Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
– Jak ja. To znaczy, jestem materialistą. Berendej też, bogowie natomiast są solipsystami. Zwłaszcza ten, którego wybraliście. Ci tutejsi są w porządku, ale w większości to duże ryby w małym stawie, półbożkowie i tak dalej. A wy, wy… Wy, głupi powierzchniacy, wszyscy jesteście albo przygnębieni, albo melancholijni. – Powiódł dokoła błędnym wzrokiem, wreszcie skupił go na barze. – Hej, co ci mówiłem? Podawaj.
Fiodor znów zapłacił nierozmienialną monetą. Domowik posłusznie wziął rozmnożonego miedziaka, jakby nie widział nic niezwykłego czy nieuczciwego w ponownym płaceniu tym samym pieniądzem.
– Jak powiedziałem – podjął Ojczulek Mróz – umiecie tylko niszczyć, co zbudowali inni, i rozczulać się nad sobą, jakbyście byli jedynymi pokrzywdzonymi. – Ojczulek Mróz splunął. Ślina zamarzła w powietrzu i roztrzaskała się o podłogę.
– Nie wszyscy – zaznaczył Fiodor. – Ale dlaczego nam pomagasz, skoro jesteśmy nic niewarci?
– Nie chodzi o was, tylko o ziemię. Jest moja, i tak będzie zawsze, bez względu na to, co z nią robicie i ile wyprzedajecie, kawałek po kawałku. W końcu nic wam nie zostanie, a wówczas zostaniemy tylko my, którzyśmy byli tu przed wami, trzymając ziemię niczym garść piasku w rzece, czując, jak wymywa się ziarnko po ziarnku, ale nigdy nie puszczając. Trzymamy ją razem, głupcze, więc nie pytaj mnie, dlaczego.
Fiodor wychylił następny kieliszek i czekał, by znajoma alkoholowa mgła zasnuła jego uczucie nienawiści do świata. Ojczulek Mróz miał rację – świat na powierzchni zawiódł swoich mieszkańców. A świat podziemny był tajemnicą, ukrytą przed większością, wpływającą na bieg wydarzeń w zawoalowany niepewny sposób. Ich zbawcy schowali się pod ziemią, wypędzeni i zapomniani. Fiodor nie był tym zaskoczony – Moskwa nie jest życzliwa tym, którym na niej zależy.
7 ŻONA DEKABRYSTY
Galina wyszła z karczmy, stopy niosły ją niespokojnie. Nie mogła znieść myśli o zmarnowaniu kolejnego dnia, dlatego postanowiła na własną rękę znaleźć Berendeja albo któregoś z dawnych, o których wspominali Sowin i David. Jak duże mogło być to miasto?
Okazało się całkiem spore. Zabłądziła w labiryncie krętych ulic – zakładane najwyraźniej bez planu, wiły się wte i wewte, często zawracając, i niespodziewanie kończąc się ślepymi zaułkami. Wytyczano je bez myśli o przyszłości i Galina szybko straciła orientację. Wokół nie brakowało ludzi, ale nie czuła się gotowa, żeby prosić o pomoc.
Wypatrywała pomiędzy budynkami przejścia wiodącego do lasu. Nogi ją rozbolały, gdy w końcu znalazła drogę, która biegła prosto jak strzelił, wyprowadzając ją z plątaniny krzyżujących się ulic. Niebawem domy zniknęły, a droga zwęziła się w dróżkę, z każdym krokiem coraz bledszą, co rusz ginącą w wysokiej bezbarwnej trawie i wśród nieśmiało migoczących blaskodrzew, jakby nieczęsto z niej korzystano.
Powietrze zapachniało błotem i rzeką, i niebawem ścieżka urwała się na moczarach. Czarne pnie powalonych drzew wystawały jak martwe palce z rozlewisk pomiędzy kępami, które wyglądały zbyt grząsko, żeby po nich stąpać. Galina zawróciła, szukając innej drogi.
Ktoś tam był – na ścieżce stała wysoka kobieta w długiej koszuli z surowego lnu. Jej twarz skrywały długie postrzępione włosy, pociemniałe od wody.
– Witam – powiedziała Galina. – Jesteś rusałką, prawda?
Kobieta nie odpowiedziała, tylko potrząsnęła głową – ruch był tak szybki i lekki, że Galina nie miała pewności, czy wyrażał przeczenie, czy potaknięcie.
– Możesz mi powiedzieć, jak znaleźć Berendeja? – Zapytała.
Usilnie starała się nie myśleć, że kobieta jest topielicą, duchem utopionej dziewczyny.
Kolejny szybki ruch, tym razem wyraźnie przeczący.
– Znasz kogoś, kto wie? – Pomyślała o mitycznych istotach mieszkających w lesie. – Może leszy?
