Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 116
Перейти на страницу:

Drakkainen przyklęknął przy nich, przytrzymując jedną ręką sajdak z łukiem. Ostrożnie odwrócił ku sobie bladą, rozmoczoną twarz dziewczyny, o sinych wargach i zamglonych oczach. Na kamieniach nie było krwi. Krawędzie rany też były wypłukane i blade.

Drakkainen wstał i, pochyliwszy się, przeszedł szybkim krokiem wzdłuż strumienia, potem wrócił wolno, niemal węsząc po ziemi, odwrócił parę kamieni, przesunął delikatnie palcami po piachu i żwirze, jakby czytał znaki jakiegoś tajemnego pisma.

— Nie zabili was tutaj... — wymamrotał. — Prowadzili korytem strumienia. Dziewięciu konnych Węży na dziwnie podkutych koniach i kilkanaście krabów. Wiedli dwa ciężkie wozy, zaprzężone w jakieś pojedyncze zwierzęta, ale nie konie. Masywniejsze i powolniejsze. Wozy grzęzły i zapierały się o kamienie, więc rozcięli wam rzemienie na kciukach i kazali pchać. Było was ośmioro. Tutaj wóz zapadł się na amen i zaczął przewracać. Szyk rozciągnął się i rozerwał, jeźdźcy znaleźli się wokół wozu i zaczęli poganiać was pejczami albo czymś takim. Ktoś upadł i zostawił ślady krwi na skale. A wtedy chłopiec zaczął uciekać. Tędy... I tędy... Potem brzegiem. Strzelali dwa razy, ale chybili. Dostał dopiero tu, na tej plaży. W kark.

Opadł na kolana i wtedy któryś z Węży złapał go jakimś lassem albo biczem za szyję. A później powlókł konającego na tę łachę. Wtedy rzuciłaś się na najbliższego jeźdźca, ale cię odtrącił. Ty skoczyłeś na kolejnego. Zdołałeś ściągnąć go z konia i powalić, kiedy cię cięli. Wysoko, z siodła, zasłoniłeś się przedramieniem. Ten zaatakowany uwolnił się i przerąbał ci bark. Drugi konny znowu ciął i przerąbał ci szyję. Potem odwlekli was na łachę. Ale najpierw — zwrócił się do martwej dziewczyny — zgwałcili ciebie i dopiero poderżnęli gardło. Tamten żył jeszcze, konał z upływu krwi, ale kazali mu patrzeć. Kiedy umarłaś, ułożyli was tutaj. A wozy pojechały dalej. Prosto do Muzycznego Piekła. Wiozły na przykład mięso, żelazo, skóry, sól i saletrę. Może więcej armatniego mięsa dla naszego czarodzieja z Amsterdamu. Dla świra i eksperymentatora społecznego, któremu zachciało się wojny.

Vuko wyprostował się i otrzepał kolana. Zamknął dziewczynie jej półotwarte oczy.

— Chyba muszę zmienić szlak. Za duży tu ruch.

Mimo to poszedł wzdłuż strumienia.

Mniej więcej kilometr dalej zbocza opadły na tyle, że można było skręcić w las. Szedł niczym starzec, odpoczywając co kilkadziesiąt metrów. W lesie Drakkainen szperał przez jakiś czas w poszyciu, wreszcie znalazł jakieś rosnące wprost z ziemi pióropusze, podobne trochę do liści palmowych, a trochę do paproci. Stękając z wysiłku, powyrywał je, a potem znowu odpoczywał, dysząc ciężko oparty o pień. Odciął pióropusze liści, zostawiając grube powykręcane kłącza, które oskrobał nożem aż do białego wnętrza. Znalazł sobie niewielką kotlinkę z widokiem na prowadzący dnem strumienia szlak i zapadł w niej, chrupiąc swoje korzonki. Starał się żuć powoli, ale i tak musiał się powstrzymywać, żeby nie połykać ich w całości.

— Jebem ti duszu, co za paskudztwo — mruknął. — I jeszcze jakby cuchnie tranem.

Później wypełzł ze swojej kotlinki poszukać więcej paproci.

Nadjeżdżali stępa, łomocąc opancerzonymi kopytami o kamienie i piarg, zmęczeni, obwieszeni bronią, w cudacznych, czernionych zbrojach. Konie obłożone płytami przywodziły na myśl ryby głębinowe. Wokół snuła się mgła, ostatni z jeźdźców trzymał buńczuk zwieńczony czaszką z długimi włosami, drzewce oplatały tańczące węże, jak w kaduceuszu z piekła rodem. Ramiona konnych zdobiły zygzakowate tatuaże przypominające stylizowany drut kolczasty.

Ludzie Węże.

