Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
- Автор: Уоттс Питер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-097-6
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:
— Sprawdzałaś ich! — zapiał z zachwytem Szpindel. Uderzył się w usta, bo dostał tiku w szczęce. — Czekałaś na reakcję emocjonalną!
— Tak mi tylko przyszło do głowy. To żaden dowód.
— A była jakaś różnica? W czasie reakcji?
James zawahała się, potem pokręciła głową.
— To był głupi pomysł — odparła. — Tyle zmiennych, nie mamy nawet pojęcia jak oni… no wiecie, to przecież obcy…
— Ale objawy patologii są klasyczne.
— Jakiej patologii? — zapytałem.
— To nic nie znaczy, potwierdza tylko, że różnią się od ludzkich zwyklaków — upierała się James. — To nie powód, żeby ktokolwiek z obecnych tutaj kręcił nosem.
Spróbowałem jeszcze raz:
— Jakiej patologii?
James znów pokręciła głową. Wyjaśnił mi Szpindeclass="underline"
— Pewnie słyszałeś o takim syndromie. Szybko gada, zero sumienia, skłonność do zabawnych przejęzyczeń i przeczenia samemu sobie. Nie okazuje emocji.
— Tyle że nie mówimy o ludzkich istotach — cicho powtórzyła James.
— Ale gdyby — ciągnął Szpindel — nazwalibyśmy Rorschacha klinicznym socjopatą.
Sarasti nie odezwał się przez całą rozmowę. Teraz, gdy w powietrzu zawisło to słowo, zauważyłem, że wszyscy starają się na niego nie patrzeć.
Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że Jukka Sarasti jest socjopatą. O tym się po prostu nie wspominało w kulturalnym towarzystwie.
Lecz Szpindel nie był aż tak kulturalny. A może po prostu prawie Sarastiego rozumiał: patrzył na wskroś potwora i widział organizm, taki sam produkt doboru naturalnego, jak ludzkie mięso, które pożarł eony temu. Taka perspektywa jakimś sposobem go uspokajała. Mógł się przyglądać, jak Sarasti go obserwuje, i się nie wzdrygać.
— Żal mi tego biednego skubańca — powiedział kiedyś, jeszcze na szkoleniu.
Niektórzy pomyśleliby: co za bzdura. Ten człowiek, tak mocno spięty ze sprzętem, że własna motoryka siadała mu z braku dbałości i pokarmu, ten człowiek, słyszący promienie Roentgena i widzący odcienie ultradźwięków, tak przeżarty poprawkami, że nawet własnych opuszek nie był w stanie pomacać bez czyjejś pomocy, ten człowiek jest w stanie litować się nad kimkolwiek? A już szczególnie nad widzącym w podczerwieni drapieżcą, skonstruowanym, by mordować bez cienia wyrzutu?
— Empatia wobec socjopatów to nieczęste — rzuciłem.
— A może powinno być częstsze. Bo my — machnął ręką; w symulatorze zawirował, zakręcił się pakiet zdalnych czujników — my mogliśmy wybrać sobie dodatkowe moduły. A wampiry musiały być socjopatami. Za bardzo przypominają własne ofiary. Wielu systematyków nawet nie uważa ich za odrębny podgatunek, wiesz? Nigdy też nie zróżnicowali się na tyle, by oddzielić się reprodukcyjnie. Może to raczej zespół patologii niż rasa. Po prostu garstka przymusowych ludożerców, ze stałym zbiorem ułomności.
— I jak z tego wynika…
— Kiedy możesz żywić się tylko własnym gatunkiem, empatia musi zaniknąć w pierwszej kolejności. W jego położeniu psychopatia to żadna choroba, nie? Raczej strategia przetrwania. Ale nam ciągle chodzą od nich ciarki po plecach, więc zakuwamy ich w łańcuchy.
— Myślisz, że trzeba było zreperować im Skazę Krzyżową?
Każdy wiedział, czemu tego nie zrobiliśmy. Tylko głupiec nie dba o zabezpieczenia, wskrzeszając potwora. A wampiry miały je wbudowane — Sarasti bez środków antyeuklidesowych dostałby konwulsji na widok pierwszego z brzegu okna.
Lecz Szpindel kręcił głową.
— Nie dałoby się tego pozbyć. To znaczy, dałoby się, ale ta skaza siedzi w korze wzrokowej. Łączy się z ich wszechwiedzą. Leczysz ją, przy okazji niszczysz im umiejętność rozpoznawania wzorców, w takim razie jaki sens w ogóle ich wskrzeszać?
— Nie wiedziałem.
— Tak się oficjalnie mówi. — Zamilkł na chwilę, uśmiechnął się krzywo. — Bo kiedy nam to pasowało, nie mieliśmy specjalnych problemów z naprawieniem drogi przemian protokadheryny.
Pociągnąłem podpowiedź. ConSensus, kontekstowy jak zawsze, podsunął mi protokadherynę γ-Y: magiczne białko z ludzkiego mózgu, którego wampiry nigdy nie nauczyły się syntetyzować. Powód, dla którego nie przesiedli się na zebry czy guźce, gdy zabrakło ludzkiego pokarmu; powód, dla którego odkrycie przez ludzkość strasznej tajemnicy Kąta Prostego oznaczało dla nich zagładę.
— W każdym razie, ja sądzę, że czuje się… izolowany. — Tik nerwowy targnął kącikiem ust Szpindla. — Samotny wilk i tylko owce za towarzystwo. Nie byłbyś samotny?
— Oni nie lubią towarzystwa — przypomniałem.
Nie wrzuca się do jednego kotła dwóch wampirów tej samej płci, chyba że chcemy zakładać się o wynik krwawej jatki. Byli samotnymi łowcami, bardzo terytorialnymi. Przy minimalnym dla przeżycia stosunku ofiar do drapieżników jak dziesięć do jednego — i ofiarach rozsianych tak rzadko po plejstocenowej ziemi — największym zagrożeniem dla przetrwania była dla nich konkurencja pobratymców. Dobór naturalny nigdy nie nauczył ich współpracować.
Lecz na Szpindlu zupełnie nie zrobiło to wrażenia.
— To nie znaczy, że nie może czuć się samotny — upierał się.
— Ale że nie może nic na to poradzić.
Znają muzykę, ale nie znają słów.