Dziewczyna skinęła głową i dała znak ręką, żeby Galina poszła za nią.
Galina westchnęła. O ile dobrze pamiętała, tych istot lepiej nie darzyć zaufaniem; kradły dzieci i potrafiły załaskotać mężczyznę na śmierć. Odetchnęła z ulgą, bo nie przypominała sobie żadnych historii o rusałkach atakujących czy krzywdzących kobiety. Leszy jednakże byli mało wybredni, radośnie zwodząc z drogi każdego podróżnego. Galina zaczęła żałować swojej prośby, gdy rusałka wybrała boczną ścieżkę i powiodła ją przez zagajnik płaczących drzew – łzy spływały z ich kory nieprzerwanym strumieniem – do spokojnego jeziorka z wodą czarną jak smoła.
– Gdzie jesteśmy?
Rusałka wskazała małą altanę po drugiej stronie jeziora. Galina westchnęła. Pawilon, pokryty ozdobnymi drzeworytami i maswerkiem pnączy, w niczym nie przypominał ciemnego lasu, gdzie człowiek spodziewa się znaleźć bóstwo, które odpowie na pytania o ludziach przemieniających się w ptaki. Chciała zapytać, kto tam mieszka, ale rusałka pchnęła ją ze zniecierpliwieniem i zanurkowała w ciemnej wodzie, a ta zamknęła się nad nią bez jednej zmarszczki czy plusku.
Galina ruszyła w stronę pawilonu, stopy zapadały się jej w żyznej luźnej glebie ścieżki. Kłaniały się jej irysy i pałki rosnące wokół jeziora, i ze zdziwieniem spostrzegła, że ich łodygi i liście są nie białe, lecz bladozielone.
Koronkowe ściany letniego pawilonu pozwoliły jej zajrzeć do środka, gdzie zobaczyła kobietę – młodą, w czarnej wieczorowej sukni – leżącą na niskim wiklinowym szezlongu, czytającą książkę i palącą długiego papierosa w cygarniczce z macicy perłowej.
Kobieta uniosła głowę i uśmiechnęła się do niej, pokazując białe zęby.
– Wejdź. Jestem hrabina Wygotskaja. A ty jesteś nowa?
Galina znalazła wejście – zwyczajny łuk – i usiadła na wskazanym stołeczku.
Kobieta sięgnęła do popielniczki i zgasiła papierosa, wciąż wydmuchując długie bliźniacze węże dymu przez wąskie nozdrza, idealne jak ona cała. Ramiączko sukni zsunęło się ze zbyt białego ramienia, a jej czarne loki wydawały się zbyt czarne, niemal granatowe. Galina czuła się onieśmielona – nie tylko arystokratycznymi korzeniami czy pięknem kobiety, ale również jej zachowaniem. Powietrze wokół niej zrobiło się zimne i czyste, usiane maleńkimi kryształkami lodu, i oddech uwiązł jej w gardle, jak w środku styczniowej nocy.
– Słyszałaś o mnie, oczywiście – powiedziała kobieta.
– Nie – przyznała się Galina cichym głosem winowajcy. – Ale jestem pewna, że…
– Oczywiście. Żony dekabrystów. Byłam jedną z nich. Galina skinęła głową.
– Nie zdawałam sobie sprawy.
– Ja też nie – powiedziała kobieta tajemniczo. Widząc jej zakłopotaną minę, dodała: – Jak trudno jest być bożyszczem.
Galina pomyślała o historii. Powstanie dekabrystów nie zrobiło na niej wrażenia, gdy w szkole średniej przerabiali tę część historii Rosji; nie przemawiał do niej bajroniczny apel i nieprzemyślany liberalizm bezsensownego zrywu. Teraz jednak musiała przyznać, że podziwiała, acz bez entuzjazmu, tych młodych oficerów, którzy wjechali na Plac Senacki w Sankt Petersburgu, by rzucić wyzwanie carowi Mikołajowi i monarchii absolutnej, i zostali powitani ogniem armatnim. W głębi duszy zawsze się zastanawiała, jaki los spotkał ich podkomendnych – zginęli, jak przypuszczała, jako mięso armatnie. Jedynie oficerowie okazali się dość ważni, by zająć miejsce w książkach historycznych. Zesłano ich na Syberię, z wyjątkiem pięciu straconych na miejscu. Galina mgliście pamiętała coś o linach, które pękły, i o bezprecedensowym drugim wieszaniu.
I tutaj pojawiły się ich żony – często wyobrażała je sobie, te piękne bogate damy, które porzuciły wszystko, żeby podążyć za mężami do zamarzniętych lasów i letnich miesięcy pełnych komarów, do miejsc odległych od cywilizacji i niepodobnych do niczego, co znały.