Drakkainen leżał na ziemi zupełnie nieruchomo, okryty swoim płaszczem, z twarzą wtuloną w pachnące grzybami liście i marzył o granacie ręcznym. Ceramicznym, z wkładem kulkowym.

Dzieliło ich z dziesięć kroków, a on leżał na zboczu, skryty wśród liści, kilka metrów nad ich głowami, w mroku boru. Jeżeli nie miał straszliwego pecha albo nie zrobi jakiegoś głupstwa, nie powinni go zobaczyć.

Jeden z Węży odezwał się, ostrym, rozkazującym tonem i Drakkainen omal nie podniósł się z kryjówki. Odpowiedział mu drugi i obaj roześmieli się, ale słowa brzmiały, jakby bilardowe kule spadały na żwirowate dno strumienia albo jakby ktoś wsadził żelazny pręt w szprychy koła. W dźwiękach, które Vuko słyszał, nie było nic choćby podobnego do zrozumiałego słowa. Tylko zgrzytliwy szwargot, gardłowe pochrząkiwania i kanciasty gruchot obcej mowy.

Nie rozumiał nic.

Nic.

Węże mówili językiem Wybrzeża Żagli.

Językiem, który niedawno brzmiał dla Drakkainena równie znajomo, co języki na Ziemi, a teraz był tak zrozumiały, jak zawodzenie wielorybów i wycie wilków.

Wydawało mu się niemożliwe, żeby był w stanie powtórzyć takie dźwięki, a co dopiero je zapamiętać.

Jeźdźcy odjechali, zapadła cisza. Drakkainen usiadł w kotlince i owinął się płaszczem. Siedział nieruchomo, poruszała się tylko dłoń z nożem oskrobująca jadalne kłącze paproci. Powoli, z chorą, nadprogramową systematycznością. Bez końca. Zeskrobał wreszcie korzeń na wióry i rzucił nożem w ziemię pod nogami, a potem dalej siedział.

Długo.

— Dobra, pieprzę to — powiedział lasowi. — Mogę operować z gołym tyłkiem, bez miecza, bez wsparcia. Ale z pustym łbem już nie da rady. Przykro mi. Koniec misji.

Zacisnął zęby i huknął potylicą w pień.

— Pewnie. Wystarczy tylko przebić się do domu Grunaldiego, gdzie nie będę w stanie się z nikim dogadać, odzyskać radiolarię i wezwać prom ewakuacyjny. Sorry, Ostatnie Słowo, ale lepiej nawiewaj z kraju. Mój rodak niestety stał się jakimś wszechmogącym, pieprzonym magiem i rozpirzy wam tu wszystko w drobny mak. Umie zamieniać ludzi w drzewa, ożywiać trupy i upiory, latać w powietrzu, istny kopany Nosferatu. Więc wsiadaj na okręt, przyjacielu, i spierdalaj, zanim przerobią cię na postać z Boscha, Breughla lub Picassa. A prom przyleci albo nie. Misja jest nielegalna, przyjacielu. Jeśli wracasz z rozbitkami, może po ciebie przylecą. Ewakuacja uczonych jakoś uzasadni naruszenie przepisów. Cenne informacje to też byłby jakiś argument. Można ściągnąć agenta po cichu i warto ryzykować. Ale po popaprańca, który się zepsuł, nic nie osiągnął i niczego się nie dowiedział, nikt nie będzie wysyłał promu.

Zacisnął powieki i jeszcze raz grzmotnął potylicą w pień, aż zadudniło.

— Włącz się, ścierwo!

A potem znowu milczał.

Wreszcie splunął siarczyście, podniósł nóż, otarł o kilt i ostrożnie wsunął do pochwy.

Wstał, przewiązał się swoim zawiniątkiem, narzucił płaszcz na ramiona i poszedł przez las, wzdłuż strumienia. Ostrożnie i jak najciszej.

Raz i drugi zatrzymał się nagle, zerkając czujnie przez ramię, z dłonią na rękojeści miecza.

Potrząsnął głową i ruszył znowu.

Wypatrzył sobie niezbyt stromy szczyt u wylotu doliny, jakieś półtora kilometra dalej i postanowił go zdobyć. Rzut oka z wierzchołka mógł upewnić Drakkainena, czy prawidłowo ocenia kierunki, czy też ma jakieś fantazje. Wybrać trasę i zacząć interesować się miejscem na nocleg. W normalnych warunkach, mając dostęp do wody, mógł nie jeść z tydzień, jednak nie miał pojęcia, w jakim jest stanie. Czuł się dziwnie i, szczerze mówiąc, nie za dobrze. Kręciło mu się w głowie, więc co kilkaset metrów musiał przysiadać, łapać oddech i czekać, aż serce się uspokoi.

1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)