Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 116
Перейти на страницу:

Przynajmniej czuł, że ma bijące serce, a nie rozdarty ostrzem włóczni strzęp. Kiedy ocierał mokrą od potu twarz, czuł, że to normalna ludzka skóra, która poci się, marznie, a zadrapana krwawi. Skóra, a nie zdrewniała, szorstka kora.

Od pewnego czasu widywał kątem oka jakieś pływające plamki światła, tuż na granicy pola widzenia. Mroczki.

Mogły oznaczać przemęczenie, osłabienie albo i zapaść. Co gorsza, pojawiały się i znikały, a za każdym razem niespodziewany ruch na krawędzi wzroku wywoływał alarm.

Jakby miał nie dość zszargane nerwy.

Kilkaset metrów dalej uznał, że to nie są zwykłe mroczki i zaniepokoił się na serio.

Efekt nie przypominał srebrnych iskier pływających bezładnie na brzegu pola widzenia. Był raczej podobny do świetlnego bliku. Zajączka puszczanego lusterkiem, który sprawiał wrażenie, że posiada wolę i celowo się z nim drażni, podkrada z boku, po czym przy jakimkolwiek ruchu głowy czmycha.

Kiedy zszedł już w dolinę i ruszył w kierunku wznoszącego się przed nim szczytu, widywał to już co chwilę. Jaskrawą plamkę światła wędrującą równolegle z nim. Był w stanie obserwować coś kątem oka, jednocześnie patrząc przed siebie, więc zauważył, że świetlny zajączek, który powinien być po prostu błędem pracy kory wzrokowej albo chwilowym przekłamaniem siatkówki, kryje się za pniami drzew i skałami, że przemykając wśród skał szlaku, oświetla je niewielkim kręgiem jak latarka, że w tym blasku źdźbła i kamienie przez ułamek sekundy rzucają dodatkowy cień.

Rozejrzał się po skałach i turniach, usiłując wypatrzyć żartownisia, który puszczał zajączki. Ktoś mógł chcieć zwrócić jego uwagę bez wrzasków, dosyć nierozsądnych w górach, w których toczyła się podjazdowa, szarpana wojna. Wystarczyło złapać błysk słońca na ostrze noża albo krawędź tarczy. Tylko że po pierwsze, wtedy starałby się zaświecić mu w twarz, po drugie, raczej sam pozostawałby widoczny, po trzecie, było pochmurno.

To wyczerpywało listę rozsądnych wytłumaczeń, więc Vuko po prostu szedł dalej.

Szlak, który najwyraźniej upodobały sobie oddziały podjazdowe van Dykena nie był najlepszą trasą i Drakkainen jak najszybciej chciał z niego zejść.

Postój zrobił w połowie drogi na szczyt, w dość gęstym lesie, wśród skał i paproci.

Zdjął hełm, rozpiął wilgotny na plecach od potu płaszcz i usiadł na zwalonym pniu, ostrożnie popijając ze zdobycznej manierki. Plamka jaskrawego światła wciąż przemykała gdzieś na granicy wzroku, ale usiłował na nią nie czatować ani jej nie wypatrywać.

Najpierw musiał dostać się na szczyt i znaleźć jakieś schronienie. Potem dotrzeć do Ziemi Ognia, odzyskać Jadrana i sprzęt. Po drodze nauczyć się trochę języka. Później posprzątać van Dykena i to, co narozrabiał. Sprofanować zwłoki i odlać się na jego grób. Następnie znaleźć i ewakuować pozostałych. Wrócić na Ziemię. Huk roboty. Do okulisty i neurologa mógł pójść dopiero po tym wszystkim, więc nie miał czasu na jakieś fenomeny świetlne.

Kiedy znienacka śmignęła w powietrzu i zawisła mu pół metra przed twarzą, podobna do ożywionej lalki Barbie w sferze migotliwej poświaty, akurat pociągał łyk wody.

— Może zacząłbyś wreszcie myśleć, bezmózgi mięśniaku? — zapytała rozdrażnionym tonem po angielsku.

Wrzask z gardłem pełnym wody dał jedynie taki efekt, że udało mu się niemal utopić. Prychnął i z jakimś przedziwnym kwikiem zwalił się z pnia na wznak, zanosząc się kaszlem.

