Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Zorientował się poniewczasie, że nie tak wygląda duch bojowy, którego należy tchnąć w oddział komandosów tuż przed akcją desantową.
— Nie… niekoniecznie. Naszym zadaniem jest ocalenie klonów, nie zabijanie ludzi Bharaputry. Zabijamy tylko w razie najwyższej konieczności.
To było dobre zagranie w stylu prawdziwego Naismitha; uniosła głowę, uśmiechając się do niego radośnie.
— Kamień spadł mi z serca na wiadomość, że czujesz się już lepiej. Bardzo się martwiłam. Chciałam cię odwiedzić, ale komandor Thorne zabronił. — Spojrzała na niego ciepło, jak gdyby w jej oczach zapaliły się żółte płomienie.
— Tak, byłem… bardzo chory. Thorne słusznie postąpił. Ale… może uda nam się porozmawiać dłużej w drodze do domu. — Gdy już będzie po wszystkim. Kiedy zdobędzie prawo… prawo do czego?
— Jesteśmy umówieni, admirale. — Puściła do niego oko i wyprostowała się, radosna jak skowronek. Cóż ja jej takiego obiecałem? Ruszyła naprzód, żeby znów zmienić się w sierżanta swojego oddziału.
Wszedł za nią na pokład wahadłowca desantowego. Światło było tu przyćmione, powietrze chłodniejsze i naturalnie brakowało grawitacji. Płynął za komandorem Thorne’em, od uchwytu do uchwytu, dzieląc w myślach powierzchnię podłogi i rozmieszczając na niej swój planowany ładunek. Dwanaście lub piętnaście rzędów dzieci siedzących czwórkami jedno za drugim… jest mnóstwo miejsca. Desantowiec mógł wziąć na pokład dwa oddziały i uzbrojone poduszkowce lub cały szpital polowy. Z tyłu znajdowało się stanowisko pierwszej pomocy wyposażone w składane koje i przenośną kriokomorę ratunkową. Dendariański komandos-sanitariusz pospiesznie organizował swój kącik, zabezpieczając ekwipunek. Ubrani w bojowy strój żołnierze krzątali się cicho i sprawnie, mocowali i przypinali cały sprzęt. Na wszystko było miejsce i wszystko miało swoje miejsce.
Pilot wahadłowca czuwał już za sterami. Thorne zajął fotel drugiego pilota. On natomiast zasiadł przy stanowisku komunikacyjnym za nimi. Przez czołowe okno widział odległe gwiazdy o mocno zarysowanych krawędziach, bliżej mrugające kolorowe światełka jakichś tworów ludzkiej ręki, a tuż na skraju pola widzenia jasny plaster krzywizny planety. Zbliżał się do domu. W żołądku czuł niepokojące drżenie, spowodowane nie tylko stanem nieważkości. Miał wrażenie, jakby skronie ściskała mu pulsująca opaska.
Pilot powiedział do interkomu:
— Melduj stan z tyłu, Taura. Przed nami pięć minut lotu na orbitę na pełnym ciągu, potem spadamy.
Po chwili odezwał się głos Taury:
— W porządku. Ludzie przypięci, właz zamknięty. Jesteśmy gotowi. Można startować, powtarzam, można startować.
Thorne zerknął przez ramię i coś mu pokazał. Szybko zapiął pasy, w ostatniej chwili. Pasy werżnęły się głęboko w ciało, gdy zaczęło nim szarpać na boki i „Ariel” z dygotem ruszył na orbitę; w wahadłowcu dotkliwie odczuwali skutki przyspieszenia, które między pokładami dużego statku dzięki sztucznej grawitacji byłoby łagodniejsze lub w ogóle niezauważalne.
Pilot uniósł dłonie i nagle skierował ich w dół, jak gdyby był muzykiem grającym oszalałe crescendo. Kadłub zaczął wydawać jakieś głośne metaliczne hałasy. W odpowiedzi z przedziału za pokładem załogi rozległy się rozpaczliwe okrzyki.
Gdy mówili o spadaniu, mówili serio, pomyślał w panice. Gwiazdy i planety za przednią szybą wirowały, przyprawiając go o mdłości. Zamknął oczy; żołądek próbował wyjść z niego przez przełyk. Nagle odkrył ukrytą zaletę pełnego pancerza. Jeżeli podczas spadania człowiek narobi w spodnie z przerażenia, wszystkim zajmie się wewnętrzna instalacja skafandra i nikt się o niczym nie dowie.
Gdy weszli w jonosferę, wokół zewnętrznego kadłuba zaczęło gwizdać powietrze. Pasy próbowały go pokroić na plasterki jak jajko.
— Fajnie, co? — krzyknął Thorne, szczerząc zęby w wariackim uśmiechu; przy gwałtownej utracie szybkości miał zniekształconą twarz i łopotały mu wargi. Chyba kierowali się prosto w dół, tak przynajmniej skierowany był nos wahadłowca, choć fotel starał się człowiekiem cisnąć o sufit kabiny, roztrzaskując mu czaszkę i łamiąc kark.
