Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:

Każde miasto ma swoje sekretne miejsca. Wieki pełne mrocznych historii sprawiły, że stolica Rosji ma takich miejsc wyjątkowo dużo. Współczesność przenika się tu z przeszłością w sposób subtelny i magiczny. Mieszkańcy Moskwy szukając schronienia przed problemami współczesnego życia mogą czasem trafić do niezwykłych miejsc. Wystarczy jeden nieostrożny krok, żeby znaleźć się w mrocznym, baśniowym świecie pełnym magii, płaczących drzew, gadających ptaków, wygnanych wieki temu pogańskich bóstw i baśniowych stworzeń. Tu można usłyszeć najdziwniejsze z opowieści. Trzeba tylko cierpliwie nadstawiać uszu. Ekaterina Sedia napisała książkę niezwykłą o zderzeniu dwóch światów. Kapitalistycznej i nowoczesnej Moskwy z magicznym światem starorosyjskich baśni. Tuż pod powierzchnią szarej rzeczywistości kryje się inny świat. Mroczny, niebezpieczny, ale i zarazem piękny. Tu wszystko jest możliwe. Niepokojący klimat powieści porównywany jest przez krytyków z dziełami Bułhakowa. Ta książka to jedna z najważniejszych pozycji współczesnej literatury rosyjskiej. Główną bohaterką powieści jest Galina, młoda kobieta mająca na głowie zwyczajne problemy codziennego życia. Zostaje zaplątana w wir tajemniczych wydarzeń i razem z milicjantem prowadzącym śledztwo w sprawie tajemniczych zaginięć musi na nowo poznać otaczający ją świat. Wspólne poszukiwania prowadzą ich do podziemnego królestwa, do krainy zawieszonej między rzeczywistością i fantazją. Do świata, gdzie honor ma znaczenie, a dobro i zło są tym, czym były u zarania dziejów. Ekaterina Sedia urodziła się i wychowała w Moskwie. Po studiach przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Obecnie mieszka w New Jersey razem z mężem i dwoma kotami. Wykłada botanikę i ekologię. W chwilach wolnych uprawia ogródek i pisze książki. Jej najnowszy bestseller to Tajemna Historia Moskwy.
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 59
Перейти на страницу:

– Jak ja. To znaczy, jestem materialistą. Berendej też, bogowie natomiast są solipsystami. Zwłaszcza ten, którego wybraliście. Ci tutejsi są w porządku, ale w większości to duże ryby w małym stawie, półbożkowie i tak dalej. A wy, wy… Wy, głupi powierzchniacy, wszyscy jesteście albo przygnębieni, albo melancholijni. – Powiódł dokoła błędnym wzrokiem, wreszcie skupił go na barze. – Hej, co ci mówiłem? Podawaj.

Fiodor znów zapłacił nierozmienialną monetą. Domowik posłusznie wziął rozmnożonego miedziaka, jakby nie widział nic niezwykłego czy nieuczciwego w ponownym płaceniu tym samym pieniądzem.

– Jak powiedziałem – podjął Ojczulek Mróz – umiecie tylko niszczyć, co zbudowali inni, i rozczulać się nad sobą, jakbyście byli jedynymi pokrzywdzonymi. – Ojczulek Mróz splunął. Ślina zamarzła w powietrzu i roztrzaskała się o podłogę.

– Nie wszyscy – zaznaczył Fiodor. – Ale dlaczego nam pomagasz, skoro jesteśmy nic niewarci?

– Nie chodzi o was, tylko o ziemię. Jest moja, i tak będzie zawsze, bez względu na to, co z nią robicie i ile wyprzedajecie, kawałek po kawałku. W końcu nic wam nie zostanie, a wówczas zostaniemy tylko my, którzyśmy byli tu przed wami, trzymając ziemię niczym garść piasku w rzece, czując, jak wymywa się ziarnko po ziarnku, ale nigdy nie puszczając. Trzymamy ją razem, głupcze, więc nie pytaj mnie, dlaczego.

