Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 137
Перейти на страницу:

— Proszę wybaczyć, doktorze, ale to stare jak świat. — Anton machnął ręką. — I nudzi mnie takie gadanie.

— A mnie nudzi słuchanie was wszystkich — nagle płomiennie wyszeptała do ucha Wiktora Selena. — Chodźmy stąd, co?

— Dokąd? — również szepnął Wiktor.

— Co za różnica. Już dawno chciałam z panem porozmawiać.

— Dobrze, gołąbeczko. Zaraz pójdziemy. Poczeka pani chwilę? To ci numer, pomyślał Wiktor, wstając i kierując się do baru.

To ci numer!

— Teddy, zrób mi martini z lodem do termosu. I gin w małym płaskim. Dobrze? Wezmę to ze sobą.

— Panie Baniew, dla pana mam zawsze wszystko już wcześniej przygotowane. Proszę.

Wiktor pożegnał się z wszystkimi skinieniem głowy, demonstracyjnie wziął Selenę pod rękę i już wychodząc z restauracji, usłyszał jak Kwadryga wieszczy nad stolikiem:

— Skorpiony. Kaktusy. Stinger na ramieniu. I piaskowe burze.

Wydawało się, że na ulicy zrobiło się jeszcze goręcej. Selena narzuciła niesamowicie ostre tempo i Wiktor natychmiast oblał się potem.

— Śpieszymy się dokądś? — zainteresował się Wiktor.

— Tak — przyznała szczerze. — Tak naprawdę bardzo bym chciała być na centralnym placu dokładnie o piątej.

— Aaa — powiedział przeciągle Wiktor.

Bardzo to miłe, jeśli to sprytne dziewczynisko ma o piątej randkę, a mnie sobie wzięła jako ochronę (podczas sjesty, powiadają, niezbyt bezpiecznie jest chodzić po mieście samotnie) albo, co jeszcze śmieszniejsze, zacznie psychicznie łamać swojego absztyfikanta: „Widziałeś, kto ze mną chodzi? Prawdziwy pisarz Baniew! Nie czytałeś pewnie jego książek, baranie?!”

Na rogu Bulwaru Wolności i ulicy Nowych Humanistów (byłej Patriotycznej) stał ogromny autokar, do którego ładowały się opalone bysie ze słynnej waterpolowej drużyny Rzeczne Wilki. W mieście gadali, że basen w sportowym centrum przekształcono w zwykłe boisko i Wilki przygotowują się do mistrzostw w piłce ręcznej, przypominano nawet dowcip o wariatach, którym obiecano nalać wody do basenu, jeśli będą zachowywali się grzecznie. Biednym sportowcom nie obiecano chyba nawet i tego: twarze mieli ponure i błyszczące od potu.

Boże, dokąd ona tak pędzi? — znowu pomyślał Wiktor. Rzeczywiście spóźnia się na spotkanie.

Ale kiedy jego wzrok padł na plac, porzucił te myśli. Coś tu jest nie tak. Zbyt dużo ludzi było na placu. Wiadomo, Dzień Niepodległości. Ale mieszczanie zachowywali się jakoś niezbyt świątecznie: wszyscy zgromadzili się w nieduże grupki — starzy oddzielnie, kobiety oddzielnie, wojskowi oddzielnie. Komuniści wyróżniali się dużą czerwoną plamą, prezydenccy gwardziści szwendali się niczym szare szczury. Długie czarne postacie policjantów tkwiły w specjalnie przygotowanych dla nich miejscach i usilnie próbowały przekonać siebie i otoczenie, że wszystko jest w porządku, wszystko jest dobrze, przynajmniej dopóki oni stoją na straży, chociaż dawno już było wiadomo, że pilnować w tym mieście nie ma czego i nie ma komu.

Nagle Wiktor zrozumiał, co go tak zadziwiło na centralnym placu. Nie było tu przypadkowych osób: samotnych staruszek, mam z wózkami, wesołych pijaczków, wyśpiewujących patriotyczne pieśni, zaaferowanych biznesmenów z dyplomatkami, pracujących nawet w dni wolne, gapiów, którzy przyszli popatrzeć na demonstrację i mityng, w milczeniu brnących przez tłum Beduinów, szwendającej się młodzieży, i w ogóle, w ogóle nie było tu dzieci — tych wszechobecnych chłopców i dziewczynek, którzy uciekali z domu, lekceważąc zakazy rodziców.

Wiktor mógłby uważać siebie za jedynego przypadkowo tu znajdującego się człowieka, ale to też nie była prawda — przecież przyprowadziła go Selena, która musiała być na placu dokładnie o piątej.

Za dwie minuty piąta od strony wybrzeża dał się słyszeć przytłumiony hałas, a następnie w obłoku kurzu weszła na plac kolumna demonstrantów. Demonstrantów?

