie, będziecie pierwsi na miejscu. Posłali mnie po gliny na róg ulicy, ale ja wiedziałem, że tu jesteście. Chodźcie! Tam leży trup!
Reakcja była natychmiastowa, taka, jakiej malec z pewnością oczekiwał. Wszyscy zerwali się z wyjątkiem Lugga, któremu zakręciło się w głowie, ale zaraz się opanował.
– Gdzie, synu? – Charlie Luke patrzący z góry na chłopaka wydawał się olbrzymem.
Chłopiec schwycił inspektora za połę kurtki i pociągnął, oszołomiony swoją ważnością.
– O tam, tam, koło stajni. Chodźcie, będziecie. pierwsi. Ma pan swój znaczek?
Chłopak biegł po kamieniach ciągnąc Luke'a. Na niewielkim dziedzińcu wokół zniszczonych, stojących otworem drzwi zebrała się grupka ludzi. Poza tym było pusto. „Bowels i Syn" oraz ich czarni pomocnicy zniknęli.
Tłum rozstąpił się przed inspektorem, który zatrzymał się na chwilę, żeby swego przewodnika oddać pod opiekę którejś z kobiet, stojących wśród gapiów. Kiedy wraz z Campionem weszli do kiepsko oświetlonej szopy, pomyśleli obaj, że jest pusta, ale z otworu w suficie, do którego przystawiona była drabina, dobiegało czyjeś łkanie.
Tłum za nimi milczał, jak to zawsze bywa w krytycznym momencie. Campion pierwszy wspiął się po drabinie. Kiedy pokonawszy zakurzone szczeble znalazł się na stryszku, ujrzał zupełnie nieoczekiwaną scenę. Mętne, deszczowe londyńskie światło dnia, przedostające się przez osnute pajęczynami okienko umieszczone wysoko w bielonej ścianie, padało na beżowy pulower leżącej nieruchomo postaci. Tuż obok klęczała na powalanym olejem płaszczu nieprzemakalnym szczupła dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Była to rozpaczliwie łkająca panna White.
11. To najwyższy czas
Czarna smuga zastygłej krwi wyglądała ponuro na tle jasnych włosów, a nieco nabrzmiała, patetycznie młoda twarz była kredowo blada.
Campion położył rękę na drgających plecach Klytii.
– Wszystko będzie dobrze – powiedział spokojnie. – A teraz powiedz, jak go znalazłaś?
Klęczący z drugiej strony nieruchomego ciała, inspektor Luke kiwnął zachęcająco głową.
– Lekarz zaraz tu będzie Chłopak oberwał porządnie po głowie, ale jest młody i silny. Proszę mówić.
Nie podniosła głowy. Jedwabiste czarne włosy zwisały po obu stronach twarzy jak firanki.
– Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział. – W głosie jej zabrzmiało cierpienie. – Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział, ale myślałam, że on nie żyje. Myślałam, że nie żyje. Musiałam kogoś wezwać. Myślałam, że on nie żyje.
W swojej rozpaczy była zupełnie bezradna. Cała godność najmłodszej latorośli Palinode'ów zatonęła w powodzi łez. Brzydki, źle dopasowany płaszcz podkreślał jeszcze smutek skulonej postaci.
– Och, myślałam, że on nie żyję.
– Na szczęście żyje. – Inspektor prawie wymruczał te słowa. – Jak go znalazłaś? Czy wiedziałaś, że on tu jest?
– Nie. – Podniosła błyszczącą i zapłakaną jak u dziecka twarz na Campiona. – Nie. Wiedziałam tylko, że pozwolono mu tutaj trzymać motor. Załatwił to wczoraj. Wczoraj wieczorem pożegnaliśmy się raczej późno, po dziesiątej. Pan widział mnie, jak wracałam. A dziś rano w biurze czekałam na jego telefon. – Mówiła z trudem, aż wreszcie zamilkła. Łzy skapywały jej z nosa. Campion wyciągnął chustkę.
– Może posprzeczaliście się? – podsunął.
– Och nie! – Zaprzeczyła gwałtownie, jakby coś tak strasznego było nie do pomyślenia. – Nie. On zawsze do mnie dzwoni. Nawet urzędowo. Sprzedaje nam fotografie… to znaczy jego firma. Ale nie zadzwonił… dziś rano nie zadzwonił. Panna Ferraby- pracuje ze mną na dole – mogła lada chwila wejść. Ja przyszłam pierwsza do biura i… i…
– . I oczywiście zadzwoniłaś do niego. – Campion patrzył na nią przez okulary ż wielką sympatią.
– Ale go nie było – ciągnęła. – Pan Cooling, który pracuje razem z nim, powiedział, że nie przyszedł i jeśli nie jest chory, to będzie bardzo źle.
Charlie Luke zamiast coś powiedzieć, zakrył oczy ręką.
Campion nadal słuchał z miną świadczącą o żywym zainteresowaniu.
– Wobec tego zadzwoniłaś do niego do domu – podsunął łagodnie.
– Nie, on nie ma domu. Zadzwoniłam do jego gospodyni. Ona… ona… och nie mogę!
– ,,Nie, a właśnie, że nie poproszę, moja panno!" – głos inspektora Luke'a przybrał ostry, obraźliwy ton, jakby zniekształcony przez telefon. – „Nie! Ale jak już panienka tu dzwoni, to powiem, że powinna się panienka wstydzić. Tak późno włóczyć się po nocy… marnować pieniądze… takie nic dobrego… A ja, biedna kobieta… sama muszę żyć… ani mi się śni uprawiać filantropię, chociaż są tacy, co się tego spodziewają…" Co zrobiło to stare babsko? Wyrzuciło go?
Po raz pierwszy spojrzała mu prosto w oczy, a w jej spojrzeniu malowało się takie zdumienie, że zapomniała na chwilę o swej tragedii.
– Skąd pan wie?
Inspektor był jeszcze młodym człowiekiem i przystojnym na swój sposób. W tym momencie obydwie te cechy wyraźnie się uwydatniły.
– Już przedtem takie rzeczy się zdarzały na świecie – oświadczył z nieoczekiwaną jak na niego delikatnością. – No, dalej, kociaku, otwórz oczy. To duży wstrząs, ale kiedyś trzeba przez to przejść. Pani Lemon czekała na niego i wyrzuciła go na bruk wraz z zapasową koszulą i portretem matki, prawda?
Kłytia pociągnęła nosem.
– I wtedy pomyślałaś sobie, że pewno jest przy motorze? Czy mam rację?
– Tylko to ma oprócz mnie.
Inspektor napotkał spojrzenie Campiona, po czym odwrócili wzrok.
– Nie jest pan jeszcze siwy – mruknął Campion.
– Ale nie jestem już taki jak dawniej.'- W głosie Luke'a zabrzmiało roztargnienie i pochylił się, żeby raz jeszcze spojrzeć – na ranę chłopca. – Ma gęste włosy – oświadczył. – To zapewne uratowało mu życie. Inna sprawa, że cios był bardzo fachowy. Paskudny. Ktoś to zrobił świadomie. -. Znowu zwrócił się do Kłytii. – Mówiłaś, ze wyszłaś z biura i przybiegłaś tutaj, żeby go spotkać albo przynajmniej znaleźć ślady bytności? Czy drzwi były otwarte?