Fiodor wychylił następny kieliszek i czekał, by znajoma alkoholowa mgła zasnuła jego uczucie nienawiści do świata. Ojczulek Mróz miał rację – świat na powierzchni zawiódł swoich mieszkańców. A świat podziemny był tajemnicą, ukrytą przed większością, wpływającą na bieg wydarzeń w zawoalowany niepewny sposób. Ich zbawcy schowali się pod ziemią, wypędzeni i zapomniani. Fiodor nie był tym zaskoczony – Moskwa nie jest życzliwa tym, którym na niej zależy.

7 ŻONA DEKABRYSTY

Galina wyszła z karczmy, stopy niosły ją niespokojnie. Nie mogła znieść myśli o zmarnowaniu kolejnego dnia, dlatego postanowiła na własną rękę znaleźć Berendeja albo któregoś z dawnych, o których wspominali Sowin i David. Jak duże mogło być to miasto?

Okazało się całkiem spore. Zabłądziła w labiryncie krętych ulic – zakładane najwyraźniej bez planu, wiły się wte i wewte, często zawracając, i niespodziewanie kończąc się ślepymi zaułkami. Wytyczano je bez myśli o przyszłości i Galina szybko straciła orientację. Wokół nie brakowało ludzi, ale nie czuła się gotowa, żeby prosić o pomoc.

Wypatrywała pomiędzy budynkami przejścia wiodącego do lasu. Nogi ją rozbolały, gdy w końcu znalazła drogę, która biegła prosto jak strzelił, wyprowadzając ją z plątaniny krzyżujących się ulic. Niebawem domy zniknęły, a droga zwęziła się w dróżkę, z każdym krokiem coraz bledszą, co rusz ginącą w wysokiej bezbarwnej trawie i wśród nieśmiało migoczących blaskodrzew, jakby nieczęsto z niej korzystano.

Powietrze zapachniało błotem i rzeką, i niebawem ścieżka urwała się na moczarach. Czarne pnie powalonych drzew wystawały jak martwe palce z rozlewisk pomiędzy kępami, które wyglądały zbyt grząsko, żeby po nich stąpać. Galina zawróciła, szukając innej drogi.

Ktoś tam był – na ścieżce stała wysoka kobieta w długiej koszuli z surowego lnu. Jej twarz skrywały długie postrzępione włosy, pociemniałe od wody.

– Witam – powiedziała Galina. – Jesteś rusałką, prawda?

Kobieta nie odpowiedziała, tylko potrząsnęła głową – ruch był tak szybki i lekki, że Galina nie miała pewności, czy wyrażał przeczenie, czy potaknięcie.

– Możesz mi powiedzieć, jak znaleźć Berendeja? – Zapytała.

Usilnie starała się nie myśleć, że kobieta jest topielicą, duchem utopionej dziewczyny.

Kolejny szybki ruch, tym razem wyraźnie przeczący.

– Znasz kogoś, kto wie? – Pomyślała o mitycznych istotach mieszkających w lesie. – Może leszy?

Dziewczyna skinęła głową i dała znak ręką, żeby Galina poszła za nią.

Galina westchnęła. O ile dobrze pamiętała, tych istot lepiej nie darzyć zaufaniem; kradły dzieci i potrafiły załaskotać mężczyznę na śmierć. Odetchnęła z ulgą, bo nie przypominała sobie żadnych historii o rusałkach atakujących czy krzywdzących kobiety. Leszy jednakże byli mało wybredni, radośnie zwodząc z drogi każdego podróżnego. Galina zaczęła żałować swojej prośby, gdy rusałka wybrała boczną ścieżkę i powiodła ją przez zagajnik płaczących drzew – łzy spływały z ich kory nieprzerwanym strumieniem – do spokojnego jeziorka z wodą czarną jak smoła.

– Gdzie jesteśmy?

