Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 137
Перейти на страницу:

Doszli za róg. To tu. Trzypiętrowy ładny biały budynek z mnóstwem roślin i zadbanym otoczeniem, dużymi oknami oraz balkonami. Nie bardzo przypominał szpital ani też dormitorium; jego przeznaczenie na pierwszy rzut oka nie było jasne. W jacksońskiej obłudnej nowomowie nazywał się „Domem życia”. Dom śmierci. Stary kochany dom. Bardzo znajomy i jednocześnie bardzo obcy. Kiedyś wydawał mu się wspaniały. Teraz wydawał mu się… mniejszy niż kiedyś.

Taura uniosła łuk plazmowy, ustawiła szeroką wiązkę i usunęła zamknięte drzwi frontowe, pryskając wokół pomarańczowymi, białymi i błękitnymi strumieniami tłuczonego szkła. Zanim szklane grudki zdążyły przygasnąć, najemnicy wpadli do środka, rozdzielając się na dwie grupy. Jeden z nich zajął stanowisko na parterze. Rozdźwięczały się alarmy ostrzegawcze oraz przeciwpożarowe: Dendarianie uciszali mijane głośniki plazmą, nie zatrzymując się, ale w głębi budynku odzywały się nowe, więc jazgot, choć stłumiony, wcale nie ustawał. Przejście utrudniała im instalacja, z której tryskały kłęby pary.

Dogonił komandosów. W korytarzu przed nimi zjawił się bharaputrański strażnik w brązowo-różowym uniformie. Trzy ogłuszacze Dendarian położyły go dokładnie w chwili, gdy strzał z jego broni trafił w sufit.

Taura i dwie Dendarianki wjechały rurą windową na trzecie piętro; inny żołnierz minął je, chcąc dostać się na dach. Mark poprowadził Thorne’a i dwóch pozostałych komandosów na drugie piętro i korytarzem w lewo. Natknęli się na dwie nieuzbrojone dorosłe osoby, w tym odzianą w koszulę nocną kobietę, która nakładała szlafrok; oboje zostali ogłuszeni, gdy tylko się pojawili. To tu. Za tymi podwójnymi drzwiami. Były zamknięte, ale ktoś walił w nie od środka.

— Wyłamiemy drzwi! — zawołał Thorne. — Odsuńcie się, bo możecie przypadkiem oberwać! — Łomotanie ustało. Thorne skinął głową. Komandos ustawił łuk plazmowy na wąską wiązkę i przeciął metalowy rygiel. Thorne kopniakiem otworzył drzwi.

Młody człowiek o jasnych włosach cofnął się o krok, przypatrując się w zaskoczeniu Thorne’owi.

— Nie jesteście strażakami.

W korytarzu za plecami blondyna kłębiła się grupa wysokich chłopców. Dobrze wiedział, że to gromadka dziesięciolatków, ale nie był pewien, czy nie trzeba o tym przypomnieć żołnierzom. Chłopcy byli różnego wzrostu i budowy ciała, a także najrozmaitszych ras; mozaika ludzkich typów zaskakiwała, choć ogród i fontanny w tle mógł sugerować, że spotka się tu wyłącznie młodych bogów greckich. Cóż, ci, na których wzór ich stworzono, legitymowali się bogactwem, nie urodą. Mimo to wszystkie klony promieniały zdrowiem w takim stopniu, w jakim pozwalał ich materiał genetyczny. Wszystkie miały jednakowe piżamy złożone z szortów i brązowych tunik.

— Idź — syknął Thorne, wypychając go do przodu. — Mów do nich.

— Ustal, ilu ich jest — rzucił, mijając go z boku.

— Dobra.

Tysiące razy powtarzał sobie w myślach, co ma powiedzieć w tej wielkiej chwili, ćwicząc mnóstwo wersji. Wiedział jednak na pewno, że nie rozpocznie od: „Jestem Miles Naismith”. Serce tłukło mu się w piersi. Nabrał głęboki haust powietrza.

— Jesteśmy Najemnikami Dendarii i przyszliśmy was uratować.

Na twarzy chłopca odmalowały się naraz obrzydzenie, strach i pogarda.

— Wyglądasz jak grzyb — rzekł obojętnym tonem.

To było zupełnie… nieprzewidziane. Miał tysiąc odpowiedzi, ale zupełnie się nie orientował, jak zareagować na coś takiego. Chociaż w hełmie i całym rynsztunku pewnie wyglądał jak duży i szary… nie jak bohater, na jakiego chciał wyglądać.

