Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]

Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:

Trwa galaktyczna wojna pomiędzy Ziemianami i Pluskwo-Pajęczakami, agresywną rasą antropoidów, których społeczna organizacja przypomina rój, poddany bezwzględnej władzy dyktatorskiej. Ogrom przewagi liczebnej nieprzyjaciela wyklucza globalną konfrontację i wymusza taktykę nagłych, niespodziewanych ataków ze strony sił Ziemskiej Federacji. Do takich zadań najlepiej przygotowani są komandosi z Piechoty Zmechanizowanej, a wśród nich kadet Johny Rico, który karierę żołnierza rozpoczął tak niedawno…
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 42
Перейти на страницу:

Teraz dysponujemy już teorią, dzięki której jesteśmy w stanie rozwiązać każdy problem na dowolnym poziomie. Miłość własna, troska o rodzinę, obowiązki wobec ojczyzny, odpowiedzialność za losy ludzkości… Obecnie opracowujemy zasady etyki, które będą regulować nasze stosunki z innymi rasami. Wszystkie moralne problemy da się zilustrować jednym, trochę zmodyfikowanym cytatem: „Żaden człowiek nie okaże większej miłości niż kotka broniąca swoich dzieci”. Kiedy zrozumiecie, czym w swoim postępowaniu kieruje się ta kotka, będziecie gotowi zająć się własnymi sprawami, a przy okazji przekonać się, jak wysoko potraficie się wspiąć po drabinie moralności.

Tamci młodzi przestępcy pozostali na jednym z najniższych szczebli. Urodziwszy się z instynktem przetrwania, zdołali zaledwie wyrobić w sobie poczucie lojalności wobec grupy rówieśników tworzących uliczną bandę. Poprawiacze dusz ludzkich odwoływali się do ich „lepszej natury”, starali się do nich „dotrzeć” i „wykorzystać tlącą się iskierkę moralności, aby rozpalić potężny płomień”. Bzdura! Ci młodzieńcy nie mieli żadnej „lepszej natury”, doświadczenie nauczyło ich, że trzeba robić wszystko, żeby przetrwać. Szczeniak nigdy nie dostał klapsa, w związku z czym wszystko, co robił, sprawiało mu przyjemność.

Podstawą każdej moralności jest poczucie obowiązku, które dla grupy ma takie samo znaczenie co korzyść własna dla jednostki. Tym dzieciakom nikt nie starał się wpoić poczucia obowiązku w taki sposób, żeby to zrozumieli — czyli za pomocą klapsów — a jednocześnie społeczeństwo, w którym żyli, bez przerwy trąbiło im o ich „prawach”.

Rezultat powinien być łatwy do przewidzenia, jako że człowiek nie ma żadnych praw wynikających automatycznie z faktu, że się urodził.

Pan Dubois umilkł na chwilę i natychmiast jeden z uczniów chwycił przynętę.

— Proszę pana, a co z „życiem, wolnością i dążeniem do szczęścia”?

— Ach, tak: „prawa niezbywalne”. Co roku trafia mi się ktoś, kto przytacza fragment tej znakomitej poezji. Życie? A jakież prawo do życia ma człowiek topiący się w Pacyfiku? Ocean nie zlituje się, słysząc jego krzyki. Jakie prawo do życia ma człowiek, który musi zginąć, aby ocalić swoje dzieci? A jeśli zdecyduje się ratować własne życie, czy uważacie, że zrobi to ze względu na jakieś „prawo”? Jeśli dwaj ludzie głodują, a jedyne wyjście z sytuacji stanowi kanibalizm, prawo którego z nich należy uznać za niezbywalne? I czy to w ogóle jest prawo? Jeżeli chodzi o wolność, to bohaterowie, którzy złożyli podpisy na tym wspaniałym dokumencie, zobowiązali się zapłacić za wolność życiem. Trzeba za nią płacić bez przerwy krwią patriotów, gdyż w przeciwnym razie po prostu zniknie. Spośród wszystkich tak zwanych „praw naturalnych”, jakie kiedykolwiek wymyślono, prawo do wolności jest bezwzględnie najbardziej kosztowne.

A trzecie „prawo” — dążenie do szczęścia? Istotnie, można je uznać za niezbywalne, choć z pewnością nie jest żadnym prawem, a jedynie powszechnym stanem świadomości, którego tyrani nie są w stanie odebrać, a patrioci zdobyć. Wrzućcie mnie do lochu, spalcie na stosie albo uczyńcie królem, a ja wciąż będę dążył do szczęścia, choć ani bogowie, ani święci, ani mędrcy lub najbardziej wyrafinowane narkotyki nie zagwarantują mi, że kiedykolwiek je osiągnę.

Pan Dubois odwrócił się w moją stronę.