Poderwał się jeszcze szybciej, oblewając się zawartością manierki. Migocąca figurka maleńkiej dziewczyny śmignęła kawałek dalej i znowu zawisła w powietrzu, splatając nogi w kostkach. Była naga, świetlista, miała ze trzydzieści centymetrów wzrostu i złote włosy. Nie blond, ale metalicznie złote, jak cieniutkie druty. Kępka włosów na jej łonie też była złota. Miała mikroskopijny pępek, ledwo dostrzegalne paznokcie i maleńkie niczym łebki szpilek wypukłe sutki na piersiach wielkości wiśni.

Drakkainen wykaszlał się, po czym przetarł twarz i oczy.

— Każdy by zwariował — powiedział stłumionym głosem. — To nie był łatwy dzień. Zmartwychwstałem, ledwo trzymam się na nogach, wczoraj jeszcze byłem drzewem, dowiedziałem się, że straciłem wszystkie umiejętności, nie znam nawet języka, wędruję z gołą dupą po górach okręcony kawałkami koca, na nogach mam resztki kożuszka. Co ja zresztą wiem o cudownych wskrzeszeniach.

Może nie da się nie zwariować. Ale dlaczego nie mogę mieć jakichś ludzkich majaków? Ale piczku materinu, perkele saatani vittu, zaszto Disney?

Rozmasował powieki, jakby chciał wcisnąć sobie gałki oczne do środka czaszki.

A potem znowu otworzył oczy.

Maleńka wróżka nadal unosiła się przed nim w powietrzu, z rączkami założonymi za głowę i podciągniętym do góry jednym kolankiem. Zdążył zauważyć, że miała zdecydowanie ludzkie rysy. Nieznajome, ale ludzkie. Konwencjonalnie ładne, jak u modelki.

— Sug elg y helvete — powiedział Drakkainen po fińsku, choć nieuprzejmie.

Odwróciła się w miejscu, po czym wypięła na niego maleńki, krągły tyłeczek i zakręciła nim fachowo, jak striptizerka.

— Napatrzyłeś się? Może zatańczyć przy gałązce?

— Urośnij, mniej więcej pięciokrotnie, to znajdę dla ciebie zastosowanie. Rozumiem, moja podświadomość daje mi do zrozumienia, że jestem emocjonalnie niedojrzały. Dorosły, odpowiedzialny mężczyzna nie przystępuje do tajnego programu i nie opuszcza orbity Ziemi. Zresztą sugerowano mi to przez całe życie. Syndrom Piotrusia Pana i tak dalej. Stąd ten Dzwoneczek. Spierdalaj, Dzwoneczku. Powiedz Kapitanowi, żeby się podtarł hakiem. Dobranoc.

Machnął dłonią, ale uskoczyła zwinnie poza jego zasięg, stanęła na sterczącym obok konarze. Otaczająca ją migotliwa poświata okazała się parą zwiewnych, opalizujących tęczowo skrzydełek o żyłkowanej strukturze jak u ważki, ale w kształcie skrzydeł wielkiego, tropikalnego motyla. Rozpostarła je i teraz poruszała nimi miarowo, właśnie po motylemu.

— Łapy przy sobie, wieśniaku! Możesz patrzeć, ale nie dotykaj. A jeśli mnie nie chcesz, to po co mnie wywołałeś?! — To ostatnie zdanie już wykrzyczała, po czym zaczęła płakać. — Powiedziałeś do mnie ścieerwoo...! I jeszcze, żebym zrobiła łosioowi... — Zaniosła się szlochem.

Drakkainen patrzył na to obojętnie, z zupełnie nieruchomą twarzą.

— Ty jesteś Cyfral — powiedział martwym głosem i po raz trzeci w życiu — zemdlał.

* * *

Budzę się w chwilę później. Nad głową palisada pni, mdłe światło pochmurnego dnia poszatkowane gałęziami, pode mną kamienista gleba, pełen szyszek leśny podszyt. W żołądku paskudne, gniotące uczucie, które niesie ze sobą świadomość choroby.

I jeszcze prawo moralne w sercu.

Przetaczam się na bok i wstaję ciężko. Trzeba iść na szczyt.

Koszmar wciąż płonie mi w mózgu, ale nie widzę wokół światełek ani wróżek. Staram się o tym nie myśleć. To mnie przerasta.

Zwariowałem. Kompletnie. Zwidy, majaki, welcome to Cockooland. Albo cyfral przeżył. Przeżył, przeistaczając się w coś takiego. Straciłem kontrolę nad ciałem, hiperadrenalinę, możliwości taktyczne, szermierkę, sztukę walki i znajomość języka, za to została mi zidiociała wróżka, fruwająca wokół głowy z kretyńskimi komentarzami. Sam nie wiem, która wiadomość jest lepsza.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)