Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Oczywiście, drogi panie Bonacieux — podjął d’Artagnan — zechciej mi pan wierzyć, że jestem ci wielce zobowiązany, i jeśli mogę być w czymkolwiek użyteczny...
— Wierzę ci, panie, wierzę ci, i jakem Bonacieux, mam do ciebie zaufanie.
— Skończ zatem to, co chciałeś powiedzieć.
Mieszczanin wyciągnął z kieszeni papier i pokazał go d’Artagnanowi.
— List! — zawołał młodzieniec.
— Dostałem go dziś rano.
D’Artagnan otworzył list, a ponieważ zaczynało się ściemniać, podszedł do okna. Mieszczanin pośpieszył za nim.
Nie szukaj swej żony — przeczytał d’Artagnan — wróci do ciebie, kiedy nie będzie już potrzebna. Jeśli uczynisz najmniejszy krok, by ją znaleźć, jesteś zgubiony.
— Oto wreszcie coś pewnego — ciągnął d’Artagnan — ale to są tylko pogróżki.
— Tak, ale te pogróżki mnie przerażają. Ja, panie, nie jestem wojakiem i boję się Bastylii.
— Hm — rzekł d’Artagnan — ja też nie mam ochoty na Bastylię. Gdyby tu szło tylko o cios szpadą, mógłbym jeszcze przystać.
— Jednak liczyłem bardzo na pana.
— A więc?
— Widząc pana stale w otoczeniu dzielnych muszkieterów i wiedząc, że są to muszkieterowie pana de Tréville, a tym samym nieprzyjaciele pana kardynała, pomyślałem sobie, że i pan, i jego kompanioni będziecie zachwyceni, jeśli uda wam się spłatać figla Jego Eminencji i przy okazji stanąć w obronie naszej biednej królowej.
— Oczywiście.
— Poza tym przypomniałem sobie, że o zaległym komornym nie słyszał pan ode mnie ani słowa...
— Tak, tak, przytoczyłeś mi już ten argument i uważam go za wyborny...
— I licząc, że Jak długo będziesz pan łaskaw mieszkać u mnie, nigdy nie wspomnę o dalszych należnościach...
— Doskonale.
— Dodaj jeszcze, że w razie potrzeby ofiaruję ci, panie, pięćdziesiąt pistoli, jeśli wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu znajdujesz się chwilowo w opałach.
— Wspaniale, jesteś zatem bogaty, drogi panie Bonacieux!
— Muszę przyznać, że mam, czego mi trzeba, panie. Udało mi się uciułać około dwóch czy trzech tysięcy talarów renty, prowadziłem bowiem handel norymberszczyzną, a ponadto umieściłem nieco grosza w ostatniej wyprawie sławnego żeglarza Jana Mocquet; pan rozumie... O!... — zawołał nagle mieszczanin.
— Co tam? — zapytał d’Artagnan.
— Co widzę!
— Gdzie?
— Na ulicy, naprzeciw twych okien, we wnęce tej bramy: człowiek owinięty w płaszcz.
— To on! — krzyknęli jednocześnie d’Artagnan i mieszczanin, rozpoznając każdy swego wroga.
— Ach! — zawołał d’Artagnan chwytając za szpadę — tym razem mi się nie wymknie!
I wyciągając szpadę z pochwy, wybiegł z pokoju.
Na schodach spotkał Atosa i Portosa, którzy przyszli go odwiedzić. Usunęli się z drogi i d’Artagnan przemknął między nimi jak błyskawica.
— Co to? Dokąd tak pędzisz? — zawołali dwaj muszkieterowie.
— Człowiek z Meung! — odparł d’Artagnan i znikł.
D’Artagnan niejeden raz opowiadał przyjaciołom o przygodzie z nieznajomym, jak również o zjawieniu się pięknej podróżnej, której ów człowiek dał ważne zlecenie.
Zdaniem Atosa d’Artagnan zgubił swój list w zamieszaniu. Wnosząc z opisu d’Artagnana musiał to być szlachcic, a wedle mniemania Atosa szlachcic nie mógł być tak nikczemny, by ukraść list.
Portos widział w tym jedynie schadzkę miłosną wyznaczoną kawalerowi przez damę lub damie przez kawalera, a schadzce tej przeszkodziła obecność d’Artagnana i jego żółtego konika.
Aramis oświadczył, że sprawy tego rodzaju są bardzo tajemnicze i lepiej ich nie zgłębiać.
