Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
Ślepowidzenie [Blindsight - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ślepowidzenie [Blindsight - pl]

Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:

„Ślepowidzenie” w genialny sposób na nowo definiuje historię o pierwszym kontakcie. U Petera Wattsa obcy nie są ani cudacznie przebranymi ludźmi, ani kompletnie niezrozumiałymi czarnymi monolitami — są czymś nowym, o wiele bardziej bulwersującym, zmuszającym nas do wyciągnięcia dość nieprzyjemnych wniosków co do natury świadomości. Gdy przestaniesz o tym myśleć, poczujesz ciarki na plecach!
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 88
Перейти на страницу:

Szpindel zmrużył oczy.

— Pochodnia chromo. — Podpowiedz wyjaśniła, że ma na myśli coś w rodzaju plamy słonecznej, węzła w polu magnetycznym Bena.

— Wyżej — powiedziała James.

Ponad tym dołeczkiem w chmurach coś się unosiło, jak oceaniczny poduszkowiec, płynący nad wgłębieniem w powierzchni wody. Powiększyłem obraz: na tle subkarła Oasy, dziesięć razy cięższego od Jowisza, Rorschach był maleńki.

Przy Tezeuszu był olbrzymem.

Nie tyle torus, ile gęstwina, wielka jak miasto plątanina utkana ze szkła, pętli, mostków i łagodnie kończących się iglic. Faktura powierzchni była oczywiście nieprawdziwa — ConSensus opakował niewiadomą w odbite tło. A jednak… Jednak na swój mroczny, groźny sposób był niemal piękny. Gniazdo obsydianowych węży i dymnych kryształowych kolców.

— Znowu mówi — zameldowała James.

— Odpowiedz — polecił Sarasti i zostawił nas.

* * *

I tak zrobiła: a kiedy Banda rozmawiała z artefaktem, reszta szpiegowała. Z czasem tracili wzrok — lustra oddalały się po swych wektorach, z każdą sekundą widząc coraz mniej — ale tymczasem ConSensus wypełniał się zebranymi informacjami. Masa Rorschacha — 1,8 x 1010 kg, objętość — 2,3 x 108 metra sześciennego. Pole magnetyczne, wnosząc po piskach w radiu i pochodni, miał tysiąc razy silniejsze niż Słońce. Co zdumiewające, fragmenty poskładanego obrazu były dość ostre, by dostrzec wijące się wokół konstrukcji drobne spiralne rowki. („Ciąg Fibonacciego”, zameldował Szpindel, utkwiwszy we mnie na chwilę spojrzenie jednego rozbieganego oka. „Przynajmniej nie są tak całkiem obcy”). Co najmniej trzy z niezliczonych iglic Rorschacha obrastały sferoidalne protuberancje; w tych obszarach rowki były rzadsze, jakby skóra pod spodem napięła się i napuchła od infekcji. Jedno kluczowe lustro tuż przed pożeglowaniem w niebyt dostrzegło kolejny kolec, ułamany w jednej trzeciej długości. Rozdarty materiał nieruchomo i bezwładnie unosił się w próżni.

— Proszę cię — szepnęła Bates. — Powiedz mi, że to nie to, co myślę.

Szpindel wyszczerzył zęby.

— Zarodnia? Torebka nasienna? Czemu nie?

Rorschach rozmnażał się — być może — niewątpliwie jednak rósł, karmiony nieprzerwanym strumieniem kamyków spadających z pasa akrecyjnego. Byliśmy dość blisko, by wyraźnie widzieć ten pochód: skały, kamienie, kamyki opadały jak osad wirujący wokół odpływu. Cząstki zderzające się z artefaktem po prostu się przyklejały — Rorschach połykał swe ofiary jak jakaś ogromna, metastatyczna ameba. Pozyskana masa była, zdaje się, przetwarzana gdzieś w środku i przekazywana do wierzchołkowych stref wzrostu — sądząc po minimalnych zmianach w allometrii artefaktu, rósł na końcach gałęzi.

Ten strumień nigdy nie ustawał. Rorschach był nienasycony.

W międzygwiezdnej pustce stanowił dziwny atraktor: trajektorie spadających skał były idealnie i całkowicie chaotyczne. Całkiem jakby jakiś keplerowski „czarny pas” zbudował ten układ jako astronomiczną nakręcaną zabawkę, puścił w ruch i pozwolił bezwładności uczynić resztę.

— Myślałam, że to niemożliwe — powiedziała Bates.

Szpindel wzruszył ramionami.

— E tam, chaotyczne trajektorie są tak samo deterministyczne jak wszystkie inne.