Zdjął hełm, zdarł z głowy kaptur i wyszczerzył zęby. Chłopiec wzdrygnął się.

— Posłuchajcie mnie, klony! — wrzasnął. — Tajemnica, o której szeptano i o której może słyszeliście, jest prawdą! Każdego z was po kolei czeka śmierć z rąk chirurgów Domu Bharaputra. Włożą wam do głowy czyjś mózg, a wasz własny wyrzucą. Tak właśnie kończą wasi koledzy, kiedy odchodzą stąd jeden po drugim — są bez litości mordowani. Zabierzemy was na Escobar, gdzie znajdziecie bezpieczne schronienie…

W korytarzu nie było wszystkich chłopców, a teraz jeszcze niektórzy z tyłu zaczęli uciekać i kryć się w pokojach. Podniósł się szmer, który po chwili przerodził się w krzyki i wrzaski. Jakiś ciemnowłosy chłopiec usiłował przemknąć obok nich do korytarza za dużymi podwójnymi drzwiami, lecz komandos zatrzymał go klasycznym chwytem. Młodzieniec krzyknął z bólu i zdumienia, a cały tłum cofnął się wstrząśnięty. Chłopak bezskutecznie szamotał się w żelaznym uścisku żołnierza, który wyglądał na zdenerwowanego, niepewnego i spoglądał na dowódcę, jak gdyby oczekiwał dalszych rozkazów.

— Przyprowadźcie swoich kolegów i chodźcie za mną — krzyknął zrozpaczony Mark za umykającymi chłopcami. Blondyn obrócił się na pięcie i pobiegł sprintem.

— Nie sądzę, żeby nam zaufali — rzekł Thorne. Na bladej twarzy hermafrodyty malowało się napięcie. — Łatwiej byłoby ich wszystkich ogłuszyć i zanieść na pokład. Nie możemy sobie pozwolić na marnowanie czasu, zwłaszcza przy takiej słabej osłonie z zewnątrz.

— Nie…

Ktoś wzywał go w eterze. Pospiesznie włożył hełm na głowę. Przez gwar wielu mówiących jednocześnie osób przebił się głęboki głos sierżant Taury, wzmocniony selektywnie przez jej kanał.

— Admirale, potrzebujemy pana pomocy.

— Co się stało?

Jej odpowiedź zagłuszył meldunek kobiety na motolocie.

— Admirale, kilka osób schodzi po balkonach budynku, w którym pan przebywa. Od północy zbliża się grupa czterech strażników Bharaputry.

Gorączkowo przeszukiwał kanały, aż wreszcie ten, który pozwalał na komunikowanie się z osłoną powietrzną.

— Nie pozwólcie nikomu uciec!

— Jak mam ich zatrzymać? — W głosie Dendarianki zabrzmiała cierpka nuta.

— Ogłuszaczem — postanowił bezradnie. — Zaczekaj! Nie ogłuszaj nikogo, kto schodzi z balkonu, zaczekaj, aż znajdzie się na ziemi.

— Mogę nie mieć dobrej pozycji do strzału.

— Postaraj się. — Przełączył się z powrotem do Taury. — O co chodzi, sierżancie?

— Musi pan przyjść porozmawiać z tą stukniętą dziewczyną. Tylko pan może ją przekonać.

— Tu na dole… niezupełnie panujemy nad sytuacją.

Thorne przewrócił oczami. Schwytany chłopiec walił bosymi piętami w golenie dendariańskiego komandosa. Thorne ustawił ogłuszacz na najniższą moc i dotknął nim karku szarpiącego się chłopca. Ten drgnął konwulsyjnie i zawisł bezwładnie w ramionach żołnierza. Nie stracił jednak przytomności i zaczął płakać.

Tymczasem Marka nagle obleciał tchórz.

— Spędź ich razem — powiedział do Thorne’a. — Wszystko jedno jak. Idę pomóc sierżant Taurze.

— Idź — warknął Thorne tonem, w którym wyraźnie słychać było nieposłuszeństwo. Odwrócił się, zbierając swoich ludzi. — Ty i ty, weźcie ich z tej strony, ty — z tamtej. Przebijcie się przez tamte drzwi…

Zrejterował sromotnie na dźwięk rozbijanego plastiku.

Na górze było ciszej. Dziewczynek trzymano tu mniej niż chłopców, podobnie jak w jego czasach. Często zastanawiał się dlaczego. Przekroczył potężne ciało ogłuszonej strażniczki i kierując się holowidową mapą, zmierzał do sierżant Taury.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)