— Powiedziałem ci, że pojęcie „młodociany przestępca” jest wewnętrznie sprzeczne. „Przestępca” może oznaczać także „tego, który odstąpił od wykonania swoich obowiązków”, a przecież obowiązkowość stanowi cechę ludzi dorosłych. Młodzieniec staje się mężczyzną dopiero wówczas, kiedy zaczyna rozumieć, co to jest poczucie obowiązku i uznaje jego pierwszeństwo przed dążeniem do zaspokojenia własnych interesów, z którym przyszedł na świat. Nigdy nie było i nie będzie kogoś takiego jak „młodociany przestępca”, ale na każdego, kto mógłby nim być, przypada jeden lub więcej dorosłych, co albo nie wiedzą, na czym polegają ich obowiązki, albo nie są w stanie ich wykonywać.

To właśnie jest ów wrzód, który rozrastał się, by wreszcie zniszczyć kulturę pod wieloma względami z pewnością godną podziwu. Młodzi niegodziwcy buszujący po ulicach stanowili tylko jeden z objawów znacznie bardziej groźnej choroby: wszyscy obywatele z bałwochwalczym uwielbieniem wpatrywali się w panteon swoich „praw”, zaniedbując obowiązki. W takich warunkach nie zdołałby przetrwać żaden naród.

Byłem bardzo ciekaw, w jaki sposób pułkownik Dubois sklasyfikowałby Dillingera: czy jako godnego pożałowania młodocianego zbrodniarza, nad którym można było się ulitować, choć jednocześnie koniecznie należało się go pozbyć, czy też jako dorosłego przestępcę zasługującego jedynie na pogardę?

Nie wiem i nigdy się tego nie dowiem. Mogłem być pewien tylko jednego: że Dillinger już nigdy nie zamorduje żadnej dziewczynki.

W zupełności mi to wystarczyło. Wkrótce potem zasnąłem.

Rozdział dziewiąty

Nie ma w naszej jednostce miejsca dla tych, co przegrywają, choćby z uśmiechem. Potrzebni nam są silni i twardzi, którzy uderzą i zwyciężą!

— Admirał Jonas Ingram, 1926

Kiedy już przećwiczyliśmy wszystko, co może zdziałać piechota na równinie, przetransportowano nas w góry, gdzie mieliśmy osiągnąć szczyty swoich możliwości. Znaleźliśmy się w Kanadyjskich Górach Skalistych, pomiędzy Górą Dobrej Nadziei a Górą Waddingtona.

Obóz Sierżanta Spooky Smitha przypominał zupełnie Obóz Currie, tyle że był o wiele mniejszy. Ale też i Trzeci Pułk był o wiele mniejszy, liczył niecałe czterysta osób, choć zaczęliśmy od ponad dwóch tysięcy.

Kaprali-instruktorów było teraz więcej niż sekcji, a sierżant Zim, mając na głowie tylko pięćdziesięciu żołnierzy, nie spuszczał z nas swych argusowych oczu. Gdy tylko ktoś popełnił najdrobniejsze wykroczenie, okazywało się, że on akurat był tuż obok.

Mieliśmy też o wiele częstszy kontakt z kapitanem Frankiem, który teraz nas szkolił. Znał nas wszystkich z wyglądu i z nazwiska i wiedział o nas wszystko. Nie był taki surowy jak Zim, mówił łagodnie i rzadko schodził mu z twarzy przyjazny uśmieszek. Były to jednak pozory, pod którymi kryła się twardość diamentu.

* * *

A więc ćwiczyliśmy… Skoki w kombinezonie były łatwe na równym gruncie. Jasne, że w górach kombinezon skacze równie wysoko i lekko. Jest jednak niewątpliwa różnica, gdy masz wykonać skok do góry przy pionowo wznoszącej się granitowej skale, pomiędzy blisko rosnącymi świerkami i pamiętać o wyłączeniu w odpowiedniej chwili silnika odrzutowego. Mieliśmy trzy poważne wypadki, dwa śmiertelne i jedno zwolnienie ze służby na podstawie orzeczenia lekarskiego.

Uprawialiśmy również wspinaczkę bez kombinezonów, obwiązani linami, uczepieni do haków. Nie mogłem pojąć po co to nam, ale nauczyłem się trzymać buzię zamkniętą na kłódkę i robić to, co każą.

Jeszcze rok temu roześmiałbym się prosto w twarz każdemu, kto by mi powiedział, że będę właził na prostopadłą skałę, gładką jak ściana budynku, mając jedynie młotek, parę głupich stalowych gwoździ i zwój liny. Jestem typem równinnym.

Korekta: byłem typem równinnym. Obecnie dokonały się pewne zmiany.

* * *

Sam zaczynałem dostrzegać, jak bardzo się zmieniłem. W Obozie Sierżanta Spooky Smitha mieliśmy swobodę, to znaczy mogliśmy chodzić do miasta. Och, po pierwszym miesiącu służby mieliśmy również swobodę w Obozie Currie. W niedzielę po południu, jeśli się nie miało służby, można było zameldować się u podoficera dyżurnego i wyjść poza obóz, pamiętając jednak by wrócić na wieczorny apel. Ale tam, poza obozem, nie było nic, pomijając dzikie króliki — żadnych dziewcząt, teatrów, sal tańca. W ogóle nic.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)