Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Jakiż pan jest nieżyczliwy! — burknął Anton i też popatrzył na dziewczynę.
Do młodej lady właśnie w tej samej chwili podszedł młody gentleman w mundurze koloru khaki z kaburą na boku i oboje zaczęli miło do siebie ćwierkać.
— Przecież to Selena — zakomunikował Golem. — Córka nowego gubernatora. A obok niej Farim, przewodniczący RWO W, Rady Weteranów Ostatniej Wojny.
— Tego koło niej wolałbym na oczy nie widzieć — zauważył Wiktor.
— Widzicie, jaki on jest! — ukąsił Golem. — To się nazywaj nietolerancja. A nie chce pan uznać problemów narodowościowych.
— Nie chcę. Problemy narodowościowe wymyślają specjalnie po to, żeby potem wszystko na nie zrzucić: począwszy od klęsk żywiołowych i chorób wenerycznych, a skończywszy na niekompetencji rządu. Poza tym, kto panu powiedział, że nie lubię tego młodego człowieka z powodu jego narodowości czy przynależności do rady weteranów? Po prostu nie lubię wszystkich młodych ludzi stojących obok takich ślicznych dziewczyn.
— W starym piecu diabeł pali — skomentował Anton. — Właśnie, panie…
— Kapitanie — podpowiedział Dumbel. Czyżby? — pomyślał Wiktor. Zresztą w pewnych resortach być kapitanem to niemały honor i pobory ma tam kapitan zapewne przyzwoite. Do tego jesteś podobny do człowieka stamtąd; podobny, Antonie Dumbel.
Potem pomyślał o czym innym. W starym piecu… Już dawno przestał zauważać, ile ma lat. Nie narzekał na zdrowie i kochanki nie skarżyły się na niego, był w świetnej formie, ale… Całkowicie już dorosła, za bardzo dorosła Irma i para wnuków, i tyle za sobą… Jednakże przeszłość spowijała teraz jakby mgła, jakby nie on to wszystko przeżył, jedynie wymyślił, a dziś zaczął wszystko od zera, usiadł przy biurku przed czystą kartką i zaczął…
Sącząc chłodne martini, odruchowo wyprostował ramiona, jak wiele lat temu, kiedy na strzelnicy automatyczna broń w ręku wydawała się ekscytująca i romantyczna, dlatego że wtedy jeszcze nie trzeba było z tej broni nikogo zabijać… I nagle poczuł się straszliwie stary — starszy od przygarbionego Kwadrygi i otyłego, spasionego Golema.
Dziarski młodzieniec Farim nieoczekiwanie pożegnał się z córką gubernatora i Golem zawołał:
— Selena! Proszę się dosiąść. Czy woli pani towarzystwo Teddy’ego?
Zadowolony Teddy uśmiechnął się, a Selena przyjęła zaproszenie i zabrawszy swój kieliszek ze słomką, przysiadła się do stołu dokładnie naprzeciwko Wiktora.
Kwadryga z galanterią ucałował jej dłoń i natychmiast się przedstawił:
— Doktor honoris causa Rem Kwadryga. Czy zgodzi się pani mi pozować?
— Zastanowię się — odpowiedziała Selena, prosto i miło.
— Niech pani najpierw zapyta: w ubraniu czy bez? — z żołnierską prostolinijnością poradził Anton.
— Przecież to nieważne — równie prosto i lekko odezwała się dziewczyna.
— Zamówić pani jeszcze daiquiri? — zaproponował Wiktor.
— Tak — powiedziała przyjaźnie, jakby już od godziny siedzieli tu razem. — I proszę zapamiętać: dzisiaj piję tylko daiquiri. Zresztą zazwyczaj piję tylko mrożone daiquiri.
— To wspaniale, Seleno, po prostu wspaniale! — oświadczył Wiktor, czując że zaczyna być pijany, i ciesząc się z tego. — Daiquiri dla młodej lady i podwójną mentolową dla mnie. Wie pani, Seleno, że mamy z panem inspektorem nieco różne zdania na temat problemu narodowościowego. Jaki pani ma do tego stosunek?
— A co dokładnie chciałby pan wiedzieć? — uśmiechnęła się Selena.
— Golem, niech pan wyjaśni, panu to lepiej wychodzi.
— Dlaczego lepiej?
— Bo pan jest komunistą, a komuniści dawno już ten problem rozwiązali, tworząc wspólnotę ludzką, naród radziecki.
— Zapomina pan, Victoir, że nie jestem zwykłym komunistą — postanowił odżegnać się od radzieckiego narodu Golem. — Jestem komunistą z ludzką twarzą.
— Ziuganowiec, czy jak? — nieśmiało zainteresował się Anton, ale nie usłyszano go, więc zadał inne pytanie: — A czy zdarza się faszyzm z ludzką twarzą?
— Myślę, że nie — poważnie odpowiedziała Selena. I nagle dodała: — Natomiast zdarza się faszyzm z twarzą Beduina.
Przy stoliku zrobiło się niesamowicie cicho. Brakowało tylko muchy, która w takich sytuacjach powinna zabrzęczeć. Potem Kwadryga powiedział:
— Barchany. Stepowy wiatr. Korkowe hełmy. I wrzątek w chłodnicy cekaemu.
Zrobiło się jeszcze ciszej. Anton niemal niezauważalnie odwrócił głowę i zerknął na boki.
Do stolika w kącie przysiadała się para, stali bywalcy restauracji U Teddy’ego: wysoki mężczyzna, którego Wiktor nazwał zawodowcem, i jego towarzysz, młody człowiek w mocnych okularach i z nieodłączną teczką.
— Jesteś o tym absolutnie przekonana? — zapytał Golem nieznanym Wiktorowi, przymilnym głosem. Oczy miał jakieś dziwne, mętne, jak gdyby znowu nagle zaczynał zasypiać.
— Tak! — hardo odpowiedziała Selena.
Była w tym momencie niesamowicie piękna i dlatego Wiktor zupełnie nie wiedział, jak powinien zareagować.
— Zwolnię — syknął Golem.
— No i dobrze, pójdę do papcia do resortu — odparła Selena.
— Nie pójdziesz — powiedział Golem. — Umrzesz tam z nudów. — Też prawda — pokojowo zgodziła się Selena. Sprzeczka chyba została zakończona.
I nagle Kwadryga zapytał zupełnie trzeźwym głosem:
— A proszę mi odpowiedzieć, panowie, dlaczego Obozu Be-duinów strzegą pododdziały prezydenckiej gwardii?
Nad stolikiem znowu zawisła cisza. Wreszcie wszystkowiedzący Golem zakomunikował:
— Dlatego że problem narodowościowy był w naszym kraju zawsze najważniejszy.
— Gwoli informacji — zwierzył się szeptem Wiktorowi Dumbel, umyślnie nie reagując na odpowiedź Golema. — Obozu Beduinów strzegą nie pododdziały gwardii prezydenckiej, lecz specoddziały samoobrony Beduinów.
— Naprawdę? — Wiktor uniósł brew i nie wiadomo dlaczego, nalał sobie rumu z butelki doktora honoris causa. — Mają już pododdziały samoobrony?
— O, mój drogi niewykształcony pisarzu, mają jeszcze wiele rzeczy, których się nawet nie domyślamy.
Wiktor nagle przypomniał sobie: Beduini zawsze byli uważani za blagierów. Dokładnie przepowiadali pogodę, na terytorium Obozu hodowali jakieś dziwaczne owoce i włoskie orzechy (kto by w to uwierzył — na miejskim bazarze orzechy były tańsze niż w południowych prowincjach), pokazywali zadziwiające sztuczki karciane, grą na flecie usypiali szczury, tak że potem chłopcy chwytali gryzonie za gołe ogony i ciskali do rzeki. Być może szczury budziły się, ale już pod wodą. Chodziły słuchy, że z ludźmi też to mogą zrobić. Beduini wywoływali strach. Ale nigdy wcześniej nie wywoływali nienawiści. A teraz — proszę bardzo. I ten wypielęgnowany, podejrzany Anton, i czarująca Selena. Wiktor nie chciał zrozumieć, co się dzieje. Wypił jeszcze kieliszek mentolowej i zapytał:
— Golemie, czy Beduini to rzeczywiście chorzy ludzie?
— Fizycznie, rzecz jasna, nie.
— Bez żartów, Golemie, pan jest psychiatrą, a ja nie pytam o choroby cielesne.
Golem wychylił kieliszek koniaku, nie zwracając uwagi na sporą ilość wypitego wcześniej piwa, i powiedział:
— Widzi pan, Viktoir, o tym, co jest chorobą psychiczną, współczesna nauka ma bardzo kiepskie wyobrażenie. Niewykluczone, że my wszyscy jesteśmy chorzy, a Beduini całkowicie zdrowi.