Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
- Автор: Уоттс Питер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-097-6
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:
— Rorschach do Tezeusza. Proszę o odpowiedź.
Tezeusz zawarczał, zygzakując. Na ekranie taktycznym sześć tysięcy metrów po prawej stronie przeleciał kolejny dopiero co namierzony kosmiczny śmieć.
— Rorschach do Tezeusza. Jeśli nie możecie odpowiedzieć, proszę… Niech to szlag!
Kreskówkowa sylwetka zamigotała i zgasła.
Zauważyłem jednak, co się stało w ostatniej chwili: Diabełek przeleciał blisko którejś z niewidzialnych pętli; wyskoczył język energii, szybki jak u żaby; i koniec transmisji.
— Teraz widzę, co knujecie, lachociągi. Myślicie, że my tu, kurwa, ślepi jesteśmy?!
Sascha zacisnęła zęby.
— My…
— Nie — powiedział Sarasti.
— Ale on nam…
Sarasti zasyczał z głębi gardła. W życiu nie słyszałem ssaka wydającego taki dźwięk. Sascha natychmiast zamilkła.
Bates walczyła z ustawieniami instrumentów.
— Mam jeszcze… zaraz…
— Macie to, kurwa, natychmiast zabrać, słyszycie, kutafony? Już!
— Mam ją. — Bates zgrzytnęła zębami, wznawiając transmisję. — Trzeba było tylko z powrotem złapać jej laser.
Sonda została porządnie wykopana z kursu — jakby przechodziła przez bród w rzece, trafiła na przydenny prąd i wessało ją w wodospad — ale wciąż mówiła i się poruszała.
Ledwo co. Diabełek chwiał się i zataczał bezwładnie w ciasnych splotach magnetosfery Rorschacha. Przed jego okiem potężniał artefakt. Transmisja się przycinała.
— Podchodzić dalej — powiedział spokojnie Sarasti.
— Bardzo chętnie — wycedziła przez zęby Bates. — Próbuję.
Tezeusz znów opadł, wchodząc w korkociąg. Przysiągłbym, że przez chwilę usłyszałem zgrzyt łożysk bębna. Przez ekran pożeglowała kolejna skała.
— Myślałem, że śledzicie te rzeczy — sarknął Szpindel.
— Tezeusz, chcecie rozpocząć wojnę? Myślicie, że macie jakieś szanse?
— Nie atakuje — powiedział Sarasti.
— A może? — Bates nie podnosiła głosu. Widziałem, ile ją to kosztuje. — Jeśli Rorschach kontroluje tory tych…
— Rozkład normalny. Nieznaczne korekty kursu. — Miał na myśli to, że nieznaczne statystycznie; reszcie przyspieszenia i rzężenia kadłuba statku wydawały się dość znaczne.
— A, no tak — powiedział nagle Rorschach. — Już rozumiemy. Myślicie, że tu nikogo nie ma, prawda? Jakiś konsultant za grube pieniądze mówi wam, że nie ma się czym przejmować.
Diabełek był głęboko w lesie. Przez zmniejszoną przepustowość łącza straciliśmy większość taktycznych nakładek. W słabym widzialnym świetle potężne zębate kolce Rorschacha, każdy wielkości wieżowca, jawiły się koszmarem ze wszystkich stron. Transmisja się zacinała, Bates z trudem udawało się utrzymać na osi promienia lasera. ConSensus malował na ścianach i w przestrzeni zawiłe dane telemetryczne. Nie miałem zielonego pojęcia, co znaczą.
— Myśleliście, że jesteśmy tylko chińskim pokojem — zadrwił Rorschach.
Diabełek runął na kurs zderzeniowy, łapiąc się, czego tylko mógł.
— Wasz błąd, Tezeusz.
Uderzył w coś.
I nagle nasz widok eksplodował Rorschachem — bez załamujących światło nakładek, profili, symulacji w nienaturalnych kolorach. Oto był, nagi nawet dla ludzkich oczu.
Wyobraźcie sobie cierniową koronę, powyginaną, ciemną, matową, zbyt splątaną, by dała się nałożyć na jakąkolwiek ludzką głowę. Umieśćcie ją na orbicie wokół zepsutej gwiazdy, której odbite półświatło ledwo obrysowuje kontury jej własnych satelitów. Sporadyczne krwawe rozbłyski połyskują z zakamarków i zagłębień jak wygasające węgielki, podkreślając tylko dookolny mrok.
Wyobraźcie sobie artefakt uosabiający mękę, coś tak poskręcanego i zniekształconego, że nawet patrząc poprzez niezliczone lata świetlne oraz niewyobrażalne różnice w biologii i myśleniu, nie da się nie czuć, że sama ta konstrukcja cierpi ból.
A teraz powiększcie go do rozmiarów miasta.
Migotał, gdy się weń wpatrywaliśmy. Na zakrzywionych w tył tysiącmetrowych kolcach zapalały się łuki błyskawic. ConSensus pokazywał nam oświetlony błyskami krajobraz piekła, rozległy, mroczny i powichrowany. Nakładki oszukiwały. Ani trochę nie był piękny.
— Teraz już za późno — powiedziało coś z jego wnętrza. — Teraz już nie żyjecie, wszyscy, co do jednego. Susan? Jesteś tam, Susan? Ty giniesz pierwsza.
Życie jest zbyt krótkie, aby poświęcić je szachom.