Rusałka wskazała małą altanę po drugiej stronie jeziora. Galina westchnęła. Pawilon, pokryty ozdobnymi drzeworytami i maswerkiem pnączy, w niczym nie przypominał ciemnego lasu, gdzie człowiek spodziewa się znaleźć bóstwo, które odpowie na pytania o ludziach przemieniających się w ptaki. Chciała zapytać, kto tam mieszka, ale rusałka pchnęła ją ze zniecierpliwieniem i zanurkowała w ciemnej wodzie, a ta zamknęła się nad nią bez jednej zmarszczki czy plusku.

Galina ruszyła w stronę pawilonu, stopy zapadały się jej w żyznej luźnej glebie ścieżki. Kłaniały się jej irysy i pałki rosnące wokół jeziora, i ze zdziwieniem spostrzegła, że ich łodygi i liście są nie białe, lecz bladozielone.

Koronkowe ściany letniego pawilonu pozwoliły jej zajrzeć do środka, gdzie zobaczyła kobietę – młodą, w czarnej wieczorowej sukni – leżącą na niskim wiklinowym szezlongu, czytającą książkę i palącą długiego papierosa w cygarniczce z macicy perłowej.

Kobieta uniosła głowę i uśmiechnęła się do niej, pokazując białe zęby.

– Wejdź. Jestem hrabina Wygotskaja. A ty jesteś nowa?

Galina znalazła wejście – zwyczajny łuk – i usiadła na wskazanym stołeczku.

Kobieta sięgnęła do popielniczki i zgasiła papierosa, wciąż wydmuchując długie bliźniacze węże dymu przez wąskie nozdrza, idealne jak ona cała. Ramiączko sukni zsunęło się ze zbyt białego ramienia, a jej czarne loki wydawały się zbyt czarne, niemal granatowe. Galina czuła się onieśmielona – nie tylko arystokratycznymi korzeniami czy pięknem kobiety, ale również jej zachowaniem. Powietrze wokół niej zrobiło się zimne i czyste, usiane maleńkimi kryształkami lodu, i oddech uwiązł jej w gardle, jak w środku styczniowej nocy.

– Słyszałaś o mnie, oczywiście – powiedziała kobieta.

– Nie – przyznała się Galina cichym głosem winowajcy. – Ale jestem pewna, że…

– Oczywiście. Żony dekabrystów. Byłam jedną z nich. Galina skinęła głową.

– Nie zdawałam sobie sprawy.

– Ja też nie – powiedziała kobieta tajemniczo. Widząc jej zakłopotaną minę, dodała: – Jak trudno jest być bożyszczem.

Galina pomyślała o historii. Powstanie dekabrystów nie zrobiło na niej wrażenia, gdy w szkole średniej przerabiali tę część historii Rosji; nie przemawiał do niej bajroniczny apel i nieprzemyślany liberalizm bezsensownego zrywu. Teraz jednak musiała przyznać, że podziwiała, acz bez entuzjazmu, tych młodych oficerów, którzy wjechali na Plac Senacki w Sankt Petersburgu, by rzucić wyzwanie carowi Mikołajowi i monarchii absolutnej, i zostali powitani ogniem armatnim. W głębi duszy zawsze się zastanawiała, jaki los spotkał ich podkomendnych – zginęli, jak przypuszczała, jako mięso armatnie. Jedynie oficerowie okazali się dość ważni, by zająć miejsce w książkach historycznych. Zesłano ich na Syberię, z wyjątkiem pięciu straconych na miejscu. Galina mgliście pamiętała coś o linach, które pękły, i o bezprecedensowym drugim wieszaniu.

I tutaj pojawiły się ich żony – często wyobrażała je sobie, te piękne bogate damy, które porzuciły wszystko, żeby podążyć za mężami do zamarzniętych lasów i letnich miesięcy pełnych komarów, do miejsc odległych od cywilizacji i niepodobnych do niczego, co znały.

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 59
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)