Zrozumieli więc z kilku słów d’Artagnana, o co chodzi, a ponieważ byli pewni, że młodzieniec powróci do domu niezależnie od tego, czy dopędzi swego wroga, czy straci go z oczu, poszli na górę.
Kiedy znaleźli się w pokoju d’Artagnana, pokój był pusty: gospodarz obawiając się skutków spotkania, do którego dojdzie niewątpliwie między młodzieńcem i nieznajomym, uznał, że najprzezorniej będzie odejść — postępowanie najzupełniej zresztą zgodne z charakterem, który sam sobie w rozmowie przypisał.
Rozdział IX
D’ARTAGNAN WYSTĘPUJE NA PIERWSZY PLAN
Jak to przewidzieli Atos i Portos, d’Artagnan wrócił po półgodzinie. Tym razem znów nie dosięgnął wroga, który znikł w sposób czarodziejski. D’Artagnan ze szpadą w ręce przebiegł wszystkie pobliskie ulice, ale nigdzie nie udało mu się napotkać człowieka z Meung. Wreszcie uczynił to, od czego może powinien był zacząć, to znaczy zapukał do bramy, o którą wspierał się nieznajomy. Na próżno jednak kilkanaście razy potrząsał kołatką, nikt mu nie odpowiadał. Sąsiedzi słysząc hałas wylegli z domów lub wysunęli głowy przez okna; zapewniali go, że ów dom (zamknięty na wszystkie spusty) jest od pół roku nie zamieszkany.
Podczas gdy d’Artagnan pędził po ulicach i pukał do bram, Aramis przyłączył się do dwóch towarzyszy; wróciwszy do domu d’Artagnan zastał przyjaciół w komplecie.
— No i cóż — zapytali jednocześnie trzej muszkieterowie widząc czoło d’Artagnana pokryte potem i jego twarz wykrzywioną złością.
— No cóż — zawołał d’Artagnan rzucając szpadę na łóżko — ten człowiek jest chyba wcielonym diabłem. Znikł jak zjawa, jak cień, jak widmo.
— Czy wierzysz w zjawy? — zapytał Atos Portosa.
— Wierzę w to tylko, co widziałem, a ponieważ nigdy nie widziałem duchów, nie wierzę w nie.
— Biblia — rzekł Aramis — każe nam w nie wierzyć: Cień Samuela pojawił się Saulowi, jest to artykuł wiary i bardzo byłoby mi przykro, gdybyś powątpiewał o tym, Portosie.
— W każdym razie, czy jest to istota z krwi i kości, czy diabeł, ciało czy cień, złudzenie czy rzeczywistość, ten człowiek urodził się na moje przekleństwo; przez jego ucieczkę tracimy wspaniałą okazję, panowie. Moglibyśmy zdobyć sto pistoli albo i więcej.
— Jakże to? — zapytali Portos i Aramis.
Natomiast Atos, wierny swym obyczajom, zadowolił się pytającym spojrzeniem.
— Planchet — rzekł d’Artagnan do swego służącego, który wsadził właśnie głowę w uchylone drzwi, by usłyszeć co nieco z rozmowy — zejdź do naszego gospodarza, imć pana Bonacieux i powiedz mu, żeby nam przysłał pół tuzina butelek Beaugency; to moje ulubione wino.
— No, no, masz więc otwarty rachunek u gospodarza domu? — zapytał Portos.
— Tak — odparł d’Artagnan — od dziś począwszy. I zapewniam was, że jeśli wino będzie kiepskie, odeślemy je żądając innego.
— Trzeba używać, lecz nie nadużywać — rzekł sentencjonalnie Aramis.
— Mówiłem zawsze, że d’Artagnan jest najtęższą głową z nas czterech — rzekł Atos. Wypowiedziawszy to zdanie, na które d’Artagnan odpowiedział ukłonem, popadł znów w swe zwykłe milczenie.
— Ale o co wreszcie chodzi? — zapytał Portos.
— Tak — wtrącił Aramis — chcielibyśmy wiedzieć, w czym rzecz, drogi przyjacielu, chyba że od twej dyskrecji zależy honor jakiejś damy, w takim razie uczynisz lepiej nie mówiąc ani słowa.
— Bądźcie spokojni — odparł d’Artagnan — niczyj honor nie będzie tu wystawiony na szwank.
Powtórzył wówczas słowo w słowo rozmowę z gospodarzem, dodając, że człowiek, który porwał żonę Bonacieux, i ten, z którym doszło do utarczki w oberży “Pod Wolnym Młynarzem”, jest jedną i tą samą osobą.