Wszyscy w jednakowych mundurach koloru safari, w panamach, wysokich, lekkich butach na korkowej podeszwie, z obnażonymi rękami. Broń mieli tylko ludzie maszerujący na czele — pistolety w kaburach i kilka automatów. Maszerowali w milczeniu, bez muzyki, bez sztandarów i transparentów, nie noga w nogę, ale w bardzo zgrabnych szeregach.

Policjanci nawet nie drgnęli, a zebrani na placu ludzie ustąpili miejsca kolumnie. Wszyscy, nawet komuniści z czerwonymi sztandarami, trwożnie przemieścili się do rogu. Gwardziści natomiast poruszali się wzdłuż obu boków kolumny, wyraźnie jej towarzysząc; nie wiadomo tylko było, czy chronią kolumnę przed tłumem, czy na odwrót, wszystkich pozostałych ludzi przed demonstrantami.

Demonstranci… To były dzieci. No, może niezupełnie dzieci, właściwie nastolatki, ale nie było wśród nich nikogo powyżej dwudzieski i Wiktor gotów był przysiąc, że chłopiec i dziewczyna maszerujący w pierwszym szeregu z automatami w ręku po obu stronach znanego mu już Farima nie skończyli jeszcze piętnastu lat. Na opalonych, świeżych, zupełnie nie pocących się w tym upale twarzach wypisana była radość i pewność siebie. Szli jak zwycięzcy, jak gospodarze tego miasta. Młodsi nie odstawali od starszych, dziewczyny od chłopców. Dzieci żołnierze. Nie, raczej dzieci oficerowie, dzieci przyobleczone we władzę i wiedzę.

Widowisko było zaskakujące i niezwykłe, nawet trochę szalone, ale — o dziwo! — nie wzbudzało lęku. Nie kojarzyło się z Hitlerjugend, lecz z obozem skautowskim i masowymi sportowymi świętami z czasów jego dzieciństwa.

Wiktor spojrzał na Selenę. Uśmiechała się nieznacznie, a w jej oczach jak zielone ognisko płonął zachwyt.

— Dlaczego nie jesteś z nimi? — zapytał Wiktor, w naturalny sposób przechodząc na „ty”. W tej chwili mówił jej „ty” nie jako kobiecie, lecz jako dziecku, zachwyconemu dziecku, napawającemu się pięknym, świątecznym marszem.

— Nie wiem — odpowiedziała w roztargnieniu, nie odwracając się, a potem błysnęła oczami w jego stronę i dodała: — U nas nie ma przymusu. Dzisiaj po prostu chciałam popatrzeć na naszych z boku. Czasem to jest bardzo potrzebne.

Kolumna już wypełniła plac i nagle na niemal niesłyszalny rozkaz z niewiarygodną szybkością przeobraziła się w gigantyczny okrąg, w centrum którego zaczęła błyskawicznie rosnąć żywa piramida. Gwardziści pośpiesznie przeformowywali szeregi w pierścień.

— Bomba, prawda? — westchnęła Selena, na mgnienie oka odwróciwszy się do Wiktora.

— Nie wiem — odpowiedział Wiktor, zamyślony podobnie jak ona chwilę wcześniej. — Możesz mi w końcu wyjaśnić, co tu się dzieje?

— Nie teraz — niespodziewanym szeptem odpowiedziała Selena.

Tysiące dziecięcych postaci w kolorze safari zamarło, jakby skamieniało; wszyscy na placu również zamarli w bezruchu. Tylko rozpalone powietrze drżało nad tłumem, nad domami, nad uschniętymi drzewami. I gdyby nie strużki potu spływające po skroniach i plecach Wiktora, można by sądzić, że czas wstrzymał swój bieg.

Na samym szczycie piramidy, w centrum żywego pierścienia, Farim wyciągnął w górę lewą rękę z dłonią zaciśniętą w pięść i ten gest nad całkowitą kamiennością tysiąca ciał wydał się krzykiem w ciszy. Wszystkie spojrzenia były teraz przykute do jego wyciągniętej ręki. Zrobiło się chyba jeszcze ciszej, jeśli tylko było to możliwe. Wtedy Farim krzyknął:

— Beduini!!! Słyszycie mnie, Beduini?!

Żadnych Beduinów nie było w pobliżu; Wiktor pomyślał, że ktoś tu zwariował: albo on sam, albo ten przywódca ołowianych żołnierzyków.

— Beduini! — krzyczał młody wódz. — Wasz czas się skończył! Teraz przyszedł nasz czas! Koniec z wami, Beduini! Nadszedł czas nowych ludzi! Czas wolności i niepodległości!

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)