— Mam nadzieję, że nic nie stoi nam na drodze! — zawołał wesoło pilot. — Nie zgłosiliśmy się przecież do żadnej kontroli lotów.
Wyobraził sobie zderzenie w powietrzu z ogromnym wahadłowcem pasażerskim… na pokładzie pięćset kobiet i dzieci… gigantyczna żółto-czarna eksplozja, wylatujące łukiem martwe ciała…
Przecięli terminator i znaleźli się w strefie cienia. Potem nastała ciemność, roztrącali chmury… coraz większe… wahadłowiec wibrował i ryczał jak oszalała tuba… mógłby przysiąc, że wciąż pikowali prosto w dół, choć nie miał pojęcia, jak pilot nie stracił orientacji w tej gwiżdżącej mgle.
Nagle w jednej chwili stanęli poziomo jak zwykły statek powietrzny, chmury mieli nad głową, a pod spodem światła miasta — jak klejnoty rozsypane na dywanie. I zaczęli lecieć w dół jak kamień. Czuł, jak coraz większa siła ściska mu kręgosłup. Znów usłyszał straszliwe metalowe zgrzyty, gdy wysunęły się nogi wahadłowca. Na dole wyrósł szereg na wpół oświetlonych budynków. Ciemny dziedziniec — Cholera, jesteśmy, to tul Budynki mieli już obok i nad sobą. Łup, chrup-chrup. Pewne lądowanie na sześciu nogach. Raptowna cisza zadźwięczała mu w uszach.
— Dobra, idziemy! — Thorne zerwał się z fotela z błyszczącymi oczyma i twarzą zarumienioną od żądzy krwi albo ze strachu, albo z obu tych powodów naraz.
Ruszył ciężko w dół trapu w ślad za dwunastką Dendarian. Jego wzrok prawie przywykł do ciemności, a wokół budynków było dość świateł, których blask wystarczająco rozpraszał chłodne i mgliste nocne powietrze, żeby wszystko wyraźnie widzieć. Krajobraz był pozbawiony kolorów, czarne cienie wydawały się złowrogie. Sierżant Taura gestami ręki rozdzieliła oddział. Nikt nie wydał najlżejszego dźwięku. Milczące twarze posrebrzało staccato błysków wewnątrz hełmów, które na holowidach z boku wizjera wyświetlały informacje. Dendarianka, z dodatkowymi teleskopami na hełmie, wzniosła się w powietrze na jednoosobowym motolocie. Osłona z góry.
Pilot został na pokładzie, a Taura odliczyła jeszcze czterech najemników. Dwóch zniknęło w ciemnościach jako zewnętrzna osłona desantowca, dwóch zostało przy wahadłowcu jako tylna straż. On i Thorne sprzeczali się o to. Thorne chciał zostawić więcej ludzi. On miał natomiast przeczucie, że będą potrzebowali jak najwięcej żołnierzy w żłobku klonów. Cywilna ochrona szpitala nie stanowiła specjalnego zagrożenia i zanim zjawi się tu lepiej uzbrojone wsparcie, upłynie trochę czasu. Wtedy Dendarianie zdążą już odlecieć, jeżeli uda się dość szybko zabrać na pokład klony. Przeklął się w myśli za krótkowzroczność, z jaką na Escobarze rozkazał zabrać tylko jeden oddział komandosów zamiast dwóch. Mógł zabrać więcej ludzi, ale miał na uwadze liczbę miejsc pasażerskich na „Arielu” i wyobrażał sobie, że będzie musiał oszczędzać regulator powietrza na statku na czas ucieczki. W grę wchodziło tyle różnych czynników.
Jego hełm wyświetlał mnóstwo kolorowych kodów, liczb i wykresów. Oglądał wszystko, ale widział je za krótko; zanim zdążył odczytać i zinterpretować jeden, ten znikał i pojawiał się nowy. Posłuchał rady Thorne’a i szeptem zmniejszył natężenie światła urządzenia do majaczącego w tle blasku. Odbiornik audio był zupełnie niezły. Nikt nie wdawał się w zbędne pogaduszki.
On, Thorne oraz siedmiu pozostałych Dendarian ruszyli truchtem, aby dotrzymać kroku długonogiej Taurze i po chwili znaleźli się między dwoma przylegającymi do siebie budynkami. Nastawiwszy hełm na częstotliwość, którą posługiwali się Bharaputranie, usłyszał, że działają komunikatory strażników ochrony. Najpierw usłyszał: „Co jest, do diabła? Słyszałeś to? Joe, sprawdź sektor czwarty”, potem jakieś poruszenie, które stanowiło reakcję na polecenie. Był pewien, że usłyszy więcej wymiany zdań, lecz nie zamierzał czekać bezczynnie.