Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
- Автор: Уоттс Питер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-097-6
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:
Szelmowski uśmiech starł jej z twarzy wszystkie pytania.
— Aaa, no właśnie…
To ryzykowne angażować się. Wszystko się wtedy plącze. Wszystkie narzędzia tępią się i rdzewieją w jednej chwili, gdy tylko zaczynasz romansować z obserwowanym systemem.
Ale od biedy da się jeszcze coś nimi zrobić.
— Chowa się — powiedział Sarasti. — Jest bezbronny.
— Czyli schodzimy.
To była nie tyle informacja, ile podsumowanie — od paru dni lecieliśmy prosto w Bena. Ale może tę decyzję poparła hipoteza o chińskim pokoju. W każdym razie, przygotowywaliśmy się na zwiększenie naszego wścibstwa przy kolejnym zaćmieniu Rorschacha.
Tezeusz był w nieustającej ciąży: w fabrykatorze lągł się standardowy typ sondy, zatrzymany w rozwoju tuż przed narodzinami, w oczekiwaniu na pojawienie się nieprzewidzianych wymagań dla jej misji. W którejś chwili pomiędzy odprawami Kapitan wywołał poród i przystosował ją do bliskich kontaktów i pracy na podłożu. Zapłonęła, zjechała studnią z wielkim przyspieszeniem, dobre dziesięć godzin przed planowanym kolejnym pojawieniem się Rorschacha, uplasowała się w strumieniu skał i zasnęła. Jeśli nasze obliczenia są poprawne, do przebudzenia nie zderzy się z żadnym zabłąkanym odłamkiem. Jeśli wszystko się uda, inteligencja układająca choreografię dla milionowego zespołu nie zauważy na scenie jednego dodatkowego tancerza. Przy odrobinie szczęścia okaże się, że miriady ślizgaczy akurat znajdujących się w linii prostej nie mają wprogramowanej roli skarżypyty.
Akceptowalne ryzyka. Nie jesteśmy na nie gotowi? To trzeba było siedzieć w domu.
A więc czekaliśmy: cztery zoptymalizowane hybrydy nieco ponad progiem zwykłego człowieka oraz wymarły drapieżca, który postanowił nie zżerać nas żywcem, ale nami dowodzić. Czekaliśmy, aż Rorschach wychynie zza zakrętu. Sonda płynnie zjeżdżała studnią grawitacyjną, nasz wysłannik do niechętnych — albo, jeśli Banda miała rację, cichociemny mistrz-włamywacz dostający się do pustego apartamentowca. Szpindel nazwał ją „diabełkiem z pudełka” na wzór jakiejś starożytnej dziecinnej zabawki, która nie zasłużyła nawet na wzmiankę w ConSensusie; my spadaliśmy w ślad za nią, prawie po krzywej balistycznej, ze starannie wyliczonym momentem pędu i bezwładnością, które miały nas przeprowadzić przez chaotyczne pole minowe pasa akrecyjnego Bena.
Kepler nie był w stanie załatwić wszystkiego i Tezeusz od czasu do czasu pomrukiwał — po kręgosłupie niosły się wibracjami krótkie salwy silników korekcyjnych, którymi Kapitan korygował nasze wejście w Maelstrom.
Żaden plan nie przetrwa konfrontacji z wrogiem, przypomniałem sobie, choć nie wiedziałem skąd.
— Jest — powiedziała Bates. Na krawędzi Bena pojawiła się kropeczka; ekran natychmiast zaserwował nam zbliżenie. — Sonda start.
Tezeusz nadal nie widział Rorschacha, choć byliśmy blisko i ciągle się zbliżaliśmy. Jednakże paralaksa pozbawiała oczy sondy przynajmniej części perspektywy; obudziła się, widząc szpice i spirale dymnego szkła, to wchodzące w pole widzenia, to zeń umykające, a za nimi, półprzejrzystymi, płaski i nieskończony horyzont Bena. Widok zadrżał; w ConSensusie zafalowały elektromagnetyczne przebiegi.
— Niezłe pole magnetyczne — rzucił Szpindel.
— Hamuje — zameldowała Bates.
Diabełek elegancko odwrócił się tyłem i odpalił pochodnię. Na taktycznym wyświetlaczu delta v zapaliła się na czerwono.
W Bandzie tym razem trzymała wachtę Sascha.
— Odbieramy sygnał — zameldowała. — Ten sam format.
Sarasti mlasnął.
— Daj go.
— Rorschach do Tezeusza. Witam. — Tym razem głos należał do kobiety w średnim wieku.
Sascha wyszczerzyła zęby.
— Widzicie? W ogóle się nie obrazili o tego włochatego fiuta.
— Nie odpowiadaj — polecił Sarasti.
Diabełek, szybując, kichnął. Srebrne paski pomknęły przez próżnię do celu: miliony jaskrawo błyszczących kompasowych igiełek, tak szybkich, że nawet Tezeusz wydawał się przy nich wolny. Zniknęły w jednej chwili. Sonda obserwowała ich ucieczkę, omiatając laserowymi oczyma stopień po stopniu całe niebo dwa razy w sekundę, starannie zapamiętując każdziuteńki błysk folii. Igiełki tylko na początku leciały wzdłuż choćby z grubsza prostych linii: potem raptownie zawirowały spiralami Lorentza, ostrymi łukami i korkociągami i popędziły nowymi, skomplikowanymi trajektoriami — iście relatywistycznymi. W ConSensusie zarysowały się kontury pola magnetycznego Rorschacha, na pierwszy rzut oka przypominające warstwową, szklaną cebulę.
— Bździąąąą — mlasnął Szpindel.
Za drugim rzutem oka cebula zrobaczywiała. Ukazały się wgłobienia, długie, kręte tunele energii pieniące się fraktalnie przy kolejnych powiększeniach.
— Rorschach do Tezeusza. Witam. Jesteś tam?
Holograficzna wstawka z boku głównego ekranu zobrazowała punkty zmiennego trójkąta — Tezeusz w wierzchołku, Rorschach i Diabełek tworzący wąską podstawę.
— Rorschach do Tezeusza. Widzę cię, widzę…
— Ona ma o wiele luźniejszy sposób mówienia niż on przedtem.
Sascha uniosła wzrok na Sarastiego, ale nie zapytała: „Pewien jesteś?”. Jednak zaczęła się zastanawiać. Rozważać potencjalne skutki błędu, teraz, gdy już go popełniliśmy. Było za późno na drugą, przytomniejszą myśl — ale dla Saschy na tym polegał postęp. A zresztą to Sarasti zdecydował.
W magnetosferze Rorschacha rysowały się wielkie pętle. Niewidoczne dla ludzkich oczu, nawet na taktycznym obrazie były mocno niewyraźne — dipolowe paski rozsiały się po niebie tak rzadko, że nawet Kapitan musiał zgadywać. Nowe makrostruktury wisiały pośrodku magnetosfery jak zagnieżdżone kardany jakiegoś wielkiego, urojonego żyroskopu.
— Widzę, że nie zmieniliście wektora — stwierdził Rorschach. — Naprawdę nie zalecamy dalszego podejścia. Poważnie. Przez wzgląd na wasze bezpieczeństwo.
Szpindel pokręcił głową.
— Ej, Mandy, ten Rorschach gada coś do Diabełka?
— Nawet jeśli, to ja tego nie widzę. Ani padającego światła, ani skierowanego promieniowania EM. — Uśmiechnęła się ponuro. — Chyba rzeczywiście prześliznął się pod radarem. I nie mów do mnie „Mandy”.
Tezeusz jęknął, skręcając. Zachwiałem się w niskiej pseudograwitacji, musiałem się czegoś przytrzymać.
— Korekta kursu — rzuciła Bates. — Jakiś niespodziewany kamień.
— Rorschach do Tezeusza. Proszę o odpowiedź. Wasz aktualny kurs jest niedopuszczalny. Powtarzam: wasz aktualny kurs jest niedopuszczalny. Stanowczo żądam zmiany kursu.
Sonda szybowała już zaledwie parę kilometrów od przedniej krawędzi Rorschacha. Z tak bliska przesyłała nam o wiele więcej niż pola magnetyczne: obraz samego Rorschacha w symbolice jaskrawych, taktycznych kolorów. Niewidzialne krzywe i impulsy skrzyły się w ConSensusie dowolnymi schematami barwnymi: grawitacja, odbijanie światła, emisja cieplna. Eksplodujące z czubków kolców potężne elektryczne wyładowania oddawał cytrynowym pastelem. Przyjazna dla użytkownika grafika zmieniła Rorschacha w obiekt z kreskówki.