Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
Ślepowidzenie [Blindsight - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ślepowidzenie [Blindsight - pl]

Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:

„Ślepowidzenie” w genialny sposób na nowo definiuje historię o pierwszym kontakcie. U Petera Wattsa obcy nie są ani cudacznie przebranymi ludźmi, ani kompletnie niezrozumiałymi czarnymi monolitami — są czymś nowym, o wiele bardziej bulwersującym, zmuszającym nas do wyciągnięcia dość nieprzyjemnych wniosków co do natury świadomości. Gdy przestaniesz o tym myśleć, poczujesz ciarki na plecach!
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 88
Перейти на страницу:

Uśmiechnęła się nieznacznie.

— Dlatego namawiam, żebyś rozmawiała ze mną swobodnie. Wiesz przecież, że przysiągłem zachować tajemnicę.

— Dzięki — odparła, myśląc: na tym statku nie ma czegoś takiego.

Tezeusz zagrał melodyjkę. Potem odezwał się Sarasti.

— Wejście na orbitę za piętnaście minut. Za pięć widzę wszystkich w bębnie.

— No — powiedziała Bates, odsyłając ostatniego trepa. — Załatwione. — Odbiła się i poszybowała wzdłuż kręgosłupa.

Nowo narodzone maszyny do zabijania cyknęły na mój widok. Pachniały jak nowe samochody.

— Tak na marginesie — rzuciła Bates przez ramię — przeoczyłeś ten najoczywistszy.

— Słucham?

Na końcu przejścia obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i wylądowała jak akrobatka tuż przy wejściu do bębna.

— Powód. Dlaczego coś miałoby nas atakować, skoro nic interesującego nie mamy?

Odczytałem to z jej topologii:

— Gdyby w ogóle nie atakowało. Gdyby tylko się broniło.

— Pytałeś o Sarastiego. Inteligentny facet. Silny przywódca. Może tylko mógłby spędzać trochę więcej czasu z załogą.

Ale wampir nie słucha jego rozkazów. Ignoruje rady. Połowę czasu się ukrywa.

Przypomniałem sobie wędrowne orki.

— Może przez szacunek dla naszych uczuć. Wie, że robimy się przy nim nerwowi.

— Na pewno właśnie o to chodzi — odrzekła Bates.

Wampir sam sobie nie ufa.

* * *

Nie tylko Sarasti. One wszystkie się przed nami ukrywały, nawet kiedy miały przewagę. Zawsze starały się pozostać tuż pod progiem mitu.

Zaczęło się tak samo jak ze wszystkimi innymi: wampiry w żadnym razie nie były pierwszymi istotami poznającymi walory oszczędzania energii. Ryjówki i kolibry, wyposażone w maleńkie ciałka i podkręcone zegary metaboliczne, zdechłyby z głodu pierwszej nocy, gdyby nie odrętwienie, w jakie zapadają o zachodzie słońca. Pogrążone w śpiączce słonie morskie czają się, nie oddychając, na dnie morza, podnosząc się tylko, kiedy przepływa ofiara albo poziom kwasu mlekowego przekroczy poziom alarmowy. Niedźwiedzie i pręgowce tną koszty, przesypiając ubogie zimowe miesiące, a ryby dwudyszne — posiadaczki dewońskich czarnych pasów w sztuce estywacji — umieją zwinąć się w kłębek i umrzeć na całe lata w oczekiwaniu na deszcz.

Z wampirami to trochę inna sprawa — nie chodziło o brak oddechu, za szybki metabolizm czy jakąś śniegową kołdrę co zimę odcinającą spiżarnię. Problemem była nie tyle zbyt mała liczba ofiar, ile za mała różnica względem nich; wampiry oddzieliły się od wspólnego drzewa tak niedawno, że rozmnażały się nadal w tym samym tempie. Nie była to typowa dla lasu dynamika układu ryś-zając — sto razy więcej ofiar niż drapieżców. Wampiry żywiły się istotami mnożącymi się niewiele szybciej niż one same. Gdyby nie nauczyły się przykręcać kurka, zasoby pożywienia zniknęłyby bardzo szybko.

Do czasu, kiedy wyginęły, umiały już wyłączać się na całe dziesięciolecia.

Powody były dwa: nie tylko sama redukcja potrzeb metabolicznych na czas, kiedy ofiary rozmnażają się z powrotem do liczebności pozwalającej na polowanie; to także dawało nam czas, aby zapomnieć, że jesteśmy ofiarami. W plejstocenie byliśmy już tak inteligentni, że stać nas było na tani sceptycyzm; skoro przez całe życie na sawannie nie widziałeś żadnych żerujących nocą demonów, to czemu miałbyś wierzyć jakimś starczym bredniom rozsnuwanym przy ognisku przez matkę matki?

Dla naszych przodków byli zabójczy, mimo że te same geny — już współpracujące — służą nam tak świetnie pół miliona lat później, gdy oddalamy się od Słońca. Lecz myśl, że Sarasti czuje parcie tych innych genów, tę niechęć do pozostawania widocznym przez dłuższy czas, ukształtowaną przez dobór naturalny na przestrzeni pokoleń, była prawie — tak myślę — krzepiąca. Może, siedząc z nami, przez cały czas walczył z głosami naglącymi go, żeby się schował, ukrył, pozwolił im zapomnieć. Może kiedy stawały się zbyt donośne, wycofywał się, może czuł się przy nas tak samo nieswojo, jak my przy nim.

Zawsze można mieć nadzieję.

* * *

Nasza ostateczna orbita łączyła w równych proporcjach odwagę i rozwagę.

Rorschach opisywał idealne równikowe koło — 87900 kilometrów od środka ciężkości Big Bena. Sarasti nie chciał spuszczać go z oka, zresztą nie trzeba być wampirem, by lecąc przez przesyconą promieniowaniem zamieć kamieni i maszyn, nie dowierzać satelitom przekaźnikowym. Dopasowanie orbit stanowiło oczywistą alternatywę.

Tymczasem cała debata, czy Rorschach mówił poważnie — czy choćby rozumiał, co mówi — rzucając groźby, stała się trochę nieistotna. Tak czy owak, kroki przeciwdziałające inwazji stawały się prawdopodobne, a nasze zbliżanie się tylko to ryzyko zwiększało. Sarasti wypracował zatem pewien optymalny kompromis, lekko mimośrodową orbitę, w perygeum prawie ocierającą się o artefakt, przez większość czasu jednak zachowującą powściągliwą odległość. Trajektoria była dłuższa niż orbita Rorschacha i wyższa — na opadającym łuku musieliśmy pomagać sobie napędem, żeby nie wypaść z fazy — ale w zamian otrzymywaliśmy nieprzerwany kontakt wzrokowy, a w zasięgu ciosu znajdowaliśmy się tylko przez trzy najniższe godziny.

To znaczy, w zasięgu naszego ciosu. Z tego, co wiedzieliśmy, Rorschach mógł sięgnąć i capnąć nas z nieba, zanim jeszcze opuściliśmy Układ Słoneczny.

Sarasti wydawał rozkazy ze swego namiotu. Gdy Tezeusz szybował ku apogeum, ConSensus przyniósł do bębna jego głos:

— Teraz.

Diabełek rozbił wokół siebie namiot, bąbel przyklejony do kadłuba Rorschacha, na wpół nadmuchany znikomą ilością azotu. Teraz ustawił lasery w pogotowiu i zaczął wiercić: jeśli dobrze odczytaliśmy z wibracji, podłoże pod nim powinno mieć zaledwie trzydzieści cztery centymetry grubości. Promienie się zacinały, tnąc, pomimo sześciomilimetrowego, domieszkowanego ekranowania.

— Jasna cholera — mruknął Szpindel. — Działa.

Przepaliliśmy twardą włóknistą epidermę. Przepaliliśmy żyły izolacji, które mogły być zrobione z czegoś w rodzaju programowalnego azbestu. Przepaliliśmy naprzemienne warstwy nadprzewodzących siatek i przedzielających je węglowych łusek.

Przebiliśmy się.

Lasery natychmiast się wyłączyły. Gazy jelitowe Rorschacha w parę sekund napięły powłokę namiotu. Czarny, węglowy dym wił się i tańczył w nagle zgęstniałej atmosferze.

I nic do nas nie strzelało. Nic nie reagowało. ConSensus gromadził odczyty ciśnień parcjalnych: metan, amoniak, wodór. Mnóstwo pary wodnej, zamarzającej natychmiast po pomiarze.

— Atmosfera redukcyjna — mruknął Szpindel. — Sprzed efektu kuli śniegowej. — W jego głosie pobrzmiewało rozczarowanie.

— Może to nie jest dokończone — podsunęła James. — Jak i sama konstrukcja.

— Może.

Diabełek wysunął język, gigantyczny mechaniczny plemnik z mięśniowo-światłowodową witką. Główka była gruboskórnym rombem, co najmniej połowę przekroju stanowiła ceramiczna skorupa. Maleńki ładunek czujników w środku miał skromne możliwości, ale za to był dość mały, żeby przecisnąć się przez wycięty laserem otwór o średnicy ołówka. Wpełzł do środka, posuwając Rorschacha w świeżo wywierconą dziurkę.

— Ciemno — zauważyła James.

Bates:

— Ale za to ciepło. 281°K. Powyżej zera Celsjusza.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)