— Ale to nie znaczy, że da się je przewidywać, a co dopiero tak je ustalać. — Na łysej głowie pani major jaskrawo odbijały się zebrane informacje. — Trzeba by znać warunki początkowe miliona różnych zmiennych, do dziesięciu miejsc po przecinku. Dosłownie.

— Tak.

— Nawet wampiry tego nie potrafią. Nawet kwantyczne komputery.

Szpindel wzruszył ramionami.

Natomiast Banda przez cały czas wypadała z roli i wpadała z powrotem, tańcząc z jakimś niewidzialnym partnerem, który — mimo wszelkich starań — powiedział nam dotąd niewiele poza nieskończonymi permutacjami zdania: „Naprawdę wam się tu nie spodoba”. Na każde pytanie odpowiadał kolejnym — a jednak zawsze czuło się, że udziela odpowiedzi.

— Czy to wy wysłaliście Świetliki? — zapytała Sascha.

— Wysyłamy wiele rzeczy w różne miejsca — odparł Rorschach. — Co mówi ich specyfikacja?

— Nie znamy ich specyfikacji. Świetliki spaliły się w atmosferze Ziemi.

— Więc może tam patrzcie? Kiedy nasze dzieci gdzieś lecą, radzą sobie same.

Sascha wyciszyła ten kanał.

— Cholera, wiecie z kim gadamy? Z jakimś, kurwa, Jezusem z Nazaretu.

Szpindel spojrzał na Bates. Bates wzruszyła ramionami.

— Nie chwytasz? — Sascha pokręciła głową. — Ta ostatnia gadka pod względem zawartości informacyjnej jest odpowiednikiem pytania: „Czy wolno płacić podatek Cezarowi?”. Co do joty.

— Dzięki, że robisz z nas faryzeuszy — burknął Szpindel.

— No, ale skoro Żyd pasuje…

Szpindel przewrócił oczyma.

I wtedy to pierwszy raz zauważyłem: drobną niedoskonałość na topologii Saschy, drobny pyłek wątpliwości brukający jeden z jej aspektów.

— To prowadzi donikąd — powiedziała. — Spróbujemy bocznymi drzwiami. — Zamrugała i zniknęła. Michelle z powrotem włączyła linię nadawczą. — Tezeusz do Rorschacha. Czekamy na prośby o informacje.

— Wymiana kulturalna — rzekł Rorschach. — Mnie się podoba.

Bates zmarszczyła brwi.

— Dobrze robimy?

— Skoro nie ma ochoty udzielać informacji, może chciałby ich trochę otrzymać. A my dowiemy się sporo na podstawie zadawanych pytań.

— Ale…

— Powiedzcie nam o swoim domu — poprosił Rorschach.

Sascha wynurzyła się w samą porę, by powiedzieć:

— Spokojnie, pani major. Nikt nie każe dawać prawidłowych odpowiedzi.

Plamka na topologii Bandy zamigotała, gdy Michelle przejmowała ster, ale nie zniknęła. Trochę urosła, kiedy opisywała jakieś teoretyczne miasto, starannie dobierając słowa i nie wspominając o niczym mniejszym niż metr. (ConSensus potwierdził moje domysły: taka była hipotetyczna rozdzielczość wzroku Świetlików). A potem ster przejął Procesor, co się rzadko zdarzało…

— Nie wszyscy mamy rodziców albo rodzeństwo. Niektórzy wcale. Niektórzy urodzili się w kadziach.

— Rozumiem. To smutne. „W kadziach” — to bardzo odczłowieczone.

…i plama pociemniała, rozlewając się po jego powierzchni jak olej po wodzie.

— Zbyt dużo bierze na wiarę — powiedziała parę chwil później Susan.

Kiedy Saschę zmieniła Michelle, było to już coś większego niż wątpliwość i silniejszego niż podejrzenie; to już było spostrzeżenie, mały, ciemny mem infekujący po kolei każdy z mieszkających razem umysłów. Banda była na tropie czegoś. Tylko nie była pewna czego.

A ja tak.

— Powiedzcie mi więcej o waszych kuzynach — nadał Rorschach.

— Mamy krewniaków na naszym drzewie — odparła Sascha. — Prababki, pradziadków i pitekantropy. Nerwy mamy dzięki tym krewniakom.

— Chcielibyśmy się dowiedzieć czegoś o tym drzewie.

Sascha wyciszyła nadajnik i rzuciła nam spojrzenie, mówiące: „Jaśniej się chyba nie da?”.

— Tego nie mogli zanalizować. W zdaniu były trzy językowe wieloznaczności. Po prostu nie zwróciło na nie uwagi.

— Przecież poprosiło o wyjaśnienie — zauważyła Bates.

— Zadało pytanie uzupełniające. To coś zupełnie innego.

1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)