Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 111
Перейти на страницу:

- Śliczny wieczór. - Wyszczerzyłem zęby do pierwszego z nich, po czym doskoczyłem doń i wbiłem kilof między żebra.

Zanim czwarte ciało zdążyło paść na ziemię, za resztą już się tylko kurzyło.

- Co wy robicie, do cholery? Zabić go! - darł się z okna Holmegor.

Spojrzałem na niego, na kilof i znów na niego.

- Wisisz mi pieniądze! - krzyknąłem tylko.

Znalazłem go na ostatnim piętrze, w najodleglejszym z możliwych pokoju. Nikt z jego domowej świty nie odważył się wejść mi w drogę. Kiedy jednym kopniakiem wywaliłem drzwi z futryny, wcisnął się w najdalszy kąt pomieszczenia. Wyciągnął do mnie ręce, w każdej z nich trzymając zasobny mieszek.

- Bierz! Zabieraj je, zabierz pieniądze! To wszystko jest twoje!

Aż się cały trząsł. Nie wiem, czy ze strachu, czy z wysiłku, bo mieszki wyglądały na ciężkie.

Spojrzałem na niego, na zbroczony krwią kilof, znów na niego.

- Miej litość! - zaczął błagać.

Litość… Potrząsnąłem głową. Pomyślałem o tych wszystkich ludziach tam, na dole, o Hanurim, o tym, jak musiałem się przekopywać przez jeszcze ciepłe ludzkie ciała.

- Nie wiem, co to litość - odpowiedziałem i wbiłem mu ułamany trzonek kilofa w usta.

Odchodząc, rzuciłem go razem z kilofem do sztolni, a górnikom, którzy mnie obserwowali, poradziłem, aby uznali tę śmierć za katastrofę górniczą. Nadmieniłem im również, iż we wnętrzach domostwa Holmegora pełno jest różnych drobiazgów, które mogą im się przydać, za to jemu już z pewnością nie będą potrzebne.

Trzy dni później, zapłaciwszy, co byłem dłużny, i mając kolejne pół roku na uzbieranie następnej raty, zapukałem do drzwi niewielkiej chałupki na obrzeżach Fenidonga. Ogródek był mały, ale bardzo starannie zagospodarowany. Kwiaty rosły na przemian z warzywnymi zagonami, dwie większe jabłonie aż się czerwieniły od owoców.

Otworzyła mi młoda kobieta z wydatnym brzuchem i palcami opuchniętymi od zaawansowanej ciąży. Spoza niej wyglądały dwie dziecięce twarzyczki, jedna w drugą identyczne. Wdowa, dwoje sierot i pogrobowiec. Niezły start w życie. Przez chwilę mierzyła mnie wzrokiem.

- Męża nie ma w domu. - Odgadła bez trudu, w czyjej sprawie przychodzę. - Kopie węgiel w górze rzeki, wróci za dwa tygodnie. A zresztą on już się nie interesuje zapasami ani… tamtą robotą - dodała po krótkiej chwili.

- Wiem, wiem - uspokoiłem ją.

Więc Hanuri też był zapaśnikiem. No proszę. A i innych zleceń się swego czasu nie bał, zupełnie jak i ja. To wiele wyjaśniało. A co do tego, że z zapasami skończył na dobre, to akurat miała rację, niestety.

- Przyniosłem coś, co u mnie zostawił na przechowanie.

Na podłogę tuż za progiem położyłem wielką sakwę. Znajdowała się w niej gotówka Holmegora, z potrąceniem moich trzydziestu złotych.

- Ostrożnie, bo ciężkie - ostrzegłem ją tylko i bez pożegnania ruszyłem z powrotem przez ogródek.

Życie nie jest sprawiedliwe. Tego nauczyłem się już dawno. A najczęściej nie jest sprawiedliwe względem tych, którzy na tę sprawiedliwość zasługiwali właśnie najbardziej. Dużo bardziej niż ja. Jak się tak zastanowić, to w większości przypadków życie zachowuje się wręcz jak kawał zdradzieckiego sukinsyna.

Na pierwszej krzyżówce dostrzegłem w oddali znajomą sylwetkę wysokiego, barczystego mężczyzny. Schowałem się za róg jakiejś chałupy i czekałem. W istocie, był to Hanuri. Połowa jego twarzy to była jedna wielka gojąca się rana, oko miał przewiązane i kulał, ale obie ręce i obie nogi miał wystarczająco sprawne, żeby sobie poradzić. Niósł ze sobą skromny tobołek.

Życie nie jest sprawiedliwe. Tak było, jest i będzie. Ale od czasu do czasu do niektórych szczęście się jednak uśmiecha.

Ruszyłem dalej, rozglądając się za gospodą, gdzie mógłbym znaleźć paru gości, którzy za to, że im rozbiję gęby, postawią mi jednego. A jutro znów zacznę szukać jakiejś solidnej, dobrze płatnej roboty.

Pogoń za czerwoną gwiazdą

Baron Artur Cowen Coverfly wyciągnął nogi na stół i beznamiętnie przyglądał się esom-floresom, jakie na blacie pozostawiły ostrogi. Nie żeby się nimi przejmował. Marzył, aby wreszcie ściągnąć jeździeckie buty, wciąż jednak oczekiwał na wieści z dowództwa i wiedział, że jeśli wezwą go, by znów wskoczył na siodło, ordynans za nic w świecie nie zdoła naciągnąć mu ich z powrotem na opuchnięte stopy. Może najwyższy czas przyjrzeć się, co pod względem wygody dyktowała najnowsza moda? Podczas kiedy się nad tym zastanawiał, Sedrik przyniósł mu kielich wina rozcieńczonego wodą. W innych warunkach napój byłby obrzydliwie ciepły, ale dzień był tak parny, że mimo wszystko przyniósł odrobinę orzeźwienia. Niestety, głębokie piwnice rodzinnego zamku, w których obłożone słomą wielkie bloki lodu potrafiły wytrzymać prawie aż do końca lata, pozostały gdzieś tam, daleko. To akurat baronowi nie przeszkadzało, nigdy nie dbał o rządzenie, znajdował je nudnym. Stopień pułkownika, który zresztą otrzymał z rąk samego cesarza, dawał mu władzę nad znacznie większą ilością dusz, niż obejmował jego dwór. I życie wyglądałoby w zasadzie znakomicie, nawet w tych cisnących butach, gdyby tylko nie musiał tu siedzieć bezczynnie i czekać na czarodzieja z rozkazami.

Zawirował kurz, otworzyły się drzwi, a w nich pojawiło się brodate oblicze wielkiego Hoovery’ego, jednego z członków jego straży przybocznej. Hoovery jakoś nigdy nie przyswoił sobie nawet tych bardziej elementarnych zasad etykiety. Coverfly raz nawet zakuł oficera na tydzień w żelaza, po tym jak tamten ubliżył mu niewybrednym słowem w towarzystwie innych szlachciców, ale to też nie pomogło. Z drugiej strony, potężny brodacz o okazałym, acz zadziwiająco umięśnionym brzuszysku był wierny swemu panu niczym pies, a do tego radził sobie jak nikt inny z dwuręcznym mieczem. A kiedy przyszło i do tego, również ze sztyletem i garotą.

Hoovery nie czekał na zaproszenie, jego dwumetrowa sylwetka wypełniła szczelnie framugę.

- Już jadą, panie. Znaczy ci ludzie, co na nich czekamy. Mam zostać?

Coverfly błyskawicznie oszacował opcje. Mało prawdopodobne, aby się mieli z czarodziejem o cokolwiek posprzeczać, a przynajmniej nie na samym początku. Wprawdzie on sam pracował dla cesarza, a czarodziej dla Varatchiego, ale przecież Jego Wysokość oraz Jego Ekscelencja, jak ich zazwyczaj tytułowano, byli dozgonnymi sprzymierzeńcami. I to pomimo… Coverfly zdecydował, że zawracanie sobie głowy niepotrzebnymi wątpliwościami może poczekać na lepszy moment.

- Na razie nie, ale weź Frama i przyjrzyjcie się dobrze, kto zacz. Ostrożności nigdy za wiele.

Hoovery kiwnął tylko głową i zniknął. Fram był jego nieodłącznym partnerem. O półtorej głowy niższy, szczupły, obrotny i zręczny. Dowolna broń leżała mu w ręku tak, jakby się z nią urodził.

- Sedrik, przynieś coś do jedzenia - zażądał Coverfly, dalej sącząc wino.

Przy drugim kielichu poczuł, jak krew mu się rozrzedza, a skóra twarzy, którą słońce ostro spaliło pomimo cienia, jaki miał mu zapewnić kapelusz, traci wreszcie sztywność kowalskiego fartucha. Wcześniejsze pragnienie pozostało już tylko nieprzyjemnym wspomnieniem.

Ktoś dziarsko zapukał do drzwi, po czym, nie czekając na zaproszenie, otworzył je. Do środka weszło dwóch mężczyzn. Poruszali się szybko, cicho i bardzo płynnie. Przypominali wodę, która przecieka przez szczeliny między starymi deskami. Średniego wzrostu, w niepozornych szarych tunikach i takich samych spodniach. W pierwszej chwili wydawało się, iż nie mieli na sobie żadnych zbroi, jednak Coverfly dostrzegł pod szyją jednego z nich metaliczny pobłysk wyzierający spod luźnego odzienia. Jakim więc cudem poruszali się tak cicho, tego nie mógł zrozumieć, jednak zaraz i tak przestał zwracać na nich uwagę, jakby w ogóle